niedziela, 4 lutego 2018

Rozdział XXVIII b

Nic tego dnia nie wróżyło katastrofy. Pogoda jak na ludzkie standardy była wprost wymarzona, a powietrze aż wibrowało od słodkiego trelu ptaków i dźwięcznego śmiechu dzieci, które radośnie biegały po podwórkach, zarażając wszystkich swoją beztroską.  
Kto w takich okolicznościach myśli o popełnieniu zbrodni?
Tadao Takeda przemierzał marmurowy korytarz swym dostojnym, choć pełnym wigoru krokiem. Przewodniczył Starszyźnie już od pól roku i mógł poszczycić się licznymi sukcesami oraz szacunkiem podwładnych. Rządził twardą ręką, mając na uwadze dobro wspólnoty, nie jednostki. Wampiry widziały w nim nadzieję na wskrzeszenie swojej dawnej potęgi i nikogo nie obchodziło to, jakim sposobem doszedł do władzy i kto na tym ucierpiał. Tak po prawdzie, to nie przywiązywali uwagi do jednego czy dwóch poświęconych istnień. Liczył się efekt finalny.  
Dlatego też nikt nie rozumiał z jakiego powodu Takeda zjawił się natychmiast po tym, jak zameldowano mu o morderstwie. Dlaczego rozkazał ściągnąć sprawcę, czy tez może potencjalnego winowajcę, ponieważ podejrzany wypierał się tego czynu, wprost do swojego gabinetu? Odpowiedź była niebywale prosta, choć nie dla wszystkich jasna.
Zginęła głowa potężnego, mimo że już znacznie podupadłego rodu, a zaszczytne miejsce w Starszyźnie miał zająć jej zabójca. Takeda, chcąc nie chcąc, cały czas musiał mieć oko na to, co działo się wewnątrz wielkich familii. Rzecz jasna, nie obchodziły go rodzinne konflikty czy skandale. Dopiero kiedy szło na noże, poświęcał więcej zainteresowania na zbadanie sprawy. To nie tak, że był niczym ten dobry ojciec, mający pod swoją pieczą gromadkę dzieci, o którą dbał i ściśle trzymał w ryzach, by zachowywały się jak należy. Chodziło mu tylko o utrzymanie władzy, co nie byłoby możliwe, gdyby któryś z rodów podburzył resztę do buntu przeciw niemu. By temu zapobiec, Tadao trzymał się blisko osób, które miały najwięcej do powiedzenia w danej familii. Być może taka osoba czekała na niego teraz w gabinecie.
Nie liczył na to, że gdy tylko uchyli drzwi jego oczom ukaże się niepoczytalny morderca, gotów w każdej chwili powtórzyć swój wyczyn. O nie, spodziewał się czegoś znacznie gorszego. I jego oczekiwania ziściły się z nawiązką.
W gabinecie zastał mężczyznę o ciemnych włosach i spokojnym spojrzeniu brązowych oczu. Kiedy Takeda wszedł do pomieszczenia, mężczyzna w sposób typowy dla tych wysoko urodzonych osobistości, podniósł się nieśpiesznie z miejsca. Przewodniczący miał ochotę się skrzywić, ale nie zrobił tego. Sposób, w jaki ci dostojni obywatele okazywali mu szacunek, z tą znudzoną i niechętną powolnością, a czasem nawet pogardą, przyprawiał go o mdłości.
- Proszę usiąść, panie Kazuma – odezwał się czystym, miłym dla ucha głosem.
Shin Kazuma opadł na krzesło, bez słowa mierząc Takedę spojrzeniem i czekając na jego słowa. Wieść w locie obiegła wszystkie ważniejsze osobistości ich kurczącej się w drastycznym tempie społeczności. Owszem, spodziewał się tego, a co za tym idzie, wezwanie Takedy nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia.
- Wyrazy współczucia z powodu śmierci ojca. Był niezwykłą personą, wszyscy wiele mu zawdzięczamy...  
Shin skinął głową w podziękowaniu. W życiu większych bredni nie słyszał. Jego ojciec? Zrobił wiele dla wampirów? O losie! Odkąd pamiętał, jedynym, co Osamu Kazuma zrobił dla ich społeczności, było niewtrącanie się i danie wolnej ręki Przewodniczącemu, kim on by nie był. Marnował tylko miejsce w Starszyźnie, zacierając pamięć o dawnej świetności ich rodu. Kiedyś byli wielcy, a tacy jak Takeda mogli co najwyżej czyścić im buty. Teraz role się odwróciły. Marny dorobkiewicz, znajdujący się od zawsze na pograniczu elity i zwykłych arystokratów wyciągnął rękę po władzę. Dawniej ta ręka zostałaby odrąbana przy samym ramieniu, teraz ten nienasycony karierowicz, ku ogólnej aprobacie, zagarnął stanowisko, które żadną miarą mu się nie należało, a ci, którzy mogli władać prawdziwą potęgą, poszli w odstawkę.  
- Panie Takeda, proszę, przejdźmy do konkretów. Dlaczego wzywa mnie pan w takim momencie?  
Ściągnięte rysy twarzy, chłodny spokój, pod którym miałby czaić się ból po stracie... Takeda zaklął w myślach, a jednocześnie poczuł trudną do wyjaśnienia satysfakcję. Z chęcią oddawał się grze pozorów, a teraz kto wie? Może trafił na przeciwnika godnego siebie? Jedno było pewne, Shin Kazuma zasługiwał na uwagę.  
Odchrząknął i przeszedł parę kroków, wymijając gościa.
- Przepraszam, nie wiem jak przekazać panu tę wiadomość... - zaczął z wiarygodnym wahaniem w głosie. - Jestem absolutnie pewien, że te oskarżenia są całkowicie bezpodstawne, ale... Otrzymałem informację, że czcigodny Osamu-san opuścił nas... z pana winy.  
Na twarzy Shina zagrało w tym momencie wiele emocji (przy czym „zagrało” było jak najbardziej odpowiednim słowem), a dominował nad nimi niesmak zmieszany z nutą pogardy. Pokręcił głową i westchnął męczeńsko.
- Zdziwiłbym się, gdyby się pan tego nie spodziewał. Przecież to oczywiste, ginie głowa rodu, więc kto jest winowajcą? Rzecz jasna syn, który na pewno od dawna łasił się na przejęcie steru po ojcu. Cóż z tego, że nie ma żadnych dowodów? Przecież to całkiem zgrabna historia, więc powinna być prawdziwa – przerwał i spojrzał wprost w oczy Takedy. Rozciągnął usta w kpiącym uśmiechu – Prawda, panie Takeda?  
Tadao nic nie odparł. Bacznie wpatrywał się w wampira, chcąc wybadać jego następny krok. Po kilku chwilach westchnął i pokręcił głową.
- Jest pan rozgoryczony, to zrozumiałe w tej sytuacji... Niemniej, proszę się opamiętać.  
Kazuma bynajmniej nie wyglądał na skruszonego. Westchnął tylko, nie kryjąc niechęci i wstał z fotela, a Przewodniczący nawet nie próbował go zatrzymywać.
- Mniejsza o to. Nie przyłożyłem ręki do śmierci ojca. A teraz, jeśli pan pozwoli rzecz jasna, pójdę już. - Nie czekając na pozwolenie, odwrócił się na pięcie i rzucając jakieś zdawkowe pożegnanie, wyszedł z gabinetu.
Takeda przez kilka sekund patrzył na klamkę, która szczęknęła z metalicznym zgrzytem w drzwiach. Wrócił na swoje miejsce i opadł na fotel, przymykając oczy. Ten arogancki paniczyk nie był w stanie wyprowadzić go z równowagi, ale uświadomił mu jedno: nie będzie łatwo.
Nowa głowa rodziny Kazuma to nie to samo, co stary, poczciwy Osamu. Wątpił też, by jego nastawienie było tylko wynikiem zachłyśnięcia się władzą. O nie, Shin Kauma wyglądał mu na kogoś konsekwentnego w działaniu, a w dodatku miał za nic autorytet Przewodniczącego. Ale co jeszcze o nim wiedział? Nic. Teraz żałował, że nigdy nie przyjrzał mu się bliżej. Był zbyt pewny tego, że Osamu już na zawsze pozostawi rodzinę Kazuma na dnie, do którego sam ją doprowadził swoją uległością. Syn najwidoczniej uczył się na błędach ojca.  
Po chwili wzruszył obojętnie ramionami. A bo to takie trudności napotykał na swojej drodze? Sumiennością, zaradnością, sprytem i intelektem doszedł na szczyt. Nie miał zamiaru pozwolić się z niego strącić.  
Z obmyśleniem konkretnego planu postanowił poczekać. Tych parę tygodni go nie zbawi, a sytuacja stanie się klarowna. Musiał wiedzieć na co stać młodego Kazumę, żeby móc ocenić na ile radykalne środki będzie zmuszony podjąć, aby pokazać mu jego miejsce. Póki co nie chciał się tym za bardzo przejmować. Kto wie, może zupełnie pomylił się co do jego osoby? Czas pokaże.

<***>

Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że na szczycie jest się samotnym. Nikomu nie można ufać, nikt nie życzy ci dobrze, jeśli nie ma w tym interesu, nikt też nie dzieli twojej radości z sukcesu. Za to każdy czeka na choćby najmniejszy błąd, który mógłby pogrążyć, pogrzebać żywcem wszystkie nadzieje, plany i osiągnięcia. Spaść w przepaść jest bardzo łatwo. Zwłaszcza, jeśli wiesz, że kiedy się potkniesz, nikt nie poda ci ręki.  
Takeda pogodził się z tym już w chwili, w której postanowił walczyć o to, co wydawało się nieosiągalne. Wcześniej jednak nie miał czasu nad tym rozmyślać, tak bardzo pochłonięty był dążeniem do celu. Zdobywanie pozycji w ich okrutnej i konserwatywnej społeczności dawało mu ogromną satysfakcję. Teraz, gdy już miał to wszystko, o czym niegdyś marzył, począł się zastanawiać nad tym, dla kogo robi to wszystko. Miał przecież tylko siostrę, którą już dawno wydał za mąż. Jego rodzice wraz z dwoma starszymi braćmi zapadli w letarg, z którego już nigdy się nie ocknęli. Po prostu zamienili się w perlisty pył, którego drobinki wirowały jeszcze w powietrzu, gdy tknięty poczuciem nagłej straty wpadł do rezydencji. Nigdy też się nie ożenił i robić tego nie zamierzał. Temu, kto powiedział, że żona to nie rodzina, z wielką przyjemnością uścisnąłby dłoń. Widział w swoim życiu zbyt wielu, których kobieta doprowadziła do ruiny. Nie zamierzał podzielić ich losu.
Dotychczas myślał, że nie potrzebuje absolutnie nikogo. Sam dawał sobie radę, sam dla siebie był podporą w trudnych chwilach, wiedział, że nikt nie podniesie go tak na duchu, jak on sam. Teraz, gdy wracał do pustego domu, w którym jak duchy przemykali tylko służący, aż nie dowierzał, że mógł się tak bardzo mylić.
Brakowało mu kogoś, komu mógłby poświęcać swój czas, do kogo mógłby wracać. Kogoś, komu mógłby zostawić to wszystko, na co tak ciężko pracował, kogoś, kto kontynuowałby jego dzieło. Do pełni szczęścia brakowało mu jedynie dziedzica. Wszystko inne stawało się nieistotne przy tej myśli. Pragnął dziecka, które mógłby obdarzyć miłością i nauczyć wszystkiego tego, co sam umiał. Chciał pokazać mu świat, ten rzeczywisty, okrutny, a jednak ekscytujący świat.
Kiedy już uporał się ze wszystkimi bieżącymi sprawami, zaczął obmyślać plan, który miał zapewnić rodowi Takeda przetrwanie. Nic mu nie mogło w tym przeszkodzić. Po wielu godzinach spędzonych na rozważaniach, wreszcie znalazł rozwiązanie. Rzecz jasna, takie banalne wyjścia jak znalezienie żony czy też pozwolenie na to, by jego dziecko urodziła pierwsza lepsza wampirzyca nie wchodziło w grę, co to, to nie! Potrzebował kobiety spełniającej wszystkie jego wymagania, takiej, która przekazałaby dziecku jak najlepsze geny. Bezduszne? No cóż, nie z moralności, ale z chłodnej kalkulacji rodziły się potęgi, a Takeda należał do osób, które powoływały się na moralność tylko wtedy, gdy to się opłacało.

<***>

To był impuls. Ot, zwykła fanaberia znudzonej rutyną kobiety. A przynajmniej tak jej się wydawało, gdy po kilku tygodniach ukradkowych spojrzeń i uśmiechów została wezwana do gabinetu Przewodniczącego. Z niego już prostą drogą trafiła do sypialni Tadao Takedy. Ich zbliżenie uważała za nieoczekiwany dar od losu. Skąd mogła wiedzieć, że to wszystko starannie zaplanowane działanie mające konkretny cel?
Kotone Saito. Tak nazywała się wybranka Takedy. Była piękna i wysoko urodzona. Bladolica, niewysoka blondynka o oczach barwy szmaragdów. Poza urodą była również nadspodziewanie inteligentna i czarująca, zwracała na siebie uwagę swoim słodkim uśmiechem, który przełamywał lody i skłaniał do sympatii wobec jego posiadaczki. Miała niewątpliwie jeszcze jeden atut: niezbyt domyślnego męża.  
Nie miał większych problemów ze zwróceniem na siebie jej uwagi. Wysoka pozycja, wrodzony magnetyzm i pociągająca aparycja sprawiły, że po paru powłóczystych spojrzeniach Kotone sama wodziła za nim wzrokiem. Była kobietą, która mimo całej swej słodyczy, zawsze stawiała na swoim i dostawała to, czego chciała. A w tamtym momencie zapragnęła Takedy. Tak toczyła się między nimi gra: ona uwodziła jego, nie mając świadomości, że sama była ofiarą intrygi.
Ich romans kwitł pod „czujnym okiem” głowy rodu Saito aż do dnia, w którym Kotone potajemnie przekradła się do rezydencji Takedy.  
Bez żadnej zapowiedzi służących weszła do jego sypialni. Ubrana od stóp do głów w czerń podkreślaną srebrem i szmaragdami. Przez kilka chwil przyglądała się mu z zaciśniętymi ustami, kiedy podchodził do niej. Nie zdążył jej objąć ani spytać co się stało, kiedy odwróciła się, zarzucając burzą blond loków.  
- Jestem w ciąży – oznajmiła bez zbędnego słowa wstępu.  
Zaniemówił. Nie spodziewał się tego, nie w tak krótkim czasie. Kotone wciąż stała do niego odwrócona plecami, nie mogła widzieć tryumfalnego uśmiechu, który wypłynął na jego usta. Natychmiast przybrał poważny wraz twarzy i położył dłonie na szczupłych ramionach kobiety.
- Kotone...
Odwróciła się gwałtownie. Miała łzy w oczach.
- Wyobrażasz to sobie? Jestem zrujnowana! Co ja mam teraz zrobić? - głos jej się załamywał, ale nie pozwoliła łzom popłynąć.  
Cenił to sobie. Wiedział, co ta sytuacja w normalnych okolicznościach by dla niej oznaczała, a mimo tego trzymała się w ryzach. To go tylko upewniało w tym, jak dobrego wyboru dokonał.
W końcu pozwoliła się mu objąć. Zabawne, ale naprawdę była nim zauroczona. Wprowadził w jej szare, nudne życie nieco koloru, pikanterii i adrenaliny. Żaden mężczyzna nie dał jej nigdy tak wiele, żaden nie potrafił jej zrozumieć. Dziecko jak dziecko, ostatecznie zawsze można liczyć na to, że urodzi się podobne do niej, a ojcostwem obarczy swojego męża, ale żal było jej kończyć to, co było między nią a Tadao. W tej sytuacji widziała tylko jedno rozwiązanie. Takie, które załatwiłoby sprawę raz, a dobrze...
Zobaczył ten błysk w jej oczach i doskonale wiedział, co on oznaczał.  
- Nie, Kotone, nawet o tym nie myśl. Nie pozwolę ci, słyszysz? Nie zabijesz naszego dziecka – rzekł stanowczo, zaciskając dłonie na jej ramionach i potrząsając nią lekko . W tym przypadku nawet nie musiał udawać determinacji.  
- A co, jeśli muszę? Co, jeśli okaże się niepodobne do mnie i mój mąż się zorientuje? Nie ryzykujmy, lepiej zrobić to teraz, szybko i bezboleśnie, kiedy jest mniejsze od ziarenka. Później... później będzie gorzej – rzekła łagodnie, niemal z czułością przyglądając się mężczyźnie.
Musiał przyznać, że to byłby dobry pomysł, a Kotone poparła go równie dobrym argumentem. Ale nie mógł się na to zgodzić. Chciał tego dziecka najbardziej na świecie. To było jedyne, czego pragnął: mieć potomka, dziedzica, któremu mógłby zostawić wszystko, na co tak ciężko pracował.
- Nie zabijesz go. Nie możesz.
Odsunęła się gwałtownie i uśmiechnęła tym zimnym, pogardliwym uśmiechem, który sprawiał, że Tadao miał ciarki na ciele.
- Nie mogę? Właśnie, że mogę. I zrobię to, przysięgam ci, że to zrobię, jeśli nie ma innego sposobu. To nie ty stracisz wszystko, tylko ja. Wytkną mnie palcami i ukamienują, a mój nierozgarnięty mąż pierwszy rzuci kamień! - syknęła nienawistnie.
Miała racje. To mogłoby się stać, gdyby Takeda zachował się jak większość mężczyzn.  
- Weź się w garść Kotone i nie panikuj. Nie zostawię cię z tym, obiecuję. Tak długo, jak nie słyszymy pulsu dziecka, jesteś bezpieczna, później zajmę się wszystkim, byś mogła w spokoju donosić ciążę i urodzić. Jedno jest pewne, dopóki nosisz w sobie moje dziecko, nie ma prawa spotkać cię krzywda.  
Był w tych zapewnieniach szczery i to ostatecznie złamało jej opór. Spodziewała się, że ochoczo przystanie na jej propozycję, że będzie za tym, by pozbyć się problemu... Tymczasem on naprawdę chciał tego dziecka. Westchnęła. Gdyby poznali się dużo wcześniej, gdyby nie była mężatką... Ale teraz niczego nie można już zmienić.  
Odwróciła od niego oczy barwy szmaragdów. Nie chciała okazać słabości, lecz kiedy tylko znalazła się w opiekuńczym uścisku jego ramion, poddała się.
- Przysięgnij, Kotone. Przysięgnij, że nie zrobisz nic głupiego.
Milczała przez chwilę, powstrzymując drżenie ust. Wciąż skryta w jego objęciach, lekko pokiwała głową.
- Przysięgam – szepnęła zdławionym głosem. Sama nie mogła uwierzyć w to, że się na to godzi. - Ale jeśli mnie zawiedziesz, przysięgam też, że mnie popamiętasz – dodała, wymuszając na ściśniętym gardle ostrzejszy ton.  
Uśmiechnął się pod nosem. Taka krucha, a jednocześnie taka niebezpieczna! Pogładził subtelnie złote loki, które kaskadą opadały na jej plecy
- Przecież wiesz, że nigdy nie składam obietnic bez pokrycia.
Nawet gdyby się rozpłakała, nie miałby jej tego za złe. Stała się dla niego najważniejszą osobą na ziemi, nie ważne na jaką sentymentalną bzdurę by ją teraz naszło, spełniłby każdą głupią zachciankę, byle tylko utwierdzić ją w przekonaniu, że może czuć się przy nim bezpieczna i kochana.
Kotone lekko wysunęła się z jego objęć. Nie miała zamiaru płakać, chciała już móc wrócić do domu, by rozważyć wszystko na spokojnie, bez udziału emocji. Odwróciła się, żeby odejść, ale dłoń Tadao zacisnęła się na jej nadgarstku. Obróciła się, natychmiast znajdując jego spojrzenie. Trzymał ją delikatnie, nie potrzebował siły by zatrzymać kobietę przy sobie. Tym bardziej, że Kotone wcale nie próbowała się opierać.
Zbliżyła się nieco, a wtedy wampir rozluźnił uścisk i lekko objął ją w pasie. Uniosła dłoń ku jego twarzy i musnęła policzek, przyglądając mu się badawczo, jakby pierwszy raz widziała go z bliska. Czasem, gdy tak mu się przyglądała, nachodziła ją głupia mrzonka, by rzucić wszystko w cholerę i uciec, ukryć się przed tym surowym i wymagającym światem. Uśmiechnęła się leciutko. O święta naiwności! Przecież doskonale wiedziała, że to niemożliwe. Mogła mieć wszystko. Poza tym jednym. Dlatego cieszyła się każdą wykradzioną chwilą, w której nie musiała osłaniać swoich słabości, każdym momentem, w którym mogła się zapomnieć i przestać udawać. Doceniała to.


Wszystko szło zgodnie z planem. Kiedy Kotone po zaledwie dwóch tygodniach od ich ostatniej rozmowy oznajmiła mu, że serce ich dziecka bije na tyle mocno i wyraźnie, że dłużej już nie da rady ukrywać ciąży, zajął się nią, tak jak obiecał. Nie chciał, by ktokolwiek dowiedział się o tym, że Kotone spodziewa się dziecka, ponieważ miał pewność, iż wszyscy doszliby do wniosku, że to owoc jej legalnego związku. Gratulowano by wówczas panu Saito i jego żonie długo wyczekiwanego potomka, a to zrujnowałoby całe przedsięwzięcie. Saito nigdy nie błyszczał inteligencją, ale nie był do tego stopnia idiotą, by uwierzyć w niepokalane poczęcie. Najpewniej słowem by się się nie zająknął, że żona musiała go zdradzić, by uniknąć skandalu, lecz zgotowałby jej piekło na ziemi. Ale było jeszcze coś. Takeda nie dopuszczał do siebie myśli, że ktoś mógłby ośmielić się nazwać jego dziecko swoim. Dziecko, które sobie wymarzył i w którego żyłach płynęłaby jego krew. To, co należało do niego, lubił mieć przy sobie.
Setki kilometrów od ich miasta miał niewielki dworek, ukryty pośród lasu. Tam umieścił Kotone, a jej nieobecność usprawiedliwił oficjalnie wyjazdem w delegację celem załagodzenia konfliktu między dwoma rodami należącymi do jednego ze zborów gdzieś w Ameryce Południowej. Nikogo to nie zdziwiło, ponieważ w owych stronach często dochodziło do waśni i przywódcy tamtejszej Starszyzny niejednokrotnie prosili o poprowadzenie mediacji kogoś z zewnątrz. Fakt, że była to akurat Kotone też nie wywołał podejrzliwości. Takeda był znany z tego, że takie zadania powierzał kobietom, jako że uważał, iż kobieta, będąca istotą subtelniejszą, mniej porywczą i znacznie milszą od mężczyzny, łagodzi obyczaje, a poza tym, pani Saito była wyjątkowo skuteczna w rozwiązywaniu tego typu spraw. Był jeszcze jeden powód, który przemawiał za tą wymówką: nikogo nie obchodziła Ameryka Południowa.
- Chcesz mnie tu zamknąć aż do tego cholernego porodu? - zapytała, przechadzając się po holu. Rozglądała się wokół, raczej w celu podkreślenia tego, jak bardzo jest znudzona, niż z ciekawości.
- Proszę cię, nie mów tak – westchnął i wstał z ławeczki, na której dotychczas siedział. Znosił cierpliwie te humory, choć wątpił, że są im winne tylko hormony. Kotone w okamgnieniu przechodziła od skrajności do skrajności. W jednej sekundzie ociekała słodyczą, w drugiej wbijała szpilę pod żebro. Ciężko było stwierdzić, czy robi to celowo. Przypuszczał, że po części sprawdzała, jak daleko może się posunąć, nie nadwyrężając tym samym jego cierpliwości.
No cóż, czego by nie zrobiła, na wszystko zamierzał przymknąć oko. Teraz cenił ją niemal tak samo jak władzę, nie mógł sobie pozwolić na to, by ją stracić.
Podszedł do niej i delikatnie objął w talii. Oparła dłonie na jego piersi i przyglądała mu się przez chwilę w milczeniu z tą lekko poirytowaną miną, która ostatnio coraz częściej jej towarzyszyła.
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – wypomniała, przygładzając klapę czarnej marynarki, którą miał na sobie.  
- A powiedz mi, gdzie chciałabyś uczęszczać, będąc w tym stanie? Na bankiety, posiedzenia Starszyzny? A może masz ochotę wrócić do domu? Mąż na pewno ucieszy się na twój widok – zirytował się. - Przypominam jeszcze, że oficjalnie jesteś w zapomnianej przez świat Ameryce Południowej.
Nie mogła mieć do niego o nic pretensji, zrobił naprawdę wszystko, by jej zniknięcie nie wyglądało podejrzanie. Dotrzymał danego jej słowa i powinna mu być za to wdzięczna, zamiast kręcić nosem. Dzięki niemu zachowa swoją pozycję, dalej będzie nieskazitelną panią Saito... Nawet jeśli teraz zachowuje się jak rozpieszczony podlotek. Nie wiedziała, co w nią wstępowało, czasami sama siebie nie mogła rozpoznać!
- Masz rację, przepraszam. Nie wiem, co się ze mną dzieje. - Wspięła się na palcach i musnęła ustami jego zaciśnięte wargi. - Nie gniewaj się na mnie, proszę. Wiesz przecież, że bardzo to wszystko doceniam. - Uśmiechnęła się uroczo, wlepiając w niego lśniące, szmaragdowe oczy.
Subtelnie pogłaskał blady policzek Kotone. Słodka żmijka, dobrze wiedziała jak wkupić się w łaski. Gdyby nie to, że nosiła jego dziecko, udusiłby ją gołymi rękoma.
- Nie gniewam się, kochanie. Ale następnym razem dobrze się zastanów, zanim zaczniesz zadawać tak niedorzeczne pytania, dobrze?  
Westchnęła, ale skwapliwie pokiwała główką. Co innego mogła zrobić? Przesadziła, dobrze o tym wiedziała. Tym bardziej, że Tadao był bardzo wyczulony na punkcie tego maleństwa, które w niej rosło. Nie uzgodnili jeszcze, co zrobią z dzieckiem, gdy to już będzie na świecie, ale Kotone wiedziała, że nie będzie łatwo. Tadao już czuł się jego ojcem, widziała to w jego oczach, wyczuwała w tonie głosu, gdy o nim wspominał. Jednak to było niemożliwe. Jeśli tylko będzie miała śliczne, jasnowłose dzieciątko, być może uda się jej je zatrzymać. Gdyby wróciła z dzieckiem na ręku, jej mąż nie mógłby nic zrobić. Fakt, zgotowałby jej straszny los, lecz czym jest odrobina cierpienia w zamian za życie? Tylko co wtedy zrobiłby Tadao? Nie zniósłby tego, że inny będzie wychowywał jego dziecko. Była niemal pewna, że to wszystko w najlepszym przypadku skończyłoby się ogromnym skandalem. W najgorszym... nie, wolała o tym nawet nie myśleć. Tylko co jeśli maleństwo będzie podobne do ojca? Co wtedy się z nim stanie?
- Kotone? - Jego głos przywrócił ją rzeczywistości.
Delikatnie starł mokre ślady, którymi łzy naznaczyły jej policzki. W zamyśleniu musiała ich nawet nie zauważyć. Podniosła na niego szmaragdowe oczy, w których pozostał cień łez.  
Dotarło to do niej z całą mocą. Wcześniej nie zdawała sobie z tego sprawy. A może nie chciała przyznać się sama przed sobą?
- Tadao, ja się boję – wyznała, bezskutecznie tłamsząc w głosie emocje.
- Przecież obiecałem, że cię ochronię. Nie stanie ci się krzywda - westchnął, gładząc ją po włosach.  
Gwałtownie pokręciła głową, odsuwając się na kilka kroków.
- Nie, Tadao, tu nie chodzi o mnie. - Położyła dłoń na brzuchu, spuszczając wzrok. - Co będzie, kiedy już urodzę? Co się stanie z tym maleństwem?
Kiedy znów na niego spojrzała, dostrzegał w jej oczach niepokój. Szkoda, wielka szkoda, że nie odkrył jej potencjału dużo wcześniej, gdy jeszcze nie była mężatką. Być może złamałby swoje postanowienie i ożenił się z nią. Byłaby świetną matką dla jego dziecka. Przygarnął ją do siebie.  
- O nic się nie martw, zadbam o nie. Będzie bezpieczne, daję słowo.
Odchyliła się lekko, by przez chwilę uważnie przyglądać się twarzy mężczyzny, jakby próbowała przejrzeć jego myśli. Owszem, nie chciała tego dziecka i wyrzucała sobie, że byli tak lekkomyślni, dając mu życie... Ale nie potrafiła nie martwić się o jego przyszłość. W końcu nosiła je w sobie, było częścią niej samej, fragmentem jej duszy i ciała. Ale z drugiej strony... Jeśli Tadao obiecywał, że zadba o to, by nie stała mu się krzywda, nie miała podstaw, żeby w to nie wierzyć.  
Westchnęła cicho i wtuliła się w niego.
- Przepraszam. Jestem przewrażliwiona.
- Nic nie szkodzi, wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
To właśnie chciała usłyszeć. Oczywiście, że mu wierzyła. On jeden jej nie zawodził i zawsze dotrzymywał danego słowa. Kiedy odsunęli się od siebie, już była spokojna.
Gdyby tylko wiedziała, że bezpieczeństwo i opieka, którą ją otoczył były tylko iluzją...

<***>

- To absurdalne! - szyderczy uśmiech wypłynął na twarz Kazumy, gdy zaczął przemawiać zaraz po Takedzie. Spotkanie trwało od dobrych dwóch godzin, a oni wciąż nie mogli dojść do żadnego sensownego konsensusu. Ich dyskusje podzieliły członków Starszyzny na dwa obozy.  
- Cackamy się z nimi jak z dzieckiem, ile można ustępować? Panie Przewodniczący, proszę wyjaśnić, jak do tego doszło? My, pionierska rasa, podporządkowani prochowi? Czy tak wygląda pana polityka? Miało być lepiej, będzie jak zwykle, hm? - zakpił, wodząc wzrokiem po zebranych.  
Takeda wysłuchał tego wywodu z iście anielską cierpliwością. Młody Kazuma od śmierci ojca co i rusz załaził mu za skórę. Potrafił doczepić się absolutnie wszystkiego, byle tylko podburzyć resztę Starszyzny przeciw niemu. Otwarcie przyznawał, że nie pokłada wiary w obecnym Przewodniczącym.  
- Panie Kazuma, przypominam panu, że „moja polityka”, jak pan raczył nazwać oficjalne stanowisko Starszyzny, jest efektem licznych kalkulacji i analiz nie tylko moich, ale także specjalistów w dziedzinie stosunków polityczno-społecznych. Czasem, jak już nie raz i nie dwa tłumaczyłem, trzeba zrobić krok w tył tylko po to, by wziąć rozbieg – wyjaśnił, po czym sięgnął po napełnioną wodą szklaneczkę z rżniętego szkła. Znacznie większą ochotę miał teraz na wódkę z lodem, ale chociaż alkohol nie działał na wampiry tak oszałamiająco jak na ludzi, przytępiał nieco zmysły i wraz z rozchodzącym się po ciele ciepłem rozleniwiał, a w tej chwili jego umysł musiał działać bez najmniejszego zarzutu.
- Oczywiście. I twierdzi pan, że ustępując Pogromcom na polu kontroli nad nisko urodzonymi i przemienionymi wampirami, „bierzemy rozbieg”? Naprawdę, podziwiam zarówno strategię, jak i pana optymizm.  
Przewodniczący westchną ze znużeniem, jak rodzic mający już dość niekończących się pytań dziecka. Te utarczki słowne do niczego, poza próbą podważenia jego autorytetu, nie prowadziły. To był najwyższy czas, by skończyć z uprzejmościami.
- Może od początku, bo najwyraźniej objęcie tego rozumem pana przerosło. Szansa dla naszej rasy nie jest w marnych szlachetkach i opętanych żądzą krwi przemienionych. Nadzieja jest w nas, najpotężniejszych i najstarszych rodach czystej krwi, jak i tych arystokratycznych z niemal równie długim rodowodem. Zamiast skupiać uwagę na utrzymaniu w ryzach tych niższych warstw, powinniśmy się skupić na tym, by przywrócić nam należne w hierarchii miejsce. Pogromcy zajmą się zatem okiełznaniem nisko urodzonych i przemienionych, a my w zamian będziemy mogli oddelegować jednego obserwatora na większe narady Pogromców. To jest tak zwane upieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu, panie Kazuma. - Uśmiechnął się jadowicie. Już od dłuższego czasu otwarcie sobie dogryzali, choć nie w aż tak otwarty sposób. Reszta Starszyzny w milczeniu obserwowała i słuchała, nie chcąc wejść w paradę dyskutującym. W końcu nikt nie był tak głupi, żeby narażać się na oberwanie rykoszetem.
- Z całym szacunkiem, co nas obchodzą ich narady? Wystarczyłaby garstka arystokratów, by główną siedzibę Pogromców zmieść w pył, a my się z nimi układamy! Poza tym, myśli pan, że na naradach, na których będzie obserwator z wrogiego obozu któryś z Pogromców chociaż słowem się zająknie o rzeczach naprawdę ważnych? Wbrew temu, co chcielibyśmy o nich sądzić, nie są głupi. Tak w rzeczywistości, to oddamy im kontrolę nad znaczną częścią naszej społeczności. Najstarszych rodów zostało tak niewiele, liczba arystokratów nie wzrasta, a ta niższa warstwa, którą pan tak pogardza jest wyjątkowo płodna. Może „marny szlachetka” nie przywróci nam dawnej chwały, ale kiedy będzie czuł nad sobą pieczę silnych przywódców, którzy nie traktują go jak zbędnego balastu, z oddaniem rzuci się w wir walki. Proszę pomyśleć, do jakich wniosków dojdzie ten „szlachetka”, kiedy dowie się, że został bez mrugnięcia okiem oddany pod władzę i osąd wrogowi.  
Shin, gdy skończył, rozejrzał się po zgromadzonych. Widział w ich oczach wahanie, ziarno zwątpienia zostało zasiane. Nie okazując zadowolenia, wrócił wzrokiem do Takedy.
- ”Rzuci się w wir walki”? Proszę mnie poprawić jeśli się mylę, ale chce pan odzyskać dominację siłą? Przecież wojna od dawna jest przeżytkiem, co najwyżej możemy straszyć jej widmem. W czasach dyplomatów i rządów pieniądza chce pan machać mieczykiem? - Uśmiechnął się ironicznie. Czuł się niezwykle idiotycznie brnąc w tę dyskusję.
- Wojna to dobra, choć nieco zapomniana tradycja naszej rasy. Od zarania dziejów toczyliśmy wojny i wygrywaliśmy je. Czasem większym bądź mniejszym kosztem, ale stawialiśmy na swoim. Byliśmy niezwyciężeni. A teraz? Przejmujemy się zdaniem starca w sutannie.  
Nie miał już sił, by tłumaczyć wszystko od początku. Chciał wrócić do domu, położyć się i dać odpocząć zmęczonemu tą bezsensowną paplaniną umysłowi. Powiódł wzrokiem po twarzach zebranych i nie mógł uwierzyć w to, co widział. To, że Kazuma był młody, niezmordowany i napalony na podboje oraz kierowany chęcią zdetronizowania go, nie dziwiło ani trochę. Ale to, że głowy najwyższych rodów, elita tej rasy, jakby z zawstydzeniem słuchały o dawnej potędze i „przejmowaniu się starcem w sutannie”, było po prostu załamujące. Chyba tylko Kage Hiou nie opowiadał się po żadnej ze stron. Z jego spokojnej twarzy nie można było wyczytać żadnych emocji.
- Dobrze. Zatem wojna. Jaki ma pan plan, panie Kazuma?- zapytał, hardo wbijając zimne spojrzenie w oczy siedzącego naprzeciw Shina. Ten nie odpowiedział, ale nie odwrócił wzroku.- Rozumiem, żadnego planu. Pozwolą państwo, że pokrótce zobrazuję cały przebieg tej, o losie, chwalebnej wojny. Wypowiadamy wojnę innym rasom. Rzeczywiście, drobnej szlachty jest wystarczająco dużo, by była podstawą naszej armii. Zwabieni ideą odzyskania hegemonii, licząc, że coś im z tego skapnie zaangażują się bez reszty. Kiedy już inne rasy będą przed nami drżały, co zrobi nasz poczciwy szlachetka?Zorientuje się, że takich jak on jest na pęczki. A nas, choć jesteśmy dużo potężniejsi, tylko garstka. Zapragną równości, bo niby dlaczego oni mają stać niżej w hierarchii, skoro jest ich tak wielu? Wybuchnie bunt. W najstarsze rody nie uderzy z taką siłą, ale w tej rewolucji zginie wielu arystokratów. Z czasem zaczną szukać sposobu by pozbyć się również i nas. I znajdą ten sposób, bo on z pewnością istnieje. Kiedy zniszczą także nas, zaczną przepychać się między sobą. Stoczą niejedną walkę o władzę, aż z wielu zostanie garstka. Rzeczywiście, wojna to wyśmienity pomysł, prawda, proszę państwa?
Cisza. Wreszcie nie było w odpowiedzi bezsensownego argumentu. Kazuma był zdolny, to musiał mu przyznać. Jak nikt potrafił siać zwątpienie, ale wciąż brakowało mu ogłady, którą Takeda wypracował już lata temu. Gdyby miał za sobą choć połowę doświadczenia Przewodniczącego, byłby naprawdę wybitnym przeciwnikiem. Teraz jednak Tadao cieszył się, że niewielkim wysiłkiem jest w stanie uciąć awanturnicze zapędy nowego członka Starszyzny.
- Sądzę, że nie ma powodów ku temu, by dalej roztrząsać ten temat. Myślę, że powinniśmy wytrwać w pokoju najdłużej, jak tylko się da. Przy obecnym układzie sił to zdecydowanie lepsza alternatywa niż wojna – oznajmiła Hanako Teshiguhara, jedyna kobieta w tym towarzystwie.  
Hanako była najstarszą członkinią Starszyzny, choć patrząc na nią, ciężko było w to uwierzyć. Gęste czarne włosy związane zawsze w koński ogon, bystre brązowe oczy naznaczone złotymi cętkami i gładka skóra, na której tylko w okolicach oczu można było ujrzeć cień zmarszczek, które wyraźne staną się pewnie dopiero za wiele, wiele wieków sprawiały, że żaden człowiek nie dałby jej więcej niż trzydzieści parę lat. Kobieta była nie tylko piękna i mądra. Była też wdową z niezwykle szanowanej rodziny, co sprawiało, że wciąż miała licznych adoratorów.  
- Z całym szacunkiem, panie Kazuma, – kontynuowała - ale jest pan jeszcze relatywnie młody i szczęśliwie nie przyszło panu widzieć tych „wieków chwały”. Ja przeżyłam wiele wojen. Jedna z nich odebrała mi męża, druga syna. Widział pan kiedyś jak umiera czystokrwisty? Nie ma miejsca na ostatnie słowa, na jakikolwiek gest, po prostu rozsypuje się w srebrzysty pył. To zła śmierć, a wówczas wielu ją poniosło. Kolejna wojna doprowadzi nas tylko do zagłady – oznajmiła, patrząc wciąż na Shina. Niesamowite było to, że nie mówiła tego by go pogrążyć. Była po prostu szczera.
Wszyscy zgodnie przyznali kobiecie rację. Kazuma był nieco niepocieszony, ale z pokorą zniósł porażkę i postanowił wyciągnąć wnioski. Umiał uczyć się na błędach i wiedział, kiedy się wycofać. Głos Hanako Teshiguhary był zawsze decydujący, a przy tak wielkiej mądrości i doświadczeniu jakiekolwiek toczone z nią spory kończyły się fiaskiem jej przeciwnika. Co sama często podkreślała, żyła na tym świecie najdłużej z nich wszystkich, widziała wzloty i upadki ich społeczności, ogromne rzezie i powstawanie z popiołów tego świata. Sprzeczanie się z nią było po prostu ogromną głupotą.  
- A wracając do głównego wątku, uważam, że oddanie Pogromcom kontroli nad nisko urodzonymi nie jest najlepszym pomysłem. Teraz zadowolą się tym, że mają władzę nad najniższą warstwą, potem zapragną rozszerzyć swoją jurysdykcję, w związku z czym walki będą nieuniknione. Co innego przemienieni. Oni należeli kiedyś do świata ludzi, nad którym Pogromcy sprawują pieczę i to w tym świecie czynią największe szkody. Poza tym, są dla nas kłopotliwi, a to byłoby duże odciążenie. Co do naszego delegata na spotkaniach Pogromców, tu trzeba oddać sprawiedliwość panu Kazumie, Pogromcy nie są głupi, nie poruszą newralgicznych spraw mając świadomość, że dotrą one do nas. Ale nie można też cały czas się pilnować, w końcu ktoś nie zdąży ugryźć się w język. Podsumowując, jeśli zgodzą się na ustępstwo w sprawie nisko urodzonych i zadowolą się przemienionymi, a my zyskamy możliwość dowiedzenia się czegoś istotnego, to byłby to bardzo korzystny układ – uśmiechnęła się łagodnie.
Takeda zastanowił się chwilę nad słowami Hanako. Oczywiście jak zwykle miała rację. Postanowił, że podejmie się negocjacji z Dowódcą Pogromców. Był to już stary i zmęczony wieloletnią służbą człowiek, Tadao nie sądził, że będzie chciał się wdawać w dalsze pertraktacje, po prostu przystanie na warunki Starszyzny. Ogłosił, co postanowił i zamknął posiedzenie.
Kiedy wychodził z budynku, kątem oka dostrzegł Kazumę rozmawiającego z Teshiguharą. Nie dosłyszał, co powiedział mężczyzna, ale wampirzyca uśmiechnęła się łagodnie, skinęła głową, po czym przyjęła wyciągnięte w jej stronę ramię. Powoli zaczęli oddalać się brukowaną uliczką. Zastanowiło go to, ale doszedł do wniosku, że może potem przyjrzy się temu bliżej. Teraz nie miał ani czasu, ani ochoty. Musiał dziś jeszcze odwiedzić Kotone. Kobieta będąc w zaawansowanej ciąży, stała się nieco znośniejsza. A przynajmniej w stosunku do niego, bo wąziutkie grono służby, które miała do swej dyspozycji każdego dnia przechodziło piekło, kiedy kobieta dopatrzyła się chociażby drobnego zaniedbania.
Spojrzał w nocne niebo i westchnął. W najbliższym czasie miał wiele planów do zrealizowania i musiał być ostrożny, by nie popełnić żadnego błędu. Inaczej lata wysiłku pójdą na marne, a teraz, kiedy już tak niewiele brakowało mu, by mieć wszystko, nie mógł na to pozwolić.

<***>

Późnym marcowym wieczorem Takeda wszedł do swojego gabinetu w budynku Starszyzny. Nie zdążył nawet zdjąć płaszcza, kiedy zadzwonił telefon. Odebrał, a gdy tylko usłyszał, co się stało, potrzebował dosłownie kilku sekund, by się uspokoić. Wyszedł z gabinetu i oznajmił sekretarce, że wypadło mu niecierpiące zwłoki spotkanie, oraz że nie wie, o której wróci. Kobieta przyjęła wiadomość i pożegnała Przewodniczącego, który jak gdyby nigdy nic, wyszedł na zewnątrz. Jeszcze nie zdążył puścić klamki, a już przeniósł się do dworku. Wpadł po schodach na górę, jak gdyby zależało od tego czyjeś życie i popędził do sypialni Kotone. Wampirzycy nie było w pomieszczeniu, ale z boku, nieopodal okna, stała drewniana kołyska przesłonięta białym woalowym baldachimem.  
Powoli podszedł do niej i odsunął materiał. W białej pościeli leżało dzieciątko tak maleńkie, że wydawało się aż nierzeczywiste. Spało sobie słodko, zupełnie nie zwracając na niego uwagi. Na czubku idealnej główki pyszniła się kępka czarnych włosów. Nie mógł powstrzymać uśmiechu, było po prostu przecudowne! Od pierwszego wejrzenia ta kruszyna poruszyła jakąś strunę w jego sercu, sprawiła, że cały świat przestał mieć w tej chwili jakiekolwiek znaczenie.
- Jak mogłaś zostawić je samo? - zapytał z wyrzutem nawet nie odwracając się do kobiety, która weszła do sypialni.
- Przecież cały czas nasłuchiwałam, czy nic jej nie jest. Spała spokojnie, gdyby się obudziła, wiedziałabym o tym – odparła, przeczesując mokre włosy palcami. Po tym wszystkim musiała doprowadzić się do porządku, oczyścić się ze śladów niedawnego wysiłku. To było najgorsze doświadczenie w jej życiu, nie mogła sobie nawet wyobrazić, jak znoszą to ludzkie kobiety, kiedy ona, mając zdolność do błyskawicznej regeneracji i znacznie podwyższony próg bólu, tak bardzo cierpiała.  
Tadao nie odrywał oczu od dziecka. W ich społeczności większość mężczyzn z rozczarowaniem przyjmowało wiadomość o narodzinach córki, ale on tylko uśmiechnął się lekko. Miał córeczkę. Swoją maleńką, uroczą córeczkę.
- Tadao?
Z niechęcią odwrócił wzrok od dziewczynki i spojrzał pytająco na Saito.
- Co teraz z nią będzie? - zapytała cicho, opierając dłonie na krawędzi kołyski i lekko nią poruszając.  
Wszystko zależało od tego, co postanowi Tadao, ale nie było jej obojętne, co się stanie z jej córką. W ostateczności przecież mogłaby spróbować wziąć ją do siebie, przecież tych kilka ciemnych kosmyków na jej główce nie przesądzało jeszcze do kogo będzie podobna. Gdyby sprawa zaczęła się komplikować, byłoby już za późno, bo może i jej mąż nie był zbyt mądry, ale na pewno nie był nieczuły. Być może pokochałby tę dziecinkę, a przecież czasem okazuje się, że dzieci są zupełnie niepodobne do swoich rodziców, prawda?
Takeda odwrócił się od kołyski i przeszedł kilka kroków w kierunku drzwi.  
- Nie martw się o nią. Nigdy nikomu nie pozwolę jej skrzywdzić – odparł, po czym stanął przodem do kobiety.
- A może jakieś konkrety? Tadao, to moja córka, chyba mam prawo wiedzieć, co ją czeka, prawda? - Stanęła naprzeciw niego, by móc patrzeć mu w oczy.
Uniósł jej podbródek i pocałował ją delikatnie, po czym przygarnął do siebie jej drobne ciało.
- Zostanie ze mną. Wychowam ją i zapewnię najlepsze życie, jakie tylko można sobie wyobrazić. Zrobię wszystko, żeby była najszczęśliwsza na świecie – wszeptał jej na ucho. - Szkoda, że nie było nam dane spotkać się wcześniej, może wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej.
Odsunęła się od niego. Co to miało znaczyć?  
- Tadao... - Nie dokończyła zdania, zachłystując się powietrzem. Przerażający ból przeszył jej ciało, gdy dłoń wampira przebiła jej żebra i chwyciła za serce.
Ona nie mogła żyć. Wiedział, że nie mogłaby patrzeć, jak sam wychowuje ich wspólne dziecko, że któregoś dnia upomniałaby się o prawo do ich córeczki. Zburzyłaby jej świat, unieszczęśliwiła, okryła hańbą jako owoc zdrady, a kto wie, może nawet odebrałaby ją Tadao. Nie mógł na to pozwolić.
- Szkoda, naprawdę szkoda – szepnął i wyrwał serce z piersi kobiety. Upadła na ziemię z hukiem. Wytrącone ze snu dziecko zakwiliło cichutko, po czym rozpłakało się już na dobre.
Przeszedł nad zmieniającym się w pył ciałem kobiety, wypuszczając z dłoni jej serce i podszedł do kołyski. Wyczuwalna obecność Kotone rozpłynęła się na dobre w powietrzu. Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i ze spokojem wytarł dłonie z krwi, po czym wyjął dziewczynkę z kołyski. Przytulił ją do piersi, kołysząc leciutko. W jednej chwili uspokoiła się i wlepiła w niego ogromne, ciemne oczy.
- Już dobrze maleńka – uśmiechnął się do niej kojąco. - Chodźmy stąd, zabiorę cię do domu.
Jak gdyby nigdy nic zszedł na dół, gdzie wydał polecenie zaufanej służącej i zniknął. W godzinę później w dworku nie było nawet śladu po Kotone Saito.

<***>

Po ponad miesiącu od narodzin córki Takedy świat wampirów obiegła wieść o śmierci Kotone Saito. Na oficjalnym posiedzeniu Takeda przedstawił okoliczności w jakich kobieta poniosła śmierć z rąk wampirów należących do jednej ze stron konfliktu, który rzekomo miała załagodzić. Przekazał wyrazy współczucia zrozpaczonemu mężowi i zapewnił, że sprawiedliwość została wymierzona.  
Bliski płaczu Saito opowiadał, że już wcześniej czuł, że żonie stało się coś złego, ale nie mógł się z nią w żaden sposób skontaktować, miał tylko nadzieję, iż żyje. Teraz pozostało mu już tylko zaprosić wszystkich na uroczystość ku czci pamięci Kotone.
Nikt niczego się nie domyślał. Takeda zadbał o to, by wszystko wyglądało naturalnie.  
Dwa dni po tym, jak zabił Kotone, ogłosił światu, że urodziła mu się córka. Oczywiście wiadomość nie przeszła bez echa, bo dzieci nie biorą się z powietrza, a Tadao przecież nie miał żony. Zaczęto dochodzić do tego, kto jest matką dziewczynki, w końcu nie godziło się, by Przewodniczący Starszyzny miał dziecko z byle kim. Odwiedziła go nawet Hanako Teshiguhara, rzekomo by pogratulować mu narodzin dziecka, jednak już od progu wyznała mu, że członkowie Starszyzny mają wątpliwości co do pochodzenia jego córki i to ją oddelegowano, by wyjaśniła sprawę. Przyniósł wówczas dziewczynkę do Hanako.
- Zapewniłem swojej córce dobre pochodzenie, tyle Starszyzna musi wiedzieć. Jeśli moje słowa nie wystarczą, może pani się upewnić – powiedział wtedy i podał jej maleństwo.
Kobieta lekko kołysała w ramionach małą Takedę, która zabrana z rąk ojca zaczęła cichutko popłakiwać. Zamknęła oczy, skupiając uwagę na dziecku, jego żyłach i krwi w nich płynącej. Po chwili zwróciła je ojcu, przyznając, że nie ma żadnych wątpliwości.
- A matka... - zaczęła, ale przerwał jej gestem.
- To już nie powinno obchodzić Starszyzny. Wystarczy, że jest czystej krwi.
Wampirzyca natychmiast porzuciła podjęty temat. To rzeczywiście była sprawa drugorzędna.  
Dzieciątko zaciskało i rozluźniało piąstki, próbując gruchać coś po swojemu, by zwrócić na siebie uwagę ojca, który oszalał na jego punkcie, co było widać na pierwszy rzut oka. Ta mała była po prostu rozkoszna. Hanako widziała w swoim życiu wiele niemowląt, ale chyba żadne nie było równie urocze.
- Naturalnie. Jeśli mogę zapytać, jak ma na imię?
Spojrzał po raz kolejny na córeczkę i uśmiechnął się do niej.
-Erika.
Hanako uśmiechnęła się, zapewniając, że wybrał piękne imię i pożegnała się, życząc wszystkiego najlepszego dzieciątku.  
Był Przewodniczącym, wszyscy przyjęli do wiadomości, że pochodzenie małej Takedy nie budzi wątpliwości i nikt już nie drążył tego tematu, by mu się nie narażać. Żeby połączyć narodziny Eriki ze śmiercią Kotone nikomu nie przyszło do głowy, a nawet jeśli przyszło, to bardzo szybko wyparł tę myśl z obawy przed gniewem Takedy.

<***>

Zdążył dopiero wejść do domu, kiedy po schodach jak błyskawica zbiegła mała dziewczynka.
- Tatuś! - zaświergotała radośnie, kiedy porwał ją na ręce. -Dlaczego tak długo cię nie było? Strasznie za tobą tęskniłam!
- Przepraszam, kochanie, miałem bardzo dużo pracy – odparł, całując córkę w czółko.
Na schodach pojawiła się starsza kobieta, która była wychowawczynią Eriki. Arystokratka nie zawsze nadążała za swoją pięcioletnią podopieczną, która kiedy tylko wyczuwała ojca, nie zważając na nic, biegła mu na spotkanie. Tadao odprawił ją skinieniem głowy, więc zawróciła do swojego pokoju.
- Ale czy ty nie powinnaś już spać? - zmarszczył brwi, przyglądając się jej.
Dziewczynka rzeczywiście była już ubrana w białą koszulę nocną, która kontrastowała z czarnymi jak heban włosami. Popatrzyła na niego z wyrzutem, wyginając usta w uroczą podkówkę.
- Oj, tatusiu, przecież wiesz, że nie zasnę bez bajki, a tylko ty umiesz opowiadać bajki!
Pokręcił głową. Czasami sam nie wierzył w to, jak bardzo dał się podporządkować pięciolatce, ale nie umiał jej odmawiać. Erika była jego oczkiem w głowie, wymarzonym dzieckiem, dla którego poświęcił inne życie.
Ogromne szmaragdowe oczy, które odziedziczyła po matce wpatrywały się w niego wyczekująco, więc ruszył ku schodom. Weszli do jej sypialni, gdzie posadził ją na łóżku, a sam usiadł obok.
- Pójdziemy jutro na spacer? - zapytała, mając nadzieję, że ojciec się zgodzi. Uwielbiała spędzać z nim czas.  
Zastanowił się chwilę, po czym obiecał, że wróci wcześniej z pracy i zabierze ją do parku. Uradowane dziecko zapiszczało i zarzuciło mu ręce na szyję, przytulając się mocno.
- Erika-chan, udusisz mnie – zaśmiał się, gładząc ją lekko po plecach.
Cmoknęła go w policzek w podziękowaniu i szybko wskoczyła pod kołdrę, czekając na bajkę. Najbardziej lubiła te opowieści, których bohaterowie przeżywali dużo przygód, z których zawsze dzięki sprytowi wychodzili cało. Tata jak nikt umiał snuć historie o zaczarowanych ogrodach i dzielnych podróżnikach. Zawsze z zapartym tchem czekała na to, co wydarzy się za następnym zakrętem, wzgórzem czy rzeką. Kiedy wysłuchała już całej opowieści - tym razem o dzielnej dziewczynce, która przechytrzyła złą czarodziejkę mieszkającą w lesie i szczęśliwie wróciła do domu - oczy porządnie jej się kleiły. I nic w tym dziwnego, bo wschód słońca zbliżał się nieubłaganie.
- Śpij dobrze, kochanie. - Tadao ucałował ją w czółko i wstał, by wyjść. Erika wymruczała sennie „dobranoc” i już po kilku chwilach zapadła w sen.
Przyglądał się jej przez jakiś czas, po czym wyszedł, ostrożnie zamykając drzwi. Kochał ją nad życie, nad władzę, którą cenił kiedyś tak wysoko. Był gotów dla niej na wszystko, nawet jeśli musiałby ponownie kogoś zabić, zrobiłby to bez wahania.   



<***>
Hejo!
Życie nie rozpieszcza, sesja i w ogóle, ale w przypływie ogromnej euforii (zaliczyłam jedną z największych franc wśród przedmiotów) postanowiłam dodać owoc mojej ostatnio nad wyraz płodnej wyobraźni.
Dedykuję ten rozdział wszystkim tym, którzy wciąż tu jeszcze czasem zaglądają! <3 Przepraszam, że tak rzadko piszę, staram się, ale wiadomo jak jest. :(

Pozdrawiam, 
Andzik

4 komentarze:

  1. Hejka! O MAtko jaki długi rozdział! I ciekawy! Pięknie, Andziku, po porostu cudownie! Jestem zachwycona! Poza tym chyba obecnie każda z nas jest zajęta/albo ma jakiś ważny powód by nie pisać. Więc spoko ;)
    Powiem Ci, że nie pamiętam połowy z postaci! o.O To straszne! Choć akurat Shina pamiętam :D Za to nie mogę nigdzie umieścić w pamięci Eriki. Hm...
    No ale rozdział super! Jak ja kocham bezwzględne postaci w powieści :D

    A tak, chyba wiele osób zaczynało od FF :D Poza tym - to dobry sposób na nudę i pożytkowanie weny, gdy na powieść nie ma się pomysłu. FF jest jakby to ująć... Mniej wymagający? No coś w tym guście xD
    Pozdro!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rety, cieszę się, że Ci się podobało! To jest takie smutne, że nie można robić tego, na co się ma ochotę.:( Ale, zostały mi 3 egzaminy i wtedy się wezmę do roboty,bo mam mnóstwo pomysłów!
      Kojarzyć powinnaś tylko Shine i Takedę. A Erika... No cóż. xD Wieki temu poprosiłam Cię, żebyś wymyśliła sobie postać. To właśnie Erika. xD

      Tak! Zdecydowanie mniej wymagający! Nie zwracasz sobie głowy jakimś szczegółami, piszesz na co masz ochotę i nie angażujesz się bardziej. Jak piszę coś nowego, to zawsze się denerwuję, że coś zepsuję, będzie nielogicznie itd. A tak ciach - ciach i można pisać!

      Usuń
    2. Własnie ich kojarzyłam!
      Serio? Ojej, zapomniałam ^^" Ale obciach, żeby mieć taką sklerozę xD Bedę uważniej śledziła jej losy :D

      Właśnie! Mam tak samo! Dlatego FF szybciej kończę i w ogóle mogę się posiłkować książką i dowolnie mieszać wątki oraz wprowadzać nowe postacie i nowe historie! A to daje TAAAAKIE możliwości ;)

      Usuń
  2. Ale szok przeżyłam z rana. Szczerze mówiąc, obawiałam się, że już porzuciłaś to opowiadanie... Cieszę się, że tak nie jest.

    Nie spodziewałam się dodatku Takedy, ale muszę przyznać, że jest naprawdę świetny. Dobrze dowiedzieć się czegoś więcej o społeczności wampirów. Ach, no i Shin! Kocham go. xD No, nie tak jak Hiroshiego, oczywiście, ale jednak.

    Zanim zabrałam się za ten rozdział, musiałam choć pobieżnie przejrzeć, co działo się wcześniej, bo z moją sklerozą to większość rzeczy wypadła mi z głowy. Dzięki temu zaczaiłam, że wcześniej była już wzmianka o Erice, inaczej za Chiny bym jej nie pamiętała. W ogóle Takeda jest wredny, swojej córci to by nieba przychylił, a Ayi zgotuje taki los... Bo gdzieś tam była mowa, że wcześniej chyba rozważano małżeństwo Yoshiro właśnie z Eriką, nie? W każdym razie... nie dziwię się Takedzie, że nie oddałby swojego skarbu takiemu sadyście, ale z drugiej strony - zero zrozumienia dla Kage i jego rodziny! Smuteczek.

    Swoją drogą, ten Takeda to niezły skurczybyk. Tak wykorzystać tę biedną Kotone... Ech. Nie polubiłam jej co prawda, ale wiadomo, nie zasłużyła na taki los. Ciekawe, czy Erika wie coś o swoim pochodzeniu? Ogółem chętnie poznałabym ją bliżej. I inne rodziny czystokrwistych także. Hanako na przykład wydaje się interesująca. Taka stara, dużo przeszła, na pewno powiedziałaby sporo na temat przeszłości.

    No, lecę, raport na zaliczenie seminarium sam się nie napisze. Powodzenia w tych pozostałych egzaminach, gratuluję tych zdanych, trzymaj się! I, skoro już masz tyle pomysłów i weny, zaraz po egzaminach bierz się do roboty! Hiroshi czeka na konfrontację z Kage. xD

    OdpowiedzUsuń