Nic
tego dnia nie wróżyło katastrofy. Pogoda jak na ludzkie standardy
była wprost wymarzona, a powietrze aż wibrowało od słodkiego
trelu ptaków i dźwięcznego śmiechu dzieci, które radośnie
biegały po podwórkach, zarażając wszystkich swoją beztroską.
Kto
w takich okolicznościach myśli o popełnieniu zbrodni?
Tadao
Takeda przemierzał marmurowy korytarz swym dostojnym, choć pełnym
wigoru krokiem. Przewodniczył Starszyźnie już od pól roku i mógł
poszczycić się licznymi sukcesami oraz szacunkiem podwładnych.
Rządził twardą ręką, mając na uwadze dobro wspólnoty, nie
jednostki. Wampiry widziały w nim nadzieję na wskrzeszenie swojej
dawnej potęgi i nikogo nie obchodziło to, jakim sposobem doszedł
do władzy i kto na tym ucierpiał. Tak po prawdzie, to nie
przywiązywali uwagi do jednego czy dwóch poświęconych istnień.
Liczył się efekt finalny.
Dlatego
też nikt nie rozumiał z jakiego powodu Takeda zjawił się
natychmiast po tym, jak zameldowano mu o morderstwie. Dlaczego
rozkazał ściągnąć sprawcę, czy tez może potencjalnego
winowajcę, ponieważ podejrzany wypierał się tego czynu, wprost do
swojego gabinetu? Odpowiedź była niebywale prosta, choć nie dla
wszystkich jasna.
Zginęła
głowa potężnego, mimo że już znacznie podupadłego rodu, a
zaszczytne miejsce w Starszyźnie miał zająć jej zabójca. Takeda,
chcąc nie chcąc, cały czas musiał mieć oko na to, co działo się
wewnątrz wielkich familii. Rzecz jasna, nie obchodziły go rodzinne
konflikty czy skandale. Dopiero kiedy szło na noże, poświęcał
więcej zainteresowania na zbadanie sprawy. To nie tak, że był
niczym ten dobry ojciec, mający pod swoją pieczą gromadkę dzieci,
o którą dbał i ściśle trzymał w ryzach, by zachowywały się
jak należy. Chodziło mu tylko o utrzymanie władzy, co nie byłoby
możliwe, gdyby któryś z rodów podburzył resztę do buntu przeciw
niemu. By temu zapobiec, Tadao trzymał się blisko osób, które
miały najwięcej do powiedzenia w danej familii. Być może taka
osoba czekała na niego teraz w gabinecie.
Nie
liczył na to, że gdy tylko uchyli drzwi jego oczom ukaże się
niepoczytalny morderca, gotów w każdej chwili powtórzyć swój
wyczyn. O nie, spodziewał się czegoś znacznie gorszego. I jego
oczekiwania ziściły się z nawiązką.
W
gabinecie zastał mężczyznę o ciemnych włosach i spokojnym
spojrzeniu brązowych oczu. Kiedy Takeda wszedł do pomieszczenia,
mężczyzna w sposób typowy dla tych wysoko urodzonych osobistości,
podniósł się nieśpiesznie z miejsca. Przewodniczący miał ochotę
się skrzywić, ale nie zrobił tego. Sposób, w jaki ci dostojni
obywatele okazywali mu szacunek, z tą znudzoną i niechętną
powolnością, a czasem nawet pogardą, przyprawiał go o mdłości.
-
Proszę usiąść, panie Kazuma – odezwał się czystym, miłym
dla ucha głosem.
Shin
Kazuma opadł na krzesło, bez słowa mierząc Takedę spojrzeniem i
czekając na jego słowa. Wieść w locie obiegła wszystkie
ważniejsze osobistości ich kurczącej się w drastycznym tempie
społeczności. Owszem, spodziewał się tego, a co za tym idzie,
wezwanie Takedy nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia.
-
Wyrazy współczucia z powodu śmierci ojca. Był niezwykłą
personą, wszyscy wiele mu zawdzięczamy...
Shin
skinął głową w podziękowaniu. W życiu większych bredni nie
słyszał. Jego ojciec? Zrobił wiele dla wampirów? O losie! Odkąd
pamiętał, jedynym, co Osamu Kazuma zrobił dla ich społeczności,
było niewtrącanie się i danie wolnej ręki Przewodniczącemu, kim
on by nie był. Marnował tylko miejsce w Starszyźnie, zacierając
pamięć o dawnej świetności ich rodu. Kiedyś byli wielcy, a tacy
jak Takeda mogli co najwyżej czyścić im buty. Teraz role się
odwróciły. Marny dorobkiewicz, znajdujący się od zawsze na
pograniczu elity i zwykłych arystokratów wyciągnął rękę po
władzę. Dawniej ta ręka zostałaby odrąbana przy samym ramieniu,
teraz ten nienasycony karierowicz, ku ogólnej aprobacie, zagarnął
stanowisko, które żadną miarą mu się nie należało, a ci,
którzy mogli władać prawdziwą potęgą, poszli w odstawkę.
-
Panie Takeda, proszę, przejdźmy do konkretów. Dlaczego wzywa mnie
pan w takim momencie?
Ściągnięte
rysy twarzy, chłodny spokój, pod którym miałby czaić się ból
po stracie... Takeda zaklął w myślach, a jednocześnie poczuł
trudną do wyjaśnienia satysfakcję. Z chęcią oddawał się grze
pozorów, a teraz kto wie? Może trafił na przeciwnika godnego
siebie? Jedno było pewne, Shin Kazuma zasługiwał na uwagę.
Odchrząknął
i przeszedł parę kroków, wymijając gościa.
- Przepraszam, nie wiem jak przekazać panu tę wiadomość... -
zaczął z wiarygodnym wahaniem w głosie. -
Jestem absolutnie pewien, że te oskarżenia są całkowicie
bezpodstawne, ale... Otrzymałem informację, że czcigodny Osamu-san
opuścił nas... z pana winy.
Na
twarzy Shina zagrało w tym momencie wiele emocji (przy czym
„zagrało” było jak najbardziej odpowiednim słowem), a
dominował nad nimi niesmak zmieszany z nutą pogardy. Pokręcił
głową i westchnął męczeńsko.
-
Zdziwiłbym się, gdyby się pan tego nie spodziewał. Przecież to
oczywiste, ginie głowa rodu, więc kto jest winowajcą? Rzecz jasna
syn, który na pewno od dawna łasił się na przejęcie steru po
ojcu. Cóż z tego, że nie ma żadnych dowodów? Przecież to
całkiem zgrabna historia, więc powinna być prawdziwa –
przerwał
i spojrzał wprost w oczy Takedy. Rozciągnął usta w kpiącym
uśmiechu – Prawda,
panie Takeda?
Tadao
nic nie odparł. Bacznie wpatrywał się w wampira, chcąc wybadać
jego następny krok. Po kilku chwilach westchnął i pokręcił
głową.
-
Jest pan rozgoryczony, to zrozumiałe w tej sytuacji... Niemniej,
proszę się opamiętać.
Kazuma
bynajmniej nie wyglądał na skruszonego. Westchnął tylko, nie
kryjąc niechęci i wstał z fotela, a Przewodniczący nawet nie
próbował go zatrzymywać.
-
Mniejsza o to. Nie przyłożyłem ręki do śmierci ojca. A teraz,
jeśli pan pozwoli rzecz jasna, pójdę już. -
Nie czekając na pozwolenie, odwrócił się na pięcie i rzucając
jakieś zdawkowe pożegnanie, wyszedł z gabinetu.
Takeda
przez kilka sekund patrzył na klamkę, która szczęknęła z
metalicznym zgrzytem w drzwiach. Wrócił na swoje miejsce i opadł
na fotel, przymykając oczy. Ten arogancki paniczyk nie był w stanie
wyprowadzić go z równowagi, ale uświadomił mu jedno: nie będzie
łatwo.
Nowa
głowa rodziny Kazuma to nie to samo, co stary, poczciwy Osamu.
Wątpił też, by jego nastawienie było tylko wynikiem zachłyśnięcia
się władzą. O nie, Shin Kauma wyglądał mu na kogoś
konsekwentnego w działaniu, a w dodatku miał za nic autorytet
Przewodniczącego. Ale co jeszcze o nim wiedział? Nic. Teraz
żałował, że nigdy nie przyjrzał mu się bliżej. Był zbyt pewny
tego, że Osamu już na zawsze pozostawi rodzinę Kazuma na dnie, do
którego sam ją doprowadził swoją uległością. Syn najwidoczniej
uczył się na błędach ojca.
Po
chwili wzruszył obojętnie ramionami. A bo to takie trudności
napotykał na swojej drodze? Sumiennością, zaradnością, sprytem i
intelektem doszedł na szczyt. Nie miał zamiaru pozwolić się z
niego strącić.
Z
obmyśleniem konkretnego planu postanowił poczekać. Tych parę
tygodni go nie zbawi, a sytuacja stanie się klarowna. Musiał
wiedzieć na co stać młodego Kazumę, żeby móc ocenić na ile
radykalne środki będzie zmuszony podjąć, aby pokazać mu jego
miejsce. Póki co nie chciał się tym za bardzo przejmować. Kto
wie, może zupełnie pomylił się co do jego osoby? Czas pokaże.
<***>
Doskonale
zdawał sobie sprawę z tego, że na szczycie jest się samotnym.
Nikomu nie można ufać, nikt nie życzy ci dobrze, jeśli nie ma w
tym interesu, nikt też nie dzieli twojej radości z sukcesu. Za to
każdy czeka na choćby najmniejszy błąd, który mógłby pogrążyć,
pogrzebać żywcem wszystkie nadzieje, plany i osiągnięcia. Spaść
w przepaść jest bardzo łatwo. Zwłaszcza, jeśli wiesz, że kiedy
się potkniesz, nikt nie poda ci ręki.
Takeda
pogodził się z tym już w chwili, w której postanowił walczyć o
to, co wydawało się nieosiągalne. Wcześniej jednak nie miał
czasu nad tym rozmyślać, tak bardzo pochłonięty był dążeniem
do celu. Zdobywanie pozycji w ich okrutnej i konserwatywnej
społeczności dawało mu ogromną satysfakcję. Teraz, gdy już miał
to wszystko, o czym niegdyś marzył, począł się zastanawiać nad
tym, dla kogo robi to wszystko. Miał przecież tylko siostrę, którą
już dawno wydał za mąż. Jego rodzice wraz z dwoma starszymi
braćmi zapadli w letarg, z którego już nigdy się nie ocknęli. Po
prostu zamienili się w perlisty pył, którego drobinki wirowały
jeszcze w powietrzu, gdy tknięty poczuciem nagłej straty wpadł do
rezydencji. Nigdy też się nie ożenił i robić tego nie zamierzał.
Temu, kto powiedział, że żona to nie rodzina, z wielką
przyjemnością uścisnąłby dłoń. Widział w swoim życiu zbyt
wielu, których kobieta doprowadziła do ruiny. Nie zamierzał
podzielić ich losu.
Dotychczas
myślał, że nie potrzebuje absolutnie nikogo. Sam dawał sobie
radę, sam dla siebie był podporą w trudnych chwilach, wiedział,
że nikt nie podniesie go tak na duchu, jak on sam. Teraz, gdy wracał
do pustego domu, w którym jak duchy przemykali tylko służący, aż
nie dowierzał, że mógł się tak bardzo mylić.
Brakowało
mu kogoś, komu mógłby poświęcać swój czas, do kogo mógłby
wracać. Kogoś, komu mógłby zostawić to wszystko, na co tak
ciężko pracował, kogoś, kto kontynuowałby jego dzieło. Do pełni
szczęścia brakowało mu jedynie dziedzica. Wszystko inne stawało
się nieistotne przy tej myśli. Pragnął dziecka, które mógłby
obdarzyć miłością i nauczyć wszystkiego tego, co sam umiał.
Chciał pokazać mu świat, ten rzeczywisty, okrutny, a jednak
ekscytujący świat.
Kiedy
już uporał się ze wszystkimi bieżącymi sprawami, zaczął
obmyślać plan, który miał zapewnić rodowi Takeda przetrwanie.
Nic mu nie mogło w tym przeszkodzić. Po wielu godzinach spędzonych
na rozważaniach, wreszcie znalazł rozwiązanie. Rzecz jasna, takie
banalne wyjścia jak znalezienie żony czy też pozwolenie na to, by
jego dziecko urodziła pierwsza lepsza wampirzyca nie wchodziło w
grę, co to, to nie! Potrzebował kobiety spełniającej wszystkie
jego wymagania, takiej, która przekazałaby dziecku jak najlepsze
geny. Bezduszne? No cóż, nie z moralności, ale z chłodnej
kalkulacji rodziły się potęgi, a Takeda należał do osób, które
powoływały się na moralność tylko wtedy, gdy to się opłacało.
<***>
To był
impuls. Ot, zwykła fanaberia znudzonej rutyną kobiety. A
przynajmniej tak jej się wydawało, gdy po kilku tygodniach
ukradkowych spojrzeń i uśmiechów została wezwana do gabinetu
Przewodniczącego. Z niego już prostą drogą trafiła do sypialni
Tadao Takedy. Ich zbliżenie uważała za nieoczekiwany dar od losu.
Skąd mogła wiedzieć, że to wszystko starannie zaplanowane
działanie mające konkretny cel?
Kotone
Saito. Tak nazywała się wybranka Takedy. Była piękna i wysoko
urodzona. Bladolica, niewysoka blondynka o oczach barwy szmaragdów.
Poza urodą była również nadspodziewanie inteligentna i czarująca,
zwracała na siebie uwagę swoim słodkim uśmiechem, który
przełamywał lody i skłaniał do sympatii wobec jego posiadaczki.
Miała niewątpliwie jeszcze jeden atut: niezbyt domyślnego męża.
Nie miał
większych problemów ze zwróceniem na siebie jej uwagi. Wysoka
pozycja, wrodzony magnetyzm i pociągająca aparycja sprawiły, że
po paru powłóczystych spojrzeniach Kotone sama wodziła za nim
wzrokiem. Była kobietą, która mimo całej swej słodyczy, zawsze
stawiała na swoim i dostawała to, czego chciała. A w tamtym
momencie zapragnęła Takedy. Tak toczyła się między nimi gra: ona
uwodziła jego, nie mając świadomości, że sama była ofiarą
intrygi.
Ich
romans kwitł pod „czujnym okiem” głowy rodu Saito aż do dnia,
w którym Kotone potajemnie przekradła się do rezydencji Takedy.
Bez
żadnej zapowiedzi służących weszła do jego sypialni. Ubrana od
stóp do głów w czerń podkreślaną srebrem i szmaragdami. Przez
kilka chwil przyglądała się mu z zaciśniętymi ustami, kiedy
podchodził do niej. Nie zdążył jej objąć ani spytać co się
stało, kiedy odwróciła się, zarzucając burzą blond loków.
-
Jestem w ciąży –
oznajmiła
bez zbędnego słowa wstępu.
Zaniemówił.
Nie spodziewał się tego, nie w tak krótkim czasie. Kotone wciąż
stała do niego odwrócona plecami, nie mogła widzieć tryumfalnego
uśmiechu, który wypłynął na jego usta. Natychmiast przybrał
poważny wraz twarzy i położył dłonie na szczupłych ramionach
kobiety.
-
Kotone...
Odwróciła
się gwałtownie. Miała łzy w oczach.
-
Wyobrażasz to sobie? Jestem zrujnowana! Co ja mam teraz zrobić? -
głos jej się załamywał, ale nie pozwoliła łzom popłynąć.
Cenił
to sobie. Wiedział, co ta sytuacja w normalnych okolicznościach by
dla niej oznaczała, a mimo tego trzymała się w ryzach. To go tylko
upewniało w tym, jak dobrego wyboru dokonał.
W końcu
pozwoliła się mu objąć. Zabawne, ale naprawdę była nim
zauroczona. Wprowadził w jej szare, nudne życie nieco koloru,
pikanterii i adrenaliny. Żaden mężczyzna nie dał jej nigdy tak
wiele, żaden nie potrafił jej zrozumieć. Dziecko jak dziecko,
ostatecznie zawsze można liczyć na to, że urodzi się podobne do
niej, a ojcostwem obarczy swojego męża, ale żal było jej kończyć
to, co było między nią a Tadao. W tej sytuacji widziała tylko
jedno rozwiązanie. Takie, które załatwiłoby sprawę raz, a
dobrze...
Zobaczył
ten błysk w jej oczach i doskonale wiedział, co on oznaczał.
-
Nie, Kotone, nawet o tym nie myśl. Nie pozwolę ci, słyszysz? Nie
zabijesz naszego dziecka –
rzekł
stanowczo, zaciskając dłonie na jej ramionach i potrząsając nią
lekko . W tym przypadku nawet nie musiał udawać determinacji.
-
A co, jeśli muszę? Co, jeśli okaże się niepodobne do mnie i mój
mąż się zorientuje? Nie ryzykujmy, lepiej zrobić to teraz, szybko
i bezboleśnie, kiedy jest mniejsze od ziarenka. Później... później
będzie gorzej – rzekła
łagodnie, niemal z czułością przyglądając się mężczyźnie.
Musiał
przyznać, że to byłby dobry pomysł, a Kotone poparła go równie
dobrym argumentem. Ale nie mógł się na to zgodzić. Chciał tego
dziecka najbardziej na świecie. To było jedyne, czego pragnął:
mieć potomka, dziedzica, któremu mógłby zostawić wszystko, na co
tak ciężko pracował.
-
Nie zabijesz go. Nie możesz.
Odsunęła
się gwałtownie i uśmiechnęła tym zimnym, pogardliwym uśmiechem,
który sprawiał, że Tadao miał ciarki na ciele.
-
Nie mogę? Właśnie, że mogę. I zrobię to, przysięgam ci, że to
zrobię, jeśli nie ma innego sposobu. To nie ty stracisz wszystko,
tylko ja. Wytkną mnie palcami i ukamienują, a mój nierozgarnięty
mąż pierwszy rzuci kamień! -
syknęła nienawistnie.
Miała
racje. To mogłoby się stać, gdyby Takeda zachował się jak
większość mężczyzn.
-
Weź się w garść Kotone i nie panikuj. Nie zostawię cię z tym,
obiecuję. Tak długo, jak nie słyszymy pulsu dziecka, jesteś
bezpieczna, później zajmę się wszystkim, byś mogła w spokoju
donosić ciążę i urodzić. Jedno jest pewne, dopóki nosisz w
sobie moje dziecko, nie ma prawa spotkać cię krzywda.
Był w
tych zapewnieniach szczery i to ostatecznie złamało jej opór.
Spodziewała się, że ochoczo przystanie na jej propozycję, że
będzie za tym, by pozbyć się problemu... Tymczasem on naprawdę
chciał tego dziecka. Westchnęła. Gdyby poznali się dużo
wcześniej, gdyby nie była mężatką... Ale teraz niczego nie można
już zmienić.
Odwróciła
od niego oczy barwy szmaragdów. Nie chciała okazać słabości,
lecz kiedy tylko znalazła się w opiekuńczym uścisku jego ramion,
poddała się.
-
Przysięgnij, Kotone. Przysięgnij, że nie zrobisz nic głupiego.
Milczała
przez chwilę, powstrzymując drżenie ust. Wciąż skryta w jego
objęciach, lekko pokiwała głową.
-
Przysięgam –
szepnęła zdławionym głosem. Sama nie mogła uwierzyć w to, że
się na to godzi. - Ale
jeśli mnie zawiedziesz, przysięgam też, że mnie popamiętasz –
dodała, wymuszając na ściśniętym gardle ostrzejszy ton.
Uśmiechnął
się pod nosem. Taka krucha, a jednocześnie taka niebezpieczna!
Pogładził subtelnie złote loki, które kaskadą opadały na jej
plecy
-
Przecież wiesz, że nigdy nie składam obietnic bez pokrycia.
Nawet
gdyby się rozpłakała, nie miałby jej tego za złe. Stała się
dla niego najważniejszą osobą na ziemi, nie ważne na jaką
sentymentalną bzdurę by ją teraz naszło, spełniłby każdą
głupią zachciankę, byle tylko utwierdzić ją w przekonaniu, że
może czuć się przy nim bezpieczna i kochana.
Kotone
lekko wysunęła się z jego objęć. Nie miała zamiaru płakać,
chciała już móc wrócić do domu, by rozważyć wszystko na
spokojnie, bez udziału emocji. Odwróciła się, żeby odejść, ale
dłoń Tadao zacisnęła się na jej nadgarstku. Obróciła się,
natychmiast znajdując jego spojrzenie. Trzymał ją delikatnie, nie
potrzebował siły by zatrzymać kobietę przy sobie. Tym bardziej,
że Kotone wcale nie próbowała się opierać.
Zbliżyła
się nieco, a wtedy wampir rozluźnił uścisk i lekko objął ją w
pasie. Uniosła dłoń ku jego twarzy i musnęła policzek,
przyglądając mu się badawczo, jakby pierwszy raz widziała go z
bliska. Czasem, gdy tak mu się przyglądała, nachodziła ją głupia
mrzonka, by rzucić wszystko w cholerę i uciec, ukryć się przed
tym surowym i wymagającym światem. Uśmiechnęła się leciutko. O
święta naiwności! Przecież doskonale wiedziała, że to
niemożliwe. Mogła mieć wszystko. Poza tym jednym. Dlatego cieszyła
się każdą wykradzioną chwilą, w której nie musiała osłaniać
swoich słabości, każdym momentem, w którym mogła się zapomnieć
i przestać udawać. Doceniała to.
Wszystko
szło zgodnie z planem. Kiedy Kotone po zaledwie dwóch tygodniach od
ich ostatniej rozmowy oznajmiła mu, że serce ich dziecka bije na
tyle mocno i wyraźnie, że dłużej już nie da rady ukrywać ciąży,
zajął się nią, tak jak obiecał. Nie chciał, by ktokolwiek
dowiedział się o tym, że Kotone spodziewa się dziecka, ponieważ
miał pewność, iż wszyscy doszliby do wniosku, że to owoc jej
legalnego związku. Gratulowano by wówczas panu Saito i jego żonie
długo wyczekiwanego potomka, a to zrujnowałoby całe
przedsięwzięcie. Saito nigdy nie błyszczał inteligencją, ale nie
był do tego stopnia idiotą, by uwierzyć w niepokalane poczęcie.
Najpewniej słowem by się się nie zająknął, że żona musiała
go zdradzić, by uniknąć skandalu, lecz zgotowałby jej piekło na
ziemi. Ale było jeszcze coś. Takeda nie dopuszczał do siebie
myśli, że ktoś mógłby ośmielić się nazwać jego dziecko
swoim. Dziecko, które sobie wymarzył i w którego żyłach
płynęłaby jego krew. To, co należało do niego, lubił mieć przy
sobie.
Setki
kilometrów od ich miasta miał niewielki dworek, ukryty pośród
lasu. Tam umieścił Kotone, a jej nieobecność usprawiedliwił
oficjalnie wyjazdem w delegację celem załagodzenia konfliktu między
dwoma rodami należącymi do jednego ze zborów gdzieś w Ameryce
Południowej. Nikogo to nie zdziwiło, ponieważ w owych stronach
często dochodziło do waśni i przywódcy tamtejszej Starszyzny
niejednokrotnie prosili o poprowadzenie mediacji kogoś z zewnątrz.
Fakt, że była to akurat Kotone też nie wywołał podejrzliwości.
Takeda był znany z tego, że takie zadania powierzał kobietom, jako
że uważał, iż kobieta, będąca istotą subtelniejszą, mniej
porywczą i znacznie milszą od mężczyzny, łagodzi obyczaje, a
poza tym, pani Saito była wyjątkowo skuteczna w rozwiązywaniu tego
typu spraw. Był jeszcze jeden powód, który przemawiał za tą
wymówką: nikogo nie obchodziła Ameryka Południowa.
-
Chcesz mnie tu zamknąć aż do tego cholernego porodu? -
zapytała, przechadzając się po holu. Rozglądała się wokół,
raczej w celu podkreślenia tego, jak bardzo jest znudzona, niż z
ciekawości.
-
Proszę cię, nie mów tak – westchnął
i wstał z ławeczki, na której dotychczas siedział. Znosił
cierpliwie te humory, choć wątpił, że są im winne tylko hormony.
Kotone w okamgnieniu przechodziła od skrajności do skrajności. W
jednej sekundzie ociekała słodyczą, w drugiej wbijała szpilę pod
żebro. Ciężko było stwierdzić, czy robi to celowo. Przypuszczał,
że po części sprawdzała, jak daleko może się posunąć, nie
nadwyrężając tym samym jego cierpliwości.
No
cóż, czego by nie zrobiła, na wszystko zamierzał przymknąć oko.
Teraz cenił ją niemal tak samo jak władzę, nie mógł sobie
pozwolić na to, by ją stracić.
Podszedł
do niej i delikatnie objął w talii. Oparła dłonie na jego piersi
i przyglądała mu się przez chwilę w milczeniu z tą lekko
poirytowaną miną, która ostatnio coraz częściej jej
towarzyszyła.
-
Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – wypomniała,
przygładzając klapę czarnej marynarki, którą miał na sobie.
-
A powiedz mi, gdzie chciałabyś uczęszczać, będąc w tym stanie?
Na bankiety, posiedzenia Starszyzny? A może masz ochotę wrócić do
domu? Mąż na pewno ucieszy się na twój widok – zirytował
się. - Przypominam jeszcze, że oficjalnie jesteś w
zapomnianej przez świat Ameryce Południowej.
Nie
mogła mieć do niego o nic pretensji, zrobił naprawdę wszystko, by
jej zniknięcie nie wyglądało podejrzanie. Dotrzymał danego jej
słowa i powinna mu być za to wdzięczna, zamiast kręcić nosem.
Dzięki niemu zachowa swoją pozycję, dalej będzie nieskazitelną
panią Saito... Nawet jeśli teraz zachowuje się jak rozpieszczony
podlotek. Nie wiedziała, co w nią wstępowało, czasami sama siebie
nie mogła rozpoznać!
-
Masz rację, przepraszam. Nie wiem, co się ze mną dzieje. - Wspięła
się na palcach i musnęła ustami jego zaciśnięte wargi. -
Nie gniewaj się na mnie, proszę. Wiesz przecież, że bardzo to
wszystko doceniam. -
Uśmiechnęła się uroczo, wlepiając w niego lśniące, szmaragdowe
oczy.
Subtelnie
pogłaskał blady policzek Kotone. Słodka żmijka, dobrze wiedziała
jak wkupić się w łaski. Gdyby nie to, że nosiła jego dziecko,
udusiłby ją gołymi rękoma.
-
Nie gniewam się, kochanie. Ale następnym razem dobrze się
zastanów, zanim zaczniesz zadawać tak niedorzeczne pytania,
dobrze?
Westchnęła,
ale skwapliwie pokiwała główką. Co innego mogła zrobić?
Przesadziła, dobrze o tym wiedziała. Tym bardziej, że Tadao był
bardzo wyczulony na punkcie tego maleństwa, które w niej rosło.
Nie uzgodnili jeszcze, co zrobią z dzieckiem, gdy to już będzie na
świecie, ale Kotone wiedziała, że nie będzie łatwo. Tadao już
czuł się jego ojcem, widziała to w jego oczach, wyczuwała w tonie
głosu, gdy o nim wspominał. Jednak to było niemożliwe. Jeśli
tylko będzie miała śliczne, jasnowłose dzieciątko, być może
uda się jej je zatrzymać. Gdyby wróciła z dzieckiem na ręku, jej
mąż nie mógłby nic zrobić. Fakt, zgotowałby jej straszny los,
lecz czym jest odrobina cierpienia w zamian za życie? Tylko co wtedy
zrobiłby Tadao? Nie zniósłby tego, że inny będzie wychowywał
jego dziecko. Była niemal pewna, że to wszystko w najlepszym
przypadku skończyłoby się ogromnym skandalem. W najgorszym... nie,
wolała o tym nawet nie myśleć. Tylko co jeśli maleństwo będzie
podobne do ojca? Co wtedy się z nim stanie?
-
Kotone? - Jego głos przywrócił
ją rzeczywistości.
Delikatnie
starł mokre ślady, którymi łzy naznaczyły jej policzki. W
zamyśleniu musiała ich nawet nie zauważyć. Podniosła na niego
szmaragdowe oczy, w których pozostał cień łez.
Dotarło
to do niej z całą mocą. Wcześniej nie zdawała sobie z tego
sprawy. A może nie chciała przyznać się sama przed sobą?
-
Tadao, ja się boję – wyznała,
bezskutecznie tłamsząc w głosie emocje.
-
Przecież obiecałem, że cię ochronię. Nie stanie ci się krzywda
- westchnął,
gładząc ją po włosach.
Gwałtownie
pokręciła głową, odsuwając się na kilka kroków.
-
Nie, Tadao, tu nie chodzi o mnie. -
Położyła dłoń na brzuchu, spuszczając wzrok. - Co
będzie, kiedy już urodzę? Co się stanie z tym maleństwem?
Kiedy
znów na niego spojrzała, dostrzegał w jej oczach niepokój.
Szkoda, wielka szkoda, że nie odkrył jej potencjału dużo
wcześniej, gdy jeszcze nie była mężatką. Być może złamałby
swoje postanowienie i ożenił się z nią. Byłaby świetną matką
dla jego dziecka. Przygarnął ją do siebie.
-
O nic się nie martw, zadbam o nie. Będzie bezpieczne, daję słowo.
Odchyliła
się lekko, by przez chwilę uważnie przyglądać się twarzy
mężczyzny, jakby próbowała przejrzeć jego myśli. Owszem, nie
chciała tego dziecka i wyrzucała sobie, że byli tak lekkomyślni,
dając mu życie... Ale nie potrafiła nie martwić się o jego
przyszłość. W końcu nosiła je w sobie, było częścią niej
samej, fragmentem jej duszy i ciała. Ale z drugiej strony... Jeśli
Tadao obiecywał, że zadba o to, by nie stała mu się krzywda, nie
miała podstaw, żeby w to nie wierzyć.
Westchnęła
cicho i wtuliła się w niego.
-
Przepraszam. Jestem przewrażliwiona.
-
Nic nie szkodzi, wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
To
właśnie chciała usłyszeć. Oczywiście, że mu wierzyła. On
jeden jej nie zawodził i zawsze dotrzymywał danego słowa. Kiedy
odsunęli się od siebie, już była spokojna.
Gdyby
tylko wiedziała, że bezpieczeństwo i opieka, którą ją otoczył
były tylko iluzją...
<***>
-
To absurdalne!
-
szyderczy uśmiech wypłynął na twarz Kazumy, gdy zaczął
przemawiać zaraz po Takedzie. Spotkanie trwało od dobrych dwóch
godzin, a oni wciąż nie mogli dojść do żadnego sensownego
konsensusu. Ich dyskusje podzieliły członków Starszyzny na dwa
obozy.
-
Cackamy się z nimi jak z dzieckiem, ile można ustępować? Panie
Przewodniczący, proszę wyjaśnić, jak do tego doszło? My,
pionierska rasa, podporządkowani prochowi? Czy tak wygląda pana
polityka? Miało być lepiej, będzie jak zwykle, hm? - zakpił,
wodząc wzrokiem po zebranych.
Takeda
wysłuchał tego wywodu z iście anielską cierpliwością. Młody
Kazuma od śmierci ojca co i rusz załaził mu za skórę. Potrafił
doczepić się absolutnie wszystkiego, byle tylko podburzyć resztę
Starszyzny przeciw niemu. Otwarcie przyznawał, że nie pokłada
wiary w obecnym Przewodniczącym.
-
Panie Kazuma, przypominam panu, że „moja polityka”, jak pan
raczył nazwać oficjalne stanowisko Starszyzny, jest efektem
licznych kalkulacji i analiz nie tylko moich, ale także specjalistów
w dziedzinie stosunków polityczno-społecznych. Czasem, jak już nie
raz i nie dwa tłumaczyłem, trzeba zrobić krok w tył tylko po to,
by wziąć rozbieg – wyjaśnił,
po czym sięgnął po napełnioną wodą szklaneczkę z rżniętego
szkła. Znacznie większą ochotę miał teraz na wódkę z lodem,
ale chociaż alkohol nie działał na wampiry tak oszałamiająco jak
na ludzi, przytępiał nieco zmysły i wraz z rozchodzącym się po
ciele ciepłem rozleniwiał, a w tej chwili jego umysł musiał
działać bez najmniejszego zarzutu.
-
Oczywiście. I twierdzi pan, że ustępując Pogromcom na polu
kontroli nad nisko urodzonymi i przemienionymi wampirami, „bierzemy
rozbieg”? Naprawdę, podziwiam zarówno strategię, jak i pana
optymizm.
Przewodniczący
westchną ze znużeniem, jak rodzic mający już dość niekończących
się pytań dziecka. Te utarczki słowne do niczego, poza próbą
podważenia jego autorytetu, nie prowadziły. To był najwyższy
czas, by skończyć z uprzejmościami.
-
Może od początku, bo najwyraźniej objęcie tego rozumem pana
przerosło. Szansa dla naszej rasy nie jest w marnych szlachetkach i
opętanych żądzą krwi przemienionych. Nadzieja jest w nas,
najpotężniejszych i najstarszych rodach czystej krwi, jak i tych
arystokratycznych z niemal równie długim rodowodem. Zamiast skupiać
uwagę na utrzymaniu w ryzach tych niższych warstw, powinniśmy się
skupić na tym, by przywrócić nam należne w hierarchii miejsce.
Pogromcy zajmą się zatem okiełznaniem nisko urodzonych i
przemienionych, a my w zamian będziemy mogli oddelegować jednego
obserwatora na większe narady Pogromców. To jest tak zwane
upieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu, panie Kazuma. -
Uśmiechnął się jadowicie. Już od dłuższego czasu otwarcie
sobie dogryzali, choć nie w aż tak otwarty sposób. Reszta
Starszyzny w milczeniu obserwowała i słuchała, nie chcąc wejść
w paradę dyskutującym. W końcu nikt nie był tak głupi, żeby
narażać się na oberwanie rykoszetem.
-
Z całym szacunkiem, co nas obchodzą ich narady? Wystarczyłaby
garstka arystokratów, by główną siedzibę Pogromców zmieść w
pył, a my się z nimi układamy! Poza tym, myśli pan, że na
naradach, na których będzie obserwator z wrogiego obozu któryś z
Pogromców chociaż słowem się zająknie o rzeczach naprawdę
ważnych? Wbrew temu, co chcielibyśmy o nich sądzić, nie są
głupi. Tak w rzeczywistości, to oddamy im kontrolę nad znaczną
częścią naszej społeczności. Najstarszych rodów zostało tak
niewiele, liczba arystokratów nie wzrasta, a ta niższa warstwa,
którą pan tak pogardza jest wyjątkowo płodna. Może „marny
szlachetka” nie przywróci nam dawnej chwały, ale kiedy będzie
czuł nad sobą pieczę silnych przywódców, którzy nie traktują
go jak zbędnego balastu, z oddaniem rzuci się w wir walki. Proszę
pomyśleć, do jakich wniosków dojdzie ten „szlachetka”, kiedy
dowie się, że został bez mrugnięcia okiem oddany pod władzę i
osąd wrogowi.
Shin,
gdy skończył, rozejrzał się po zgromadzonych. Widział w ich
oczach wahanie, ziarno zwątpienia zostało zasiane. Nie okazując
zadowolenia, wrócił wzrokiem do Takedy.
-
”Rzuci się w wir walki”? Proszę mnie poprawić jeśli się
mylę, ale chce pan odzyskać dominację siłą? Przecież wojna od
dawna jest przeżytkiem, co najwyżej możemy straszyć jej widmem. W
czasach dyplomatów i rządów pieniądza chce pan machać
mieczykiem? - Uśmiechnął się
ironicznie. Czuł się niezwykle idiotycznie brnąc w tę dyskusję.
-
Wojna to dobra, choć nieco zapomniana tradycja naszej rasy. Od
zarania dziejów toczyliśmy wojny i wygrywaliśmy je. Czasem
większym bądź mniejszym kosztem, ale stawialiśmy na swoim.
Byliśmy niezwyciężeni. A teraz? Przejmujemy się zdaniem starca w
sutannie.
Nie
miał już sił, by tłumaczyć wszystko od początku. Chciał wrócić
do domu, położyć się i dać odpocząć zmęczonemu tą
bezsensowną paplaniną umysłowi. Powiódł wzrokiem po twarzach
zebranych i nie mógł uwierzyć w to, co widział. To, że Kazuma
był młody, niezmordowany i napalony na podboje oraz kierowany
chęcią zdetronizowania go, nie dziwiło ani trochę. Ale to, że
głowy najwyższych rodów, elita tej rasy, jakby z zawstydzeniem
słuchały o dawnej potędze i „przejmowaniu się starcem w
sutannie”, było po prostu załamujące. Chyba tylko Kage Hiou nie
opowiadał się po żadnej ze stron. Z jego spokojnej twarzy nie
można było wyczytać żadnych emocji.
-
Dobrze. Zatem wojna. Jaki ma pan plan, panie Kazuma?-
zapytał, hardo wbijając zimne spojrzenie w oczy siedzącego
naprzeciw Shina. Ten nie odpowiedział, ale nie odwrócił wzroku.-
Rozumiem, żadnego planu. Pozwolą państwo, że pokrótce
zobrazuję cały przebieg tej, o losie, chwalebnej wojny. Wypowiadamy
wojnę innym rasom. Rzeczywiście, drobnej szlachty jest
wystarczająco dużo, by była podstawą naszej armii. Zwabieni ideą
odzyskania hegemonii, licząc, że coś im z tego skapnie zaangażują
się bez reszty. Kiedy już inne rasy będą przed nami drżały, co
zrobi nasz poczciwy szlachetka?Zorientuje się, że takich jak on
jest na pęczki. A nas, choć jesteśmy dużo potężniejsi, tylko
garstka. Zapragną równości, bo niby dlaczego oni mają stać niżej
w hierarchii, skoro jest ich tak wielu? Wybuchnie bunt. W najstarsze
rody nie uderzy z taką siłą, ale w tej rewolucji zginie wielu
arystokratów. Z czasem zaczną szukać sposobu by pozbyć się
również i nas. I znajdą ten sposób, bo on z pewnością istnieje.
Kiedy zniszczą także nas, zaczną przepychać się między sobą.
Stoczą niejedną walkę o władzę, aż z wielu zostanie garstka.
Rzeczywiście, wojna to wyśmienity pomysł, prawda, proszę państwa?
Cisza.
Wreszcie nie było w odpowiedzi bezsensownego argumentu. Kazuma był
zdolny, to musiał mu przyznać. Jak nikt potrafił siać zwątpienie,
ale wciąż brakowało mu ogłady, którą Takeda wypracował już
lata temu. Gdyby miał za sobą choć połowę doświadczenia
Przewodniczącego, byłby naprawdę wybitnym przeciwnikiem. Teraz
jednak Tadao cieszył się, że niewielkim wysiłkiem jest w stanie
uciąć awanturnicze zapędy nowego członka Starszyzny.
-
Sądzę, że nie ma powodów ku temu, by dalej roztrząsać ten
temat. Myślę, że powinniśmy wytrwać w pokoju najdłużej, jak
tylko się da. Przy obecnym układzie sił to zdecydowanie lepsza
alternatywa niż wojna –
oznajmiła
Hanako Teshiguhara, jedyna kobieta w tym towarzystwie.
Hanako
była najstarszą członkinią Starszyzny, choć patrząc na nią,
ciężko było w to uwierzyć. Gęste czarne włosy związane zawsze
w koński ogon, bystre brązowe oczy naznaczone złotymi cętkami i
gładka skóra, na której tylko w okolicach oczu można było ujrzeć
cień zmarszczek, które wyraźne staną się pewnie dopiero za
wiele, wiele wieków sprawiały, że żaden człowiek nie dałby jej
więcej niż trzydzieści parę lat. Kobieta była nie tylko piękna
i mądra. Była też wdową z niezwykle szanowanej rodziny, co
sprawiało, że wciąż miała licznych adoratorów.
-
Z całym szacunkiem, panie Kazuma, – kontynuowała
- ale jest pan jeszcze relatywnie młody i szczęśliwie
nie przyszło panu widzieć tych „wieków chwały”. Ja przeżyłam
wiele wojen. Jedna z nich odebrała mi męża, druga syna. Widział
pan kiedyś jak umiera czystokrwisty? Nie ma miejsca na ostatnie
słowa, na jakikolwiek gest, po prostu rozsypuje się w srebrzysty
pył. To zła śmierć, a wówczas wielu ją poniosło. Kolejna wojna
doprowadzi nas tylko do zagłady – oznajmiła,
patrząc wciąż na Shina. Niesamowite było to, że nie mówiła
tego by go pogrążyć. Była po prostu szczera.
Wszyscy
zgodnie przyznali kobiecie rację. Kazuma był nieco niepocieszony,
ale z pokorą zniósł porażkę i postanowił wyciągnąć wnioski.
Umiał uczyć się na błędach i wiedział, kiedy się wycofać.
Głos Hanako Teshiguhary był zawsze decydujący, a przy tak wielkiej
mądrości i doświadczeniu jakiekolwiek toczone z nią spory
kończyły się fiaskiem jej przeciwnika. Co sama często
podkreślała, żyła na tym świecie najdłużej z nich wszystkich,
widziała wzloty i upadki ich społeczności, ogromne rzezie i
powstawanie z popiołów tego świata. Sprzeczanie się z nią było
po prostu ogromną głupotą.
-
A wracając do głównego wątku, uważam, że oddanie
Pogromcom kontroli nad nisko urodzonymi nie jest najlepszym pomysłem.
Teraz zadowolą się tym, że mają władzę nad najniższą warstwą,
potem zapragną rozszerzyć swoją jurysdykcję, w związku z czym
walki będą nieuniknione. Co innego przemienieni. Oni należeli
kiedyś do świata ludzi, nad którym Pogromcy sprawują pieczę i to
w tym świecie czynią największe szkody. Poza tym, są dla nas
kłopotliwi, a to byłoby duże odciążenie. Co do naszego delegata
na spotkaniach Pogromców, tu trzeba oddać sprawiedliwość panu
Kazumie, Pogromcy nie są głupi, nie poruszą newralgicznych spraw
mając świadomość, że dotrą one do nas. Ale nie można też cały
czas się pilnować, w końcu ktoś nie zdąży ugryźć się w
język. Podsumowując, jeśli zgodzą się na ustępstwo w sprawie
nisko urodzonych i zadowolą się przemienionymi, a my zyskamy
możliwość dowiedzenia się czegoś istotnego, to byłby to bardzo
korzystny układ – uśmiechnęła
się łagodnie.
Takeda
zastanowił się chwilę nad słowami Hanako. Oczywiście jak zwykle
miała rację. Postanowił, że podejmie się negocjacji z Dowódcą
Pogromców. Był to już stary i zmęczony wieloletnią służbą
człowiek, Tadao nie sądził, że będzie chciał się wdawać w
dalsze pertraktacje, po prostu przystanie na warunki Starszyzny.
Ogłosił, co postanowił i zamknął posiedzenie.
Kiedy
wychodził z budynku, kątem oka dostrzegł Kazumę rozmawiającego z
Teshiguharą. Nie dosłyszał, co powiedział mężczyzna, ale
wampirzyca uśmiechnęła się łagodnie, skinęła głową, po czym
przyjęła wyciągnięte w jej stronę ramię. Powoli zaczęli
oddalać się brukowaną uliczką. Zastanowiło go to, ale doszedł
do wniosku, że może potem przyjrzy się temu bliżej. Teraz nie
miał ani czasu, ani ochoty. Musiał dziś jeszcze odwiedzić Kotone.
Kobieta będąc w zaawansowanej ciąży, stała się nieco
znośniejsza. A przynajmniej w stosunku do niego, bo wąziutkie grono
służby, które miała do swej dyspozycji każdego dnia przechodziło
piekło, kiedy kobieta dopatrzyła się chociażby drobnego
zaniedbania.
Spojrzał
w nocne niebo i westchnął. W najbliższym czasie miał wiele planów
do zrealizowania i musiał być ostrożny, by nie popełnić żadnego
błędu. Inaczej lata wysiłku pójdą na marne, a teraz, kiedy już
tak niewiele brakowało mu, by mieć wszystko, nie mógł na to
pozwolić.
<***>
Późnym
marcowym wieczorem Takeda wszedł do swojego gabinetu w budynku
Starszyzny. Nie zdążył nawet zdjąć płaszcza, kiedy zadzwonił
telefon. Odebrał, a gdy tylko usłyszał, co się stało,
potrzebował dosłownie kilku sekund, by się uspokoić. Wyszedł z
gabinetu i oznajmił sekretarce, że wypadło mu niecierpiące zwłoki
spotkanie, oraz że nie wie, o której wróci. Kobieta przyjęła
wiadomość i pożegnała Przewodniczącego, który jak gdyby nigdy
nic, wyszedł na zewnątrz. Jeszcze nie zdążył puścić klamki, a
już przeniósł się do dworku. Wpadł po schodach na górę, jak
gdyby zależało od tego czyjeś życie i popędził do sypialni
Kotone. Wampirzycy nie było w pomieszczeniu, ale z boku, nieopodal
okna, stała drewniana kołyska przesłonięta białym woalowym
baldachimem.
Powoli
podszedł do niej i odsunął materiał. W białej pościeli leżało
dzieciątko tak maleńkie, że wydawało się aż nierzeczywiste.
Spało sobie słodko, zupełnie nie zwracając na niego uwagi. Na
czubku idealnej główki pyszniła się kępka czarnych włosów. Nie
mógł powstrzymać uśmiechu, było po prostu przecudowne! Od
pierwszego wejrzenia ta kruszyna poruszyła jakąś strunę w jego
sercu, sprawiła, że cały świat przestał mieć w tej chwili
jakiekolwiek znaczenie.
-
Jak mogłaś zostawić je samo? -
zapytał z wyrzutem nawet nie odwracając się do kobiety, która
weszła do sypialni.
-
Przecież cały czas nasłuchiwałam, czy nic jej nie jest. Spała
spokojnie, gdyby się obudziła, wiedziałabym o tym – odparła,
przeczesując mokre włosy palcami. Po tym wszystkim musiała
doprowadzić się do porządku, oczyścić się ze śladów
niedawnego wysiłku. To było najgorsze doświadczenie w jej życiu,
nie mogła sobie nawet wyobrazić, jak znoszą to ludzkie kobiety,
kiedy ona, mając zdolność do błyskawicznej regeneracji i znacznie
podwyższony próg bólu, tak bardzo cierpiała.
Tadao
nie odrywał oczu od dziecka. W ich społeczności większość
mężczyzn z rozczarowaniem przyjmowało wiadomość o narodzinach
córki, ale on tylko uśmiechnął się lekko. Miał córeczkę.
Swoją maleńką, uroczą córeczkę.
-
Tadao?
Z
niechęcią odwrócił wzrok od dziewczynki i spojrzał pytająco na
Saito.
-
Co teraz z nią będzie? - zapytała
cicho, opierając dłonie na krawędzi kołyski i lekko nią
poruszając.
Wszystko
zależało od tego, co postanowi Tadao, ale nie było jej obojętne,
co się stanie z jej córką. W ostateczności przecież mogłaby
spróbować wziąć ją do siebie, przecież tych kilka ciemnych
kosmyków na jej główce nie przesądzało jeszcze do kogo będzie
podobna. Gdyby sprawa zaczęła się komplikować, byłoby już za
późno, bo może i jej mąż nie był zbyt mądry, ale na pewno nie
był nieczuły. Być może pokochałby tę dziecinkę, a przecież
czasem okazuje się, że dzieci są zupełnie niepodobne do swoich
rodziców, prawda?
Takeda
odwrócił się od kołyski i przeszedł kilka kroków w kierunku
drzwi.
-
Nie martw się o nią. Nigdy nikomu nie pozwolę jej skrzywdzić –
odparł, po czym stanął przodem
do kobiety.
-
A może jakieś konkrety? Tadao, to moja córka, chyba mam prawo
wiedzieć, co ją czeka, prawda? -
Stanęła naprzeciw niego, by móc patrzeć mu w oczy.
Uniósł
jej podbródek i pocałował ją delikatnie, po czym przygarnął do
siebie jej drobne ciało.
-
Zostanie ze mną. Wychowam ją i zapewnię najlepsze życie, jakie
tylko można sobie wyobrazić. Zrobię wszystko, żeby była
najszczęśliwsza na świecie – wszeptał
jej na ucho. - Szkoda, że nie było nam dane spotkać się
wcześniej, może wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej.
Odsunęła
się od niego. Co to miało znaczyć?
-
Tadao... - Nie dokończyła
zdania, zachłystując się powietrzem. Przerażający ból przeszył
jej ciało, gdy dłoń wampira przebiła jej żebra i chwyciła za
serce.
Ona
nie mogła żyć. Wiedział, że nie mogłaby patrzeć, jak sam
wychowuje ich wspólne dziecko, że któregoś dnia upomniałaby się
o prawo do ich córeczki. Zburzyłaby jej świat, unieszczęśliwiła,
okryła hańbą jako owoc zdrady, a kto wie, może nawet odebrałaby
ją Tadao. Nie mógł na to pozwolić.
-
Szkoda, naprawdę szkoda – szepnął
i wyrwał serce z piersi kobiety. Upadła na ziemię z hukiem.
Wytrącone ze snu dziecko zakwiliło cichutko, po czym rozpłakało
się już na dobre.
Przeszedł
nad zmieniającym się w pył ciałem kobiety, wypuszczając z dłoni
jej serce i podszedł do kołyski. Wyczuwalna obecność Kotone
rozpłynęła się na dobre w powietrzu. Wyciągnął z kieszeni
chusteczkę i ze spokojem wytarł dłonie z krwi, po czym wyjął
dziewczynkę z kołyski. Przytulił ją do piersi, kołysząc
leciutko. W jednej chwili uspokoiła się i wlepiła w niego ogromne,
ciemne oczy.
-
Już dobrze maleńka – uśmiechnął
się do niej kojąco. - Chodźmy stąd, zabiorę cię do
domu.
Jak
gdyby nigdy nic zszedł na dół, gdzie wydał polecenie zaufanej
służącej i zniknął. W godzinę później w dworku nie było
nawet śladu po Kotone Saito.
<***>
Po
ponad miesiącu od narodzin córki Takedy świat wampirów obiegła
wieść o śmierci Kotone Saito. Na oficjalnym posiedzeniu Takeda
przedstawił okoliczności w jakich kobieta poniosła śmierć z rąk
wampirów należących do jednej ze stron konfliktu, który rzekomo
miała załagodzić. Przekazał wyrazy współczucia zrozpaczonemu
mężowi i zapewnił, że sprawiedliwość została wymierzona.
Bliski
płaczu Saito opowiadał, że już wcześniej czuł, że żonie stało
się coś złego, ale nie mógł się z nią w żaden sposób
skontaktować, miał tylko nadzieję, iż żyje. Teraz pozostało mu
już tylko zaprosić wszystkich na uroczystość ku czci pamięci
Kotone.
Nikt
niczego się nie domyślał. Takeda zadbał o to, by wszystko
wyglądało naturalnie.
Dwa
dni po tym, jak zabił Kotone, ogłosił światu, że urodziła mu
się córka. Oczywiście wiadomość nie przeszła bez echa, bo
dzieci nie biorą się z powietrza, a Tadao przecież nie miał żony.
Zaczęto dochodzić do tego, kto jest matką dziewczynki, w końcu
nie godziło się, by Przewodniczący Starszyzny miał dziecko z byle
kim. Odwiedziła go nawet Hanako Teshiguhara, rzekomo by pogratulować
mu narodzin dziecka, jednak już od progu wyznała mu, że członkowie
Starszyzny mają wątpliwości co do pochodzenia jego córki i to ją
oddelegowano, by wyjaśniła sprawę. Przyniósł wówczas
dziewczynkę do Hanako.
-
Zapewniłem swojej córce dobre pochodzenie, tyle Starszyzna musi
wiedzieć. Jeśli moje słowa nie wystarczą, może pani się upewnić
– powiedział wtedy i podał
jej maleństwo.
Kobieta
lekko kołysała w ramionach małą Takedę, która zabrana z rąk
ojca zaczęła cichutko popłakiwać. Zamknęła oczy, skupiając
uwagę na dziecku, jego żyłach i krwi w nich płynącej. Po chwili
zwróciła je ojcu, przyznając, że nie ma żadnych wątpliwości.
-
A matka... - zaczęła, ale
przerwał jej gestem.
-
To już nie powinno obchodzić Starszyzny. Wystarczy, że jest
czystej krwi.
Wampirzyca
natychmiast porzuciła podjęty temat. To rzeczywiście była sprawa
drugorzędna.
Dzieciątko
zaciskało i rozluźniało piąstki, próbując gruchać coś po
swojemu, by zwrócić na siebie uwagę ojca, który oszalał na jego
punkcie, co było widać na pierwszy rzut oka. Ta mała była po
prostu rozkoszna. Hanako widziała w swoim życiu wiele niemowląt,
ale chyba żadne nie było równie urocze.
-
Naturalnie. Jeśli mogę zapytać, jak ma na imię?
Spojrzał
po raz kolejny na córeczkę i uśmiechnął się do niej.
-Erika.
Hanako
uśmiechnęła się, zapewniając, że wybrał piękne imię i
pożegnała się, życząc wszystkiego najlepszego dzieciątku.
Był
Przewodniczącym, wszyscy przyjęli do wiadomości, że pochodzenie
małej Takedy nie budzi wątpliwości i nikt już nie drążył tego
tematu, by mu się nie narażać. Żeby połączyć narodziny Eriki
ze śmiercią Kotone nikomu nie przyszło do głowy, a nawet jeśli
przyszło, to bardzo szybko wyparł tę myśl z obawy przed gniewem
Takedy.
<***>
Zdążył
dopiero wejść do domu, kiedy po schodach jak błyskawica zbiegła
mała dziewczynka.
-
Tatuś! - zaświergotała
radośnie, kiedy porwał ją na ręce. -Dlaczego tak długo
cię nie było? Strasznie za tobą tęskniłam!
-
Przepraszam, kochanie, miałem bardzo dużo pracy – odparł,
całując córkę w czółko.
Na
schodach pojawiła się starsza kobieta, która była wychowawczynią
Eriki. Arystokratka nie zawsze nadążała za swoją pięcioletnią
podopieczną, która kiedy tylko wyczuwała ojca, nie zważając na
nic, biegła mu na spotkanie. Tadao odprawił ją skinieniem głowy,
więc zawróciła do swojego pokoju.
-
Ale czy ty nie powinnaś już spać? -
zmarszczył brwi, przyglądając się jej.
Dziewczynka
rzeczywiście była już ubrana w białą koszulę nocną, która
kontrastowała z czarnymi jak heban włosami. Popatrzyła na niego z
wyrzutem, wyginając usta w uroczą podkówkę.
-
Oj, tatusiu, przecież wiesz, że nie zasnę bez bajki, a tylko ty
umiesz opowiadać bajki!
Pokręcił
głową. Czasami sam nie wierzył w to, jak bardzo dał się
podporządkować pięciolatce, ale nie umiał jej odmawiać. Erika
była jego oczkiem w głowie, wymarzonym dzieckiem, dla którego
poświęcił inne życie.
Ogromne
szmaragdowe oczy, które odziedziczyła po matce wpatrywały się w
niego wyczekująco, więc ruszył ku schodom. Weszli do jej sypialni,
gdzie posadził ją na łóżku, a sam usiadł obok.
-
Pójdziemy jutro na spacer? -
zapytała, mając nadzieję, że ojciec się zgodzi. Uwielbiała
spędzać z nim czas.
Zastanowił
się chwilę, po czym obiecał, że wróci wcześniej z pracy i
zabierze ją do parku. Uradowane dziecko zapiszczało i zarzuciło mu
ręce na szyję, przytulając się mocno.
-
Erika-chan, udusisz mnie – zaśmiał
się, gładząc ją lekko po plecach.
Cmoknęła
go w policzek w podziękowaniu i szybko wskoczyła pod kołdrę,
czekając na bajkę. Najbardziej lubiła te opowieści, których
bohaterowie przeżywali dużo przygód, z których zawsze dzięki
sprytowi wychodzili cało. Tata jak nikt umiał snuć historie o
zaczarowanych ogrodach i dzielnych podróżnikach. Zawsze z zapartym
tchem czekała na to, co wydarzy się za następnym zakrętem,
wzgórzem czy rzeką. Kiedy wysłuchała już całej opowieści - tym
razem o dzielnej dziewczynce, która przechytrzyła złą
czarodziejkę mieszkającą w lesie i szczęśliwie wróciła do domu
- oczy porządnie jej się kleiły. I nic w tym dziwnego, bo wschód
słońca zbliżał się nieubłaganie.
-
Śpij dobrze, kochanie. - Tadao
ucałował ją w czółko i wstał, by wyjść. Erika wymruczała
sennie „dobranoc” i już po kilku chwilach zapadła w sen.
Przyglądał
się jej przez jakiś czas, po czym wyszedł, ostrożnie zamykając
drzwi. Kochał ją nad życie, nad władzę, którą cenił kiedyś
tak wysoko. Był gotów dla niej na wszystko, nawet jeśli musiałby
ponownie kogoś zabić, zrobiłby to bez wahania.
<***>
Hejo!
Życie
nie rozpieszcza, sesja i w ogóle, ale w przypływie ogromnej euforii
(zaliczyłam jedną z największych franc wśród przedmiotów)
postanowiłam dodać owoc mojej ostatnio nad wyraz płodnej
wyobraźni.
Dedykuję
ten rozdział wszystkim tym, którzy wciąż tu jeszcze czasem
zaglądają! <3 Przepraszam, że tak rzadko piszę, staram się,
ale wiadomo jak jest. :(
Pozdrawiam,
Andzik
Hejka! O MAtko jaki długi rozdział! I ciekawy! Pięknie, Andziku, po porostu cudownie! Jestem zachwycona! Poza tym chyba obecnie każda z nas jest zajęta/albo ma jakiś ważny powód by nie pisać. Więc spoko ;)
OdpowiedzUsuńPowiem Ci, że nie pamiętam połowy z postaci! o.O To straszne! Choć akurat Shina pamiętam :D Za to nie mogę nigdzie umieścić w pamięci Eriki. Hm...
No ale rozdział super! Jak ja kocham bezwzględne postaci w powieści :D
A tak, chyba wiele osób zaczynało od FF :D Poza tym - to dobry sposób na nudę i pożytkowanie weny, gdy na powieść nie ma się pomysłu. FF jest jakby to ująć... Mniej wymagający? No coś w tym guście xD
Pozdro!
K.L.
O rety, cieszę się, że Ci się podobało! To jest takie smutne, że nie można robić tego, na co się ma ochotę.:( Ale, zostały mi 3 egzaminy i wtedy się wezmę do roboty,bo mam mnóstwo pomysłów!
UsuńKojarzyć powinnaś tylko Shine i Takedę. A Erika... No cóż. xD Wieki temu poprosiłam Cię, żebyś wymyśliła sobie postać. To właśnie Erika. xD
Tak! Zdecydowanie mniej wymagający! Nie zwracasz sobie głowy jakimś szczegółami, piszesz na co masz ochotę i nie angażujesz się bardziej. Jak piszę coś nowego, to zawsze się denerwuję, że coś zepsuję, będzie nielogicznie itd. A tak ciach - ciach i można pisać!
Własnie ich kojarzyłam!
UsuńSerio? Ojej, zapomniałam ^^" Ale obciach, żeby mieć taką sklerozę xD Bedę uważniej śledziła jej losy :D
Właśnie! Mam tak samo! Dlatego FF szybciej kończę i w ogóle mogę się posiłkować książką i dowolnie mieszać wątki oraz wprowadzać nowe postacie i nowe historie! A to daje TAAAAKIE możliwości ;)
Ale szok przeżyłam z rana. Szczerze mówiąc, obawiałam się, że już porzuciłaś to opowiadanie... Cieszę się, że tak nie jest.
OdpowiedzUsuńNie spodziewałam się dodatku Takedy, ale muszę przyznać, że jest naprawdę świetny. Dobrze dowiedzieć się czegoś więcej o społeczności wampirów. Ach, no i Shin! Kocham go. xD No, nie tak jak Hiroshiego, oczywiście, ale jednak.
Zanim zabrałam się za ten rozdział, musiałam choć pobieżnie przejrzeć, co działo się wcześniej, bo z moją sklerozą to większość rzeczy wypadła mi z głowy. Dzięki temu zaczaiłam, że wcześniej była już wzmianka o Erice, inaczej za Chiny bym jej nie pamiętała. W ogóle Takeda jest wredny, swojej córci to by nieba przychylił, a Ayi zgotuje taki los... Bo gdzieś tam była mowa, że wcześniej chyba rozważano małżeństwo Yoshiro właśnie z Eriką, nie? W każdym razie... nie dziwię się Takedzie, że nie oddałby swojego skarbu takiemu sadyście, ale z drugiej strony - zero zrozumienia dla Kage i jego rodziny! Smuteczek.
Swoją drogą, ten Takeda to niezły skurczybyk. Tak wykorzystać tę biedną Kotone... Ech. Nie polubiłam jej co prawda, ale wiadomo, nie zasłużyła na taki los. Ciekawe, czy Erika wie coś o swoim pochodzeniu? Ogółem chętnie poznałabym ją bliżej. I inne rodziny czystokrwistych także. Hanako na przykład wydaje się interesująca. Taka stara, dużo przeszła, na pewno powiedziałaby sporo na temat przeszłości.
No, lecę, raport na zaliczenie seminarium sam się nie napisze. Powodzenia w tych pozostałych egzaminach, gratuluję tych zdanych, trzymaj się! I, skoro już masz tyle pomysłów i weny, zaraz po egzaminach bierz się do roboty! Hiroshi czeka na konfrontację z Kage. xD