wtorek, 6 września 2016

Rozdział XXVIII

Jeden z nielicznych służących wszedł do gabinetu Hiou, gdy usłyszał pozwolenie. Siwowłosy mężczyzna z wyraźnie postępującą łysiną skłonił nieznacznie głowę i, nie podnosząc oczu, obwieścił przybycie gościa.
Siedzący za biurkiem wampir podziękował, po czym odprawił służącego. Wstał z miejsca i ruszył do holu, by poznać tożsamość gościa, który nie raczył podać swej godności kamerdynerowi. Sama aura nieznajomego wydawała się Kage specyficzna. Miał wrażenie, że czuł ją już wcześniej. Tylko kiedy i gdzie? Nie mógł sobie tego przypomnieć.
Kiedy stanął w otwartym holu, zaskoczenie zatrzymało go w miejscu i odebrało mowę. Miał nadzieję, że oczy, którym ukazała się znajoma postać o blond włosach i jadowicie zielonych tęczówkach go mylą. Jak on śmiał tu przychodzić? Po tym wszystkim...
Już otwierał usta, by w kilku słowach uświadomić gościa, gdzie powinno być jego miejsce, kiedy mężczyzna podniósł dłoń, uciszając go gestem.
- Zanim mnie wyrzucisz, nakładając na mnie takie klątwy, że sam Lucyfer by się nie powstydził, powinieneś wysłuchać tego, co mam do powiedzenia.
Hiou nie odrzekł ani słowa. Wpatrywał się przez chwilę w niego, zastanawiając się, czy byłby na tyle bezczelny, by przyjść tu bez konkretnego powodu. W końcu tylko skinął głową i odwrócił się, wydając demonowi krótki rozkaz, by ten poszedł za nim.
Jonathan przemilczał to, jakim tonem zwracał się do niego wampir. Ostatecznie przychodząc tutaj nie liczył się z ciepłym powitaniem.
Obaj weszli do gabinetu, gdzie Kage wskazał niechcianemu gościowi miejsce. Sam zaś stanął przy oknie, odchylając zasłonkę i wyglądając przez nią.
- Masz szczęście, że nie ma tu Maayi. Gdyby ona cię zobaczyła, musiałbym cię zabić.- oznajmił chłodno, odwracając się do mężczyzny. - Choć nie obiecuję, że i tak tego nie zrobię.
Jonathan nic nie odpowiedział. Doskonale wiedział o tym, że w czasie jego wizyty Maayi nie będzie w domu. Nie miałby sumienia pokazać jej się na oczy.
- Moja noga nie przekroczyłaby progu tego domu, gdybym nie uznał sprawy, z którą przychodzę za wyjątkowo pilną – odparł ze spokojem, obdarzając wampira poważnym spojrzeniem.
Kage skinął głową i usiadł naprzeciw Jonathana. Z czymkolwiek przychodził do niego były Pogromca, jego postawa świadczyła o tym, że jest to niezwykle ważne. O co jednak mogło chodzić?
- Sprawa ta dotyczy twojej córki – dodał po chwili, wbijając spojrzenie w nieokreślony punkt na biurku i zamilkł.
Hiou przymknął oczy, by zebrać wszystkie emocje i stłumić je w sobie. Jego córka była właśnie na tym, pożal się Boże, spotkaniu z Shirahime. Przez cały czas jego zmysły były wyostrzone, niepokoił się o nią jak nigdy i gdyby był bardziej gwałtownego usposobienia, pewnie nie mógłby teraz ze spokojem rozmawiać z demonem, który zagroził jej życiu, gdy była jeszcze w łonie matki.
Mimo wszystko, liczyło się to, co miał teraz do powiedzenia Jonathan. Wszyscy wiedzieli, że jest zaufanym sługą Lucyfera, a teraz także opiekunem Aiki Kiyokuro. Miał dostęp do informacji, o których reszta prawdziwego świata mogła co najwyżej pomarzyć. Może wiedział coś, co mogłoby pomóc uratować Ayę? A nawet jeśli, jaki miałby cel w przekazaniu mu tych wiadomości? Kage z niecierpliwością czekał na jego następne słowa.
Jonathan, jakby zbudzony z transu, podniósł spojrzenie, biorąc głębszy wdech.
- Dopilnuj, żeby Aya nie zbliżała się do Aiki.
Zmarszczył brwi. O co mu mogło, do cholery, chodzić?
- A dlaczegóż to?
Jonathan przez chwilę studiował wyraz, który pojawił się na twarzy ojca Ayi. Nawet nie zaskoczyło go zdziwienie w jasnych oczach wampira. Uśmiechnął się tylko ponuro, stwierdzając oczywisty fakt, że Hiou nie ma o niczym zielonego pojęcia. W sumie, to nawet go to nie dziwiło. W końcu te zdarzenia mogłyby zostać wykorzystane jako pretekst do przesunięcia ślubu, przecież Aya była w dość bliskich, jak na tak krótką znajomość, stosunkach z Aiką, a z tą zamordowaną dwójką chodziła do klasy. Nic w tym niezwykłego, że Starszyzna zataiła wszystko przed rodziną Hiou. Tylko jakim cudem nie dowiedzieli się o tym z innego źródła? Cały prawdziwy świat aż kipiał z oburzenia. Z drugiej strony, zapewne w takiej chwili nie w głowie im było dowiadywanie się o obecną sytuację w świecie...
Demon jasno przedstawił fakty Hiou, obserwując w jego oczach całą gamę emocji, które rzadko kiedy ukazywały się na jego twarzy.
- Dlatego trzymaj ją z daleka. Ma dość własnych problemów, a Aice i tak nie pomoże, więc oszczędź jej cierpienia – zakończył i westchnął cicho.
Mężczyzna za biurkiem oparł brodę na splecionych dłoniach, zastanawiając się nad całą sprawą. Te wieści z pewnością dobiłyby Ayę, tego był pewien. A jeszcze bardziej zabolałby ją fakt, że Aika odtrąciłaby jej pomoc. Dlaczego jednak dowiadywał się tego od Jonathana? Na co on liczył?
Sługa Lucyfera wstał z miejsca i odwrócił się w kierunku drzwi. Wykonał swoje zadanie.
- Powiedz tylko, dlaczego to robisz? - Za jego plecami rozbrzmiał głos Kage.
- Bo tylko tyle mogę dla was zrobić. - Nawet się nie odwrócił, zmierzając ku wyjściu. Nacisnął klamkę i otworzył drzwi.
- Zaczekaj!
Odwrócił się.
- Uważasz to za zadośćuczynienie? - Nie musiał precyzować. Jonathan doskonale wiedział, co Kage ma na myśli.
Zamyślił się. Dlaczego to robił? Właściwie sam nie wiedział. Czuł potrzebę uprzedzenia Hiou o wszystkim, by jego córka nie musiała pogrążać się w jeszcze większym bólu. Czy jednak robił to w celu odkupienia swoich win wobec Maayi? Pokręcił głową.
- Temu nie da się zadośćuczynić. Nigdy nie zrekompensuję straty twojej żonie. Nigdy też nie śmiałem liczyć na to, że mi wybaczy. Bo tego nie można wybaczyć.
Kage skinął głową, nie zatrzymując dłużej Jonathana, który wyszedł i zniknął z posiadłości tak gwałtownie, jak się w niej pojawił.
Mężczyzna nie ruszył się z miejsca. Westchnął tylko, zatapiając spojrzenie szarych oczu gdzieś w przestrzeni.
Był wdzięczny Jonathanowi. Wiedział, że Aya bardzo szybko złapała dobry kontakt z Aiką i gdyby to współczujące dziewczątko, jakim była jego córka, dowiedziało się o tym, jak wiele nieszczęść przygniotło Aikę do dna, z pewnością byłoby załamane. Próbowałaby ze wszystkich sił pomóc Aice, a, jak twierdził Jonathan, Niszczycielka była w opłakanym stanie i nie chciała widzieć absolutnie nikogo. To z pewnością dodatkowo zraniłoby Ayę. A przecież musiała teraz skupić się na sobie.
Ze zgrozą przypomniał sobie, jak niewiele czasu im pozostało. Yoshiro już napawał się odniesionym zwycięstwem, z pogodnym uśmiechem przyjmując gratulacje wszystkich ważnych osobistości, przewijających się przez siedzibę Starszyzny. Choć Kage zalewała krew, tłumił w sobie wściekłość, by nie dać tej kanalii satysfakcji.
Co jednak zrobi, gdy Yoshiro ukryje Ayę przed światem, zamykając ją pod kluczem i nie pozwalając jej nawet na spotkanie z rodziną? Odejdzie od zmysłów, był tego pewien. Wpadnie w szał, gdy tylko Ayę spotka jakaś krzywda, a wtedy zdepcze wszystkie prawa i reguły, jakimi rządziło się ich społeczeństwo. Zrobi wszystko, by wydostać swoje dziecko z tego piekła, mimo że potem nie będzie już dla nich spokojnego miejsca na tym świecie.
Póki co musiał jednak czekać. Yoshiro był perfekcjonistą, nie dawał mu powodów do gwałtowniejszych reakcji. Wszystko co robił, było przemyślane i zaplanowane tak, by nie narazić się Starszyźnie.
Ostatni strzępek nadziei wymykał się Kage z rąk.

<***>

Jeśli znalazłby się śmiałek, który od niechcenia rzuciłby, że nic na świecie już go nie zadziwi, musiałby zrewidować swoje poglądy po ujrzeniu widoku, który Aya miała teraz przed oczami.
Ciężko było określić styl okazałej budowli, którą miała przed sobą. Z jednej strony budynek nawiązywał do sztuki starożytnego Rzymu i Grecji, z drugiej miał w sobie coś z gotyckiej świątyni i barokowego przepychu. Kimkolwiek był architekt, który stworzył to nieprawdopodobne dzieło, był geniuszem. Smukłe, strzeliste okna i wyrzeźbione gzymsy nadspodziewanie dobrze współgrały z niekończącym się szeregiem kolumn, podtrzymujących krużganek. Szerokie, bogato rzeźbione schody pięły się wprost do nieustępujących im przepychem podwójnych drzwi. A całą posiadłość okalał ogromny ogród nawet teraz kuszący swą urodą.
Wszystko to było przepiękne i pewnie zachwyciłoby Ayę, gdyby nie fakt, że te mury były własnością najpodlejszej kreatury jaką przyszło jej w życiu spotkać. Kreatury, którą już niedługo przyjdzie jej nazywać mężem.
Przed schodami ukazała jej się znienawidzona postać Yoshiro. Samochód zatrzymał się na podjeździe, a Yoshiro podszedł, by pomóc jej wysiąść. Kiedy dwornym gestem wyciągnął do niej rękę, bez wahania podała mu swoją dłoń. Przeanalizowała to wcześniej i doszła do wniosku, że nie zrobi jej krzywdy. Jeszcze nie teraz.
- Witaj, moja droga – przywitał się z powściągliwym, choć na pozór serdecznym uśmiechem.
Skinęła tylko głową, nawet nie zatrzymując na nim spojrzenia. Chłodna i obojętna, nieczuła niczym lalka z wystawy. Taka powinna być. Tak postanowiła.
Powoli weszli po schodach na górę i już po chwili znaleźli się w salonie Shirahime.
Kątem oka brunetka zdążyła zauważyć wysublimowany styl, w jakim został urządzony salon połączony z jadalnią. Drewno, szlachetne tkaniny i barwy przenikały się, tworząc harmonijną całość.
W części przeznaczonej na jadalnię przy zastawionym stole stała Etsuko Shirahime, poprawiając białe goździki i jasnoróżowe alstromerie w wazonie. Kiedy podniosła spojrzenie orzechowych oczu, uśmiechnęła się do Ayi i lekkim krokiem, zdradzającym zamiłowanie do tańca, podeszła do niej.
- Witaj, kochanie. – Uścisnęła dłonie przyszłej synowej i pocałowała ją w policzek.
Hiou odpowiedziała jej subtelnym uśmiechem. Odnosiła wrażenie, że w tej kobiecie jest coś tragicznego. Zupełnie jak w słowiku od urodzenia zamkniętym w szczerozłotej klatce. Mimo całej niechęci wobec niej, podświadomie czuła, że nie ma prawa jej oceniać.
Yoshiro poprowadził je obie do stołu i usadowił jedną po prawej, drugą po lewej stronie swego miejsca u szczytu. Zadzwonił maleńki dzwoneczek, którego dźwięk sprawił, że z drzwi ukrytych w kącie pokoju wyszło parę służących. W błyskawicznym tempie zajęły się podaniem obiadu i napełnieniem kielichów winem.
- Jak ci się u nas podoba, skarbie? – zapytała uprzejmie Etsuko.
Aya zastanowiła się chwilę nad odpowiedzią, po czym z wyrazem twarzy, który wcale na to nie wskazywał, oznajmiła:
- Bardzo mi się podoba, pani Shirahime. Wprost nie mogę wyjść z podziwu.
Odgarnęła kosmyk włosów, który wydostał się z luźno upiętego koka i wpadał jej do oczu. Panowała nad sobą, to nie było nic trudnego. A przynajmniej dopóki do rozmowy nie włączy się Yoshiro.
Podniosła ciężki kielich i upiła niewielki łyk wina. Nie znosiła tego, ale kiedy odmawiała, usprawiedliwiając się tym, że po alkoholu nie czuje się dobrze, wszyscy ze „współczuciem” kiwali głowami, szepcząc między sobą, że to zapewne przez jej geny. Dla świętego spokoju postanowiła dziś odpuścić, nie chcąc nadwyrężać swojej cierpliwości.
- Poczekaj aż zobaczysz swoją sypialnię. Myślę, że będziesz zachwycona – oznajmił niby to zupełnie niewinnie.
Spojrzała na niego i odstawiła kielich, by oprzeć się pokusie rzucenia nim w niego.
- Skoro tak myślisz, z pewnością tak będzie – odparła z bezuczuciowym uśmiechem.
Nie zniechęcał się. To, że w tej chwili nie dawała się sprowokować nie oznaczało, że cały ten wieczór jest stracony. Uśmiechnął się czarująco i ukroił maleńki kawałeczek mięsa, po czym włożył go do ust.
Etsuko przyglądała im się uważnie. A przynajmniej takie sprawiała wrażenie, bo myślami zdążyła już odpłynąć hen daleko. Yoshiro obiecał, że zachowa się w granicach dobrego wychowania, a ona nie miała powodu, by mu nie wierzyć.
- Swoją drogą, jak czuje się twoja matka? Nic jej nie dolega? Martwiłem się o nią wczoraj. – Zmarszczył czoło z „troską”.
Kiedy podniosła na niego swe szare oczy, nie miał żadnych wątpliwości. Gdyby spojrzeniem można było zabić, w tej chwili skończyłby swój żywot.
- Miło z twojej strony, ale mama czuje się świetnie. Nie masz powodu, by się zamartwiać – ucięła, nie dając mu możliwości do powrotu do tematu.
Wcale się tym nie zmartwił. Nieświadomie Aya klarowała mu całą sytuację, odsłaniając swoje słabe strony. Dzięki temu wiedział jak uderzyć, żeby zabolało.
- Całe szczęście… - odetchnął z pozorowaną ulgą - Przy jej słabej krwi musi na siebie uważać.
Przełknęła tę zniewagę razem z łykiem wina. Doskonale wiedziała, że dla członków ich społeczności pochodzenie Maayi jest zagadką, choć tego, że jest tylko zwykłą wampirzycą nie dało się ukryć. Lecz do tej pory nikt nie ośmielił się prosto w oczy robić przytyków do jej nieczystej krwi.
Kiwnęła głową w „podziękowaniu”, wyobrażając sobie, jak gołymi rękoma rozszarpuje gardło tej kanalii. Wiedziała, że gdyby usłyszał to jej ojciec, po Yoshiro nie byłoby już śladu na tej ziemi. Chroniony przez Starszyznę czy nie, nikt nie miał prawa obrażać żony Kage Hiou.
Reszta posiłku minęła w milczeniu. Kiedy wstali od stołu, Yoshiro zaproponował, że pokaże jej resztę posiadłość. Rzecz jasna, zgodziła się „z wielką przyjemnością”.
- Przepraszam, kochanie – Etsuko zwracała się do Ayi ze słabym uśmiechem – czy będziesz miała mi za złe, jeśli odprowadzę was tylko do części, w której znajdują się moje pokoje? Czuję się bardzo zmęczona, muszę się położyć.
- Oczywiście, proszę odpocząć. Pani syn na pewno postara się, by przyrzeczenie, które złożyła pani mojej matce nie zostało złamane. – Uśmiechnęła się wyrozumiale.
Nie chciała zostawać z nim sama, ale co mogła zrobić w tej sytuacji? Miała związane ręce. Jednak z drugiej strony, wiedziała, że Yoshiro nie posunąłby się do czegoś, co mogłoby go pogrążyć. Był na to zbyt inteligentny. Mogła więc czuć się w miarę bezpiecznie.
Ruszyli długim korytarzem przed siebie. Aya, choć przychodziło jej to z trudem, trzymała się ramienia Yoshiro, a Etsuko podążała dwa kroki za nimi, nie wtrącając się w monolog syna, który okazał się być świetnym przewodnikiem. Dziewczyna słuchała go jednym uchem, co jakiś czas wtrącając pytanie, by udać uprzejme zainteresowanie. Kiedy doszli do skrzydła, w którym znajdowały się pokoje gospodyni, Aya wzdrygnęła się lekko.
- Do widzenia, moje dziecko. Pozdrów rodziców. – Usta Etsuko Shirahime ozdobił uprzejmy uśmiech. Uściskała Ayę i ucałowała ją w policzek. Zanim zniknęła za drzwiami swojego pokoju, obejrzała się przez ramię na syna. To spojrzenie, długie i pozbawione ciepła, wydawało się być ostrzeżeniem.
Szarooka odwróciła się w stronę Yoshiro. Stał dokładnie naprzeciw niej. Wysoki i smukły, choć dobrze zbudowany, w świetnie skrojonym i jeszcze lepiej wyprasowanym garniturze, niczym personifikacja perfekcji. Mierzył ją bezuczuciowym, oceniającym spojrzeniem, jakby zamierzał zdjąć z niej miarę, po czym uniósł jeden kącik ust w nieodgadnionym półuśmiechu. Coś zabłysło w jego oczach, a strach zacisnął pięść na sercu Ayi.
- Chodźmy dalej – nakazał i na powrót podał jej swoje ramię.
Przyjęła je, a w chwili, gdy zetknęła się z nim, jej dłoń przez ułamek sekundy zadrżała. I to był błąd, który Yoshiro bez trudu zauważył. Bała się go. Bała się, mimo że starała się tego nie okazywać. Miał ochotę się roześmiać. Jeśli już teraz drży, gdy pozna go lepiej, będzie mdlała z przerażenia na dźwięk jego głosu!
- Tu są twoje pokoje – oznajmił, kiedy skręcili w następny korytarz i otworzył pierwsze drzwi po lewej, wpuszczając ją do środka.
Pokój okazał się ogromną sypialnią. Ściany w delikatnym odcieniu beżu współgrały z białymi meblami i zasłonami w szerokie pasy. Pierwszym co wpadało w oko było łóżko. Tak ogromne, że mogłoby pomieścić pięć osób. Drzwi zamknęły się, nie wydając prawie żadnego dźwięku. W okamgnieniu odwróciła się na pięcie.
- Po co te nerwy? – spytał, uśmiechając się pogodnie. W jego oczach czaiło się coś ciemnego, niebezpiecznego. Zupełnie jak tamtego dnia, w tamtym pokoiku z widokiem na góry, kiedy wszystko wokół pokrywała krew.
Postawił kilka kroków w jej stronę, a ona oparła się ogromnej chęci cofnięcia się. Był na tyle blisko, że czuła na skórze ciepło jego oddechu. Nie potrafiła zmusić się do odwrócenia wzroku. Przyglądała się orzechowym tęczówkom, boleśnie odczuwając coraz mocniej uderzające o żebra serce.
Mógł zrobić z nią, co mu się tylko podobało. Gdzie była ta odważna dziewczyna, rzucająca mu obelgi prosto w twarz? Czyżby złamało ją widmo zbliżającej się klęski? Uśmiechnął się lekko, niemal beztrosko.
- I jak ci się podoba? – spytał, rozglądając się po sypialni.
Pociemniało jej przed oczami, miała wrażenie, że zaraz się przewróci. W co on grał?! Wzięła głęboki oddech i z trudem, wielkim trudem, uśmiechnęła się blado.
- Tak jak myślałam, jest przepięknie.
Skinął głową, najwyraźniej zadowolony z odpowiedzi. Byłby bardzo niepocieszony, gdyby przerwała tę grę jakimś bezsensownym atakiem paniki.
- Cieszę się. Poświęciłem wiele uwagi wystrojowi tych pokoi. W końcu po ślubie będziesz spędzała w nich większość czasu.
Widziała drwiący uśmiech przebijający spod imitacji uprzejmości. I zaczęła się zastanawiać jak ta istota może bez odrazy patrzeć na swoje odbicie w lustrze.
- Och! Która to godzina? Przecież musisz wrócić na czas do domu, prawda? Nie chcę, by twoi rodzice musieli się o ciebie martwić.
Wpatrywała się w niego tępym wzrokiem. To przechodziło ludzkie pojęcie, wiedziała, że już więcej nie zniesie. Myślała, że jest na to gotowa, ale nie umiała stawić mu czoła. Pękało jej serce, gdy go słuchała, udawanie, że to tylko grzeczna wymiana zdań było ponad jej siły.
- Kpisz sobie? – zapytała cicho.
- Przepraszam, ale chyba nie rozumiem. – Zmarszczył odrobinę brwi, przyglądając jej się z zaciekawieniem.
- Dlaczego to robisz?
Nie zamierzał udawać, że nie wie, co ma na myśli. To byłoby nudne. Wolał sprawdzić, co zrobi, gdy powie jej prawdę.
- Nie domyślasz się? – Uśmiechał się chłodno, ze szczyptą pogardy.
Pokręciła głową. Nie miała pojęcia co może kierować kimś, kto tak bardzo znęca się nad drugą osobą, czerpiąc satysfakcję z jej cierpienia.
- Po co to wszystko? Dlaczego akurat ja?
Komuś o miękkim sercu na pewno byłoby żal Ayi. Ale nie jemu. Ten łamiący się głos i spojrzenie pełne nieskrywanego bólu… Po prostu zabawne!
Patrzył na nią z opanowaniem, sycąc oczy tym widokiem. Kiedy tylko pomyślał o tym, że niedługo będzie mógł bez przerwy go podziwiać, nie mógł powstrzymać się od uniesienia kącików ust ku górze.
- A dlaczego nie? - odpowiedział pytaniem.
Zastanowił się przez chwilę. Chciał zobaczyć jak daleko może się posunąć, gdzie sięgają jej granice. Wiedział, że choć tak bardzo starała się to ukryć, była niesamowicie wrażliwa i niezdolna do skrzywdzenia kogokolwiek. Czy jednak przekazałaby brzemię swego bólu komuś innemu, gdyby tylko mogła?
Podaj mi choć jedną osobę, która mogłaby zająć twoje miejsce. Obiecuję, że rozważę twoją propozycję i być może na nią przystanę.
Z natury blada twarz Ayi przybrała kredowobiały odcień. Jak mogłaby się cieszyć wolnością zdobytą cudzym kosztem? Nie mogła mu odpowiedzieć. Gdyby to zrobiła, musiałaby znienawidzić samą siebie. Pokręciła głową, potwierdzając jego przypuszczenia. Mimo wszystko, nie zamierzał jej odpuszczać.
- Nie masz żadnych sugestii? Cóż, nie dziwię się, w końcu nie ma w czym przebierać… Chociaż możemy wziąć jeszcze pod uwagę Erikę Takedę. Śliczna, inteligentna, wrażliwa, a w dodatku z dobrej rodziny… - zaczął, przechadzając się po sypialni.
Małżeństwo Eriki z Yoshiro było niegdyś rozważane i Aya doskonale o tym wiedziała. Byli dość bliską rodziną i to wydawało się naturalne, ale ojciec wampirzycy w tamtym czasie odmówił. Samą Erikę Aya widziała może ze trzy razy w życiu. Ale to nie zmieniało faktu, że nie mogła przytaknąć Yoshiro. To byłaby z jej strony podłość. Jak miałaby dalej żyć ze świadomością, że skazała dziewczynę, której nawet nie znała, na wieczność z tym potworem?
- Zostaw ją. To moja dola – powiedziała zdławionym głosem, odwracając spojrzenie gdzieś w bok.
Stanął w miejscu i zatrzymał wzrok na jej profilu. Majestatycznym, lekko wyostrzonym przez ból zaciskający jej szczęki. Nie mogła widzieć zniesmaczonego uśmiechu na jego ustach.
- Sama widzisz, moja droga, jesteś niezastąpiona – zadrwił podchodząc do niej.
Wciąż na niego nie patrzyła. Ujął jej podbródek i zmusił ją do spojrzenia mu w oczy. Uważnie przyglądał się szarym tęczówkom zasnutym przez łzy.
- Tyle bólu… - szepnął z fascynacją w oczach, gdy wbrew woli Ayi po jej policzku spłynęła pojedyncza łza. Starł ją z delikatnością, o którą go nawet nie podejrzewała. - Szkoda łez, poczekaj aż dam ci prawdziwy powód do płaczu.
Drżała, czuł to. Najpewniej wyrwałaby mu się, gdyby nie była przerażona konsekwencjami sprzeciwu. Przecież doskonale wiedziała, że on nie zwykł żartować.
Gwałtownie oderwał dłoń od jej twarzy i odwrócił się.
Zdezorientowana wybiła wzrok w jego plecy i zastygła, nie wiedząc, czego ma się spodziewać.
- Moja droga, czas na ciebie – oznajmił krótko wypranym z emocji głosem.
Nawet nie odwrócił się w jej stronę. Po prostu otworzył drzwi i wyszedł, nie oglądając się na nią. Był pewien, że podąży za nim.
Bez zbędnych słów poprowadził ją do holu, gdzie podano jej płaszcz, Kiedy podstawiono samochód, Yoshiro wyprowadził ją na zewnątrz. Zanim wsiadła do auta, zatrzymał ją, zaciskając dłoń na szczupłym nadgarstku. Spojrzenie miał twarde i zimne jak późnojesienny wiatr.
- Życzyłbym sobie, żebyś na siebie uważała. Kiedyś te twoje samotne spacery mogą się źle skończyć. Pamiętaj, że biorę za żonę dziewczynę o nieposzlakowanej opinii, nie chciałbym, aby to się zmieniło. – Chłód z jakim wypowiadał te słowa przeszył ją na wskroś. Yoshiro uśmiechnął się diabolicznie i uniósł jej dłoń, składając na niej delikatny pocałunek. – Do zobaczenia, moja droga. Pozdrów rodziców.
Nie czekając na jego pomoc, wsiadła do samochodu, trzaskając drzwiami. Serce tłukło jej się w piersi z zaskakującą mocą. Kiedy kierowca ruszył i zaczęła oddalać się stopniowo od posiadłości Shirahime, zamknęła oczy, próbując uspokoić puls, oddech i nerwy. Yoshiro Shirahime burzył jej wewnętrzny spokój, łamał obronę i deptał wiarę. A robił to wszystko w sposób wyrafinowany, z godnością cechującą monarchę i uśmiechem dobrodzieja.

<***>

Wyciągnął dłoń przed siebie i chwilę błądził nią po materacu, a gdy poszukiwania okazały się bezowocne, podniósł powieki. W podwójnym łożu nie było nikogo poza nim. Obrzucił skąpaną w świetle dnia sypialnię szybkim spojrzeniem i zatrzymał je na dziewczynie stojącej przed lustrem.
Jennifer założyła na szyję czarną kokardę, starannie zawiązując ją i przypinając broszką do stójki ciemnozielonej koszuli. Jej zgrabna postać tchnęła spokojem, gdy cierpliwie zapinała guziki mankietów i poprawiała zakładki na czarnej, rozkloszowanej spódnicy. Kosmyki nie do końca suchych włosów skręconych w luźny, artystyczny kok spływały miękko na jej szyję i ukrywały wyraz twarzy.
Zaskoczył go fakt, że Jennifer jest w stanie myśleć teraz o sprawach tak drugorzędnych i poświęcać się im z tym niczym niezmąconym spokojem. Mimo tego, Kazuma uśmiechnął się pod nosem. Lubił w niej tę dokładność, która objawiała się w trosce o każdy szczegół wykonywanych czynności, zwłaszcza tych błahych. Jennifer nigdy nie ubrałaby pogniecionej sukienki, niewypolerowanej biżuterii czy źle dobranych butów, nie mówiąc już o gryzących się kolorach. Nigdy nie przeszłaby obojętnie obok krzywo wiszącego obrazu czy jakiegokolwiek przejawu zaburzenia porządku w jej otoczeniu.
Wstał z łóżka, wciągając na siebie spodnie. Powoli podszedł do Jennifer, która nie zareagowała na żaden szmer, zbyt zaabsorbowana wygładzaniem niewidzialnej fałdki na materiale koszuli. Kiedy stanął dokładnie za nią, objął ją lekko od tyłu. Odbicia ich spojrzeń spotkały się w lustrze. Nieprzenikniony, pusty wyraz oczu dziewczyny odpowiedział jego ciemnym tęczówkom. Coś było nie tak, a jednak postanowił zignorować ostrzeżenie intuicji.
- Dzień dobry – przywitał się cicho, całując jej skroń.
Odpowiedziała mu wymuszonym, wątłym uśmiechem i uciekła wzrokiem gdzieś w boku z zamiarem niewypowiedzenia ani jednego wyrazu. Nie potrafiła znaleźć słów, którymi mogłaby mu odpowiadać.
Delikatnie odwrócił ją, by mogli stanąć twarzą w twarz. Jennifer nie podniosła na niego spojrzenia, ukrytego za wachlarzem długich, czarnych rzęs. Była urocza w tej swojej naiwnej nieśmiałości, a on nie chciał tego psuć, uświadamiając ją, że ostatnia noc nie miała w sobie nic wyjątkowego. Może sprowadzi ją na ziemię innym razem, jednak teraz musiała sama przeanalizować ostatnie zdarzenia i odnaleźć się w tym mętliku, który z pewnością miała w głowie. Oczywiście zamierzał wskazać jej drogę w tych rozważaniach, w końcu puszczone samopas myśli tak niewinnego dziewczątka mogły zbłądzić i doprowadzić do szalenie niekorzystnych wniosków.
Pogładził mlecznobiały policzek żony, mając w pamięci dotyk jej rozpalonej, jedwabistej skóry. Swoją drogą, sam musiał to wszystko przemyśleć. Tymczasem w skupieniu wpatrywał się w nią przez chwilę, jakby oczekiwał jakiegoś przejawu protestu, ale nie doczekawszy się, uniósł jej podbródek, by móc ją pocałować.
- Dziękuję – szepnął odnajdując bursztynowe spojrzenie dziewczęcych oczu.
Mógł niemal dostrzec, jak zbiera się w sobie, by coś odpowiedzieć. A on właśnie na to czekał. Nie spodziewał się zastać Jennifer tak milczącej, a jeśli miał być ze sobą szczery, spodziewał się raczej w ogóle jej nie zastać. Był przygotowany na wszystko. Na wybuch histerii, łzy, nienawiść, bezsilność, smutek… i wiele innych. Ale nie na to spokojne milczenie, doprawione odrobiną zawstydzenia. Jennifer najwidoczniej była zbyt zagubiona, by zrobić bądź powiedzieć cokolwiek.
Wzięła głębszy oddech i odwróciła głowę, odsuwając się lekko.
- Wcześnie jeszcze. Powinieneś odpocząć przed spotkaniem – oznajmiła, ukrywając drżenie głosu pod jego chłodnym tonem, co zaowocowało pobrzmiewającą w nim niepewnością.
Nawet nie mrugnął powieką. Nic nie wskazywało na to, że spodziewał się czegoś innego. Mimo wszystko, nie przejął się słowami Jennifer, która wyraźnie dawała mu do zrozumienia, że chciałaby zostać sama. Była tylko zagubioną dziewczynką, która coś sobie ubzdurała. Ot, nic nadzwyczajnego, z łatwością naprowadzi ją na właściwe tory. Tylko jeszcze nie teraz, da jej chwilę oddechu, a kiedy wróci od Takedy, cała sprawa stanie się jasna. Wiedział, że jego śliczna żona ufa mu bez reszty, a co za tym idzie, poda mu serce jak na dłoni.
- Rozumiem – odparł wyrozumiale i skinął głową. Wiedział, że Jenn dostrzega teraz tylko ciepło w jego oczach. Sięgnął po koszulę i narzucił ją na ramiona. – Gdybyś jednak mnie potrzebowała, po prostu przyjdź – dodał i żegnając się cicho, wyszedł z pomieszczenia.
Z westchnieniem odwróciła się do lustra i sprawnym ruchem rozpuściła włosy. Gdy już dobyła srebrnej szczotki, zaczęła w skupieniu przeczesywać pukle białych jak śnieg włosów z tym jednym, czarnym pasmem nad czołem.
To pomagało jej zebrać myśli. Kiedy miała coś ważnego na głowie, oddawała się tym prostym czynnościom, do których zwykły człowiek nie przykładał wagi, a które ona zamieniała w sztukę. Potrzebowała tego, by jakoś odnaleźć się w tym wszystkim.
To małżeństwo było fikcją od początku aż do końca, a akt, którego się dopuścili, był warunkiem jego przedłużenia. Niczym więcej, wynikiem chłodnej kalkulacji, czystym biznesem… Dlaczego więc nie mogła pozbyć się uczucia, że jakaś maleńka cząstka wewnątrz niej łka z rozpaczy? Chciała ją zignorować, jednak ta nie dawała o sobie zapomnieć. Pulsowała w trzewiach, nie ustępując ani na chwilę, niczym wyrzut sumienia. Jennifer doskonale wiedziała o co chodzi temu zdradzieckiemu fragmentowi jej samej.
Sprzedała się, przehandlowała swoje ciało i swoją niewinność. Co z tego, że drugą stroną transakcji był jej mąż? W innej sytuacji za nic nie pozwoliłaby się tknąć ani jemu, ani nikomu innemu. Jednak warunki się zmieniły, a ona postanowiła się do nich przystosować. Uważała to za mniejsze zło. Potrzebowała Shina, gwarantował jej bezpieczeństwo i zrozumienie. Poza tym, gdyby odmówiła, musiałaby wrócić do rodziny, a tego by nie zniosła. Prędzej byłaby gotowa umrzeć, niż dzień w dzień widywać tę męczeńską minę Fii. Postąpiła właściwie, wiedziała to. Dlaczego więc czuła, że coś jest nie tak? I czym właściwie było to „coś”?
Nie zamierzała rozdrabniać się nad samym skonsumowaniem ich małżeństwa. Co teraz dałoby rozpaczanie nad utraconą cnotą? Stało się i tyle. Nie chciała do tego wracać i miała nadzieję, że Shin również zostawi wszystko tak jak jest.
Odkładana szczotka lekko stuknęła o blat toaletki, a Jennifer bezwiednie wbiła wzrok w swoje odbicie lustrzane. Im dłużej się mu przypatrywała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że nie zna osoby, którą przedstawia. Kim była ta dziewczyna tak bardzo podobna do niej, o tych samych włosach i jasnej cerze, lecz o oczach zupełnie innych od oczu Jennifer?
Pokręciła głową, a postać w lustrze odwzorowała ten ruch. Zastanawianie się nad tym było bez sensu, gdyż odpowiedź była prosta: zmieniła się. I, jak widać, zmieniła się nie tylko wewnętrznie, ale również odbiło się to w jej spojrzeniu. Nic nie mogła na to poradzić i jedyne, co zostało, to pogodzić się z tym.
Wzięła większy haust powietrza, uniosła wyżej głowę, a jej oczy na powrót spotkały to obce spojrzenie. Bardzo delikatnie, na próbę, uniosła najpierw jeden, potem drugi kącik ust. Ktoś mniej spostrzegawczy niczego się nie domyśli, a ten bardziej spostrzegawczy nie zaryzykuje wejścia jej w drogę. Odwróciła się i ruszyła w stronę drzwi, celowo omijając wzrokiem skorupki stłuczonego wazonu oraz porozrzucane kwiaty. Zanim wróci, pokój będzie lśnił czystością. Służba pozbędzie się frezji, resztek wazonu i pościeli noszącej na sobie dowód jej chwilowej słabości i porażki.
Ten drobny epizod zostanie zamknięty i choć była pewna, że to nie koniec, że ten akt będzie powtarzał się tak długo, aż spełni warunek, na który przystała, zamierzała żyć tak, jakby nic z tego nigdy nie miało miejsca.

<***>

Usłyszał pukani do drzwi, ale zignorował je, gdy po spojrzeniu na zegarek odkrył, jak bardzo jest wcześnie. Gość jednak nie odpuszczał i wciąż dobijał się do drzwi. Z ciężkim westchnieniem wygramolił się z łóżka i poszedł otworzyć, po drodze próbując nieco uładzić roztrzepaną czuprynę. Odsunął zasuwę i pociągnął za klamkę, a widok, który ujrzał, natychmiast przywrócił mu jasność umysłu i odegnał resztki snu.
Przed nim stała Aya Hiou – dziewczyna, której poświęcił każdy swój uśmiech, ta, która skradła mu serce. W innych okolicznościach Hiroshi z pewnością ucieszyłby się z jej wizyty, lecz tym razem odczuwał w związku z nią jedynie niepokój. Był przekonany, że to nie są zwykłe odwiedziny, coś musiało się stać, a świadczyła o tym pustka w oczach brunetki i niecodziennie wczesna pora.
- Przepraszam, że cię obudziłam, ale czy mogę wejść? - wyszeptała lekko zsiniałymi od mrozu wargami.
Dopiero teraz zauważył, że musi być strasznie zziębnięta. Miała na sobie tylko cieniutki płaszczyk, którego nie zapięła, przez co całą szyję i dekolt odkryte przez wizytową sukienkę smagał wiatr. Otworzył szerzej drzwi i bez słowa wpuścił ją do środka. W myślach ułożył już milion scenariuszy tego, co mogło przydarzyć się Ayi, ale wolał z tym zaczekać. Wyglądała na przestraszoną i zagubioną, więc uznał, że najpierw musi poczuć się bezpiecznie, a wtedy wszystko się wyjaśni.
Zdjął z niej płaszczyk i poprowadził ją do salonu, gdzie ciepłym pledem okrył nagie ramiona Ayi i usadowił ją na kanapie. Wymruczała jakieś ciche przeprosiny i podziękowanie.
- Zrobię ci herbatę, zaczekaj chwilę.
Chciał już wyjść, ale Aya, choć wydawała się do tej pory nieobecna myślami, pokręciła głową, prosząc, by nie robił sobie kłopotu.
- To żaden kłopot – zapewnił. Nagle jednak przypomniał sobie o czymś i dodał: - Tylko się ubiorę i zaparzę herbatę, dobrze?
Wcześniej nawet nie spostrzegła tego, że stoi przed nią w samych spodniach od piżamy. Normalnie z pewnością już dawno spłonęłaby rumieńcem, ale teraz tylko lekko skinęła głową. Kiedy wyszedł, podciągnęła kolana pod brodę i szczelniej owinęła się pledem, składając głowę na oparciu kanapy.
Musiała tu przyjść, choć zdawała sobie sprawę z tego, że to głupie i ryzykowne. Yoshiro nigdy nie żartował, a przesłanie jego groźby było jasne. W tej sytuacji narażała nie tylko siebie, ale także Hiroshiego. Co innego jednak mogła zrobić? Sługa Shirahime wysadził ją niedaleko domu, tak jak mu nakazała. Kiedy zniknął z pola widzenia, ruszyła we wprost przeciwnym kierunku. Nie mogła, nie chciała wracać do domu. Była pewna, że gdy tylko przekroczy próg rodzinnej siedziby, ciężkie milczenie wiszące w powietrzu uderzy ją z całą swoją mocą, a na powitanie wyjdą jej załzawione oczy matki i pełne poczucia winy spojrzenie ojca. Nie zniosłaby tego. Dlatego błądziła po leśnych ścieżkach, zatapiając się w niewymuszonej ciszy usypiającego lasu. To nieco ją uspokajało. Monotonia mijanego krajobrazu sprawiała, że sama popadała w swego rodzaju odrętwienie. Nawet nie wiedziała, w którym momencie znalazła się tuż przed schodami werandy domu Hiroshiego. Może to podświadomość podpowiadała jej, czego teraz najbardziej potrzebowała?
Nie zdążyła tego rozważyć, ponieważ w drzwiach pojawił się nekromanta. Już przebrany, trzymał dwa kubki parującej herbaty, z których jeden podał Ayi, a drugi odstawił na stolik.
Zapatrzyła się w taflę złocistego płynu, pachnącego miodem i imbirem. Chciała coś powiedzieć, ale nie mogła znaleźć słów, a po chwili również i myśl gdzieś zgubiła. Ostatecznie postanowiła nic nie mówić.
Nie przerywał tej chwili milczenia. Obserwował ją uważnie i z ulgą przyjął fakt, że nieco się rozgrzała. Z policzków zszedł odcień trupiej bladości, zaczerwienione palce zaciśnięte na kubku odzyskały dawną barwę, a usta na nowo poczerwieniały. Sama na pewno nawet nie zaprzątała sobie tym głowy, ale on martwił się o jej zdrowie. Wampiry nie chorują... Ale ona przecież była wampirzycą tylko w połowie. Nie mógł wiedzieć, które wampirze cechy odziedziczyła, a które pozostały ludzkie.
- Aya?
Podniosła na niego nic niewyrażające spojrzenie. Oczywiście, chciał wiedzieć, co się stało. Ale czy miała siłę opowiadać teraz o tym?
- Daj mi jeszcze chwilkę, dobrze? - poprosiła cicho. Nie spotkała się z odmową.
Po paru minutach, w trakcie których z zamkniętymi oczami wsłuchiwała się w ciszę, wzięła głęboki oddech i skinęła głową. Nie próbowała nawet wymuszać uśmiechu. On i tak by go przejrzał.
- To przez niego, prawda? - zapytał i od razu dostał odpowiedź w postaci krótkiego kiwnięcia głową. Nie zadawał więcej pytań.
Był pewien, że ta gnida nie zrobiła Ayi żadnej krzywdy. Przynajmniej fizycznie, bo pewnie nie podarował sobie „przyjemności” psychicznego znęcania się nad dziewczyną.
Pociągnęła łyk herbaty, po czym odstawiła kubek na stolik. Nie mogła odwlekać tego w nieskończoność. Spojrzała na niego i natychmiast natrafiła na jego spojrzenie. Ciepłe, pełne troski, dodające odwagi...
Zaczęła mówić. W wolnym tempie relacjonowała to nieszczęsne spotkanie, odtwarzając je w pamięci. Niczego nie pomijała, uważała, że Hiroshi powinien znać prawdę. Poza tym, jeśli jeszcze raz przeanalizuje całe zdarzenie, może przestanie ją tak przerażać?
Hiroshi uważnie przysłuchiwał się słowom Ayi. Z każdą chwilą narastała w nim wściekłość. W głowie mu się nie mieściło, jak można się tak bezlitośnie pastwić nad kruchą i delikatną istotą, jaką była Aya. Ten psychopata nie zasługiwał nawet na bezbolesną śmierć, nie po tym wszystkim, co zrobił. Gdyby tylko mógł, już teraz z nieskrywaną przyjemnością odebrałby wszystkie siły witalne Shirahime. Powoli i bez miłosierdzia, tak, by Yoshiro poczuł woń własnego rozkładu... Jednak póki co musiał się wstrzymać z tymi planami.
Kiedy powtórzyła ostatnie słowa narzeczonego, zamilkła. Miała nadzieję odszukać jakiś wcześniej pominięty punkt zaczepienia, coś, co dałoby jej wiarę, że może jednak uda jej się przetrwać... Ale przeliczyła się.
- Hiroshi, ja się go boję... - jej cichy, zdławiony głos momentami przechodził w żałośnie wysoki pisk. Mało brakowało, a rozpłakałaby się i chyba tylko objęcia Hiroshiego sprawiły, że tego nie zrobiła.
Przytulając ją do piersi, gładził jej czarne włosy i szeptał uspokajające słowa, jakby była przestraszonym dzieckiem. Drżała lekko, choć pewnie nie zdawała sobie z tego sprawy.
Dobrze znał takich jak Yoshiro. Wiedział, że pewnie teraz z zadowoleniem spogląda wstecz, przypominając sobie, jak bardzo wystraszył Ayę. Zyskał przewagę, a tacy jak on wprost kochali dominować. Nieświadomie dziewczyna sprawiła mu ogromną satysfakcję. Nie zamierzał jej tego mówić, w końcu nie chciał jej dodatkowo załamywać. Ucałował ją tylko w czubek głowy i rzekł:
- Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Obiecuję ci.
Nieoczekiwanie zwiększyła dystans między nimi i pokręciła głową. Miała łzy w oczach.
- Nie, Hiroshi. Nie będzie dobrze. Nie znasz go, to najgorszy rodzaj psychopaty, jakiego można sobie wyobrazić. Wszyscy mają go za anioła, to ja jestem ta zła, bo „odrzucam jego szczerą miłość”. Nawet jeśli spróbuję się poskarżyć, nikt mi nie uwierzy. Będzie mógł zrobić ze mną co tylko będzie chciał, a i tak wszyscy dojdą do wniosku, że to moja wina. Nawet jeśli stanie się coś strasznego, myślisz, że ktoś zwróci na to uwagę? Nie! Bo „w sprawy rodzinne nie wypada się wtrącać”. Jestem skończona... - zaszlochała cicho, chowając twarz w dłoniach.
Jedno musiał przyznać, Yoshiro był cholernie dobry w tym, co robił. Musiał mieć niesamowitą zdolność do wpływania na innych, skoro Aya zachowywała się tak, jak tego najprawdopodobniej oczekiwał.
Odciągnął delikatnie jej ręce od twarzy i starł łzy z lekko zaróżowionych policzków, choć niewiele to dało, bo na ich miejscu pojawiły się nowe.
- Proszę, nie płacz. Obiecałem ci, że będzie dobrze, prawda? Nie wierzysz mi? - Uśmiechnął się do niej delikatnie, w sposób, który zawsze topił jej serce. Ale nie tym razem.
- Ja już w nic nie wierzę... - wyszeptała, zwijając się w kulkę w rogu kanapy.
Usłyszała tylko, że wstaje z kanapy i wychodzi. Kiedy po krótkim czasie wrócił do salonu, podniosła wzrok. Stał przed nią z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, ubrany w czarny jesienny płaszcz.
- Zaczekaj tu na mnie. W środku jesteś bezpieczna, ale nie wychodź za drzwi, zaklęcie nie obejmuje reszty terenu – oznajmił rzeczowym tonem.
Wyprostowała się i zamrugała parę razy, by odegnać resztki łez.
- Hiroshi, dokąd idziesz?
- Załatwić sprawę raz na zawsze.
Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Chyba nie zamierzał... A jeśli tak... Czy on oszalał?!
- Ty chyba nie chcesz go...?
- Zabić? Owszem, chcę - odparł pozbawionym emocji głosem. Bez zbędnych ceremoniałów, odwrócił się, by wyjść.
Była pewna, że nie żartuje. Zeskoczyła z kanapy i podbiegła do niego, by chwycić go za rękę.
Odwrócił się i spojrzał na nią wyczekująco.
- Błagam cię, nie rób tego!
- Ale dlaczego? Nie wierzysz mi, więc powinienem udowodnić, ile warte jest moje słowo, prawda? W tej chwili mogę to zrobić tylko w ten sposób.
Nie ukazywał emocji. Gdyby sobie tego zażyczyła, poszedłby w tej chwil zakończyć istnienie Yoshiro Shirahime. Coś jednak kazało jej go zatrzymać. Czy to możliwe, że nawet nieświadomie odczuwała litość wobec tego potwora?
Popatrzyła mu w oczy. Te magiczne oczy, w których mogłaby tonąć bez końca, choć teraz widziała w nich tylko chłód. Był zdeterminowany, by uwolnić ją od cierpienia i trosk. Jak mogłaby mu nie zaufać?
- Wierzę ci, Hiroshi. Niczego nie musisz mi udowadniać – odpowiedziała cicho.
Przez chwilę spoglądali na siebie bez słów. Hiroshi wyciągnął dłoń i lekko pogłaskał ją po policzku, uśmiechając się subtelnie. Uwolni ją od tego jarzma, choćby za najwyższą cenę. Jednak zanim to nastąpi, będzie musiała znaleźć w sobie siłę, by znieść tego tyrana.
Zamknęła oczy, pozwalając pojedynczej łzie wypłynąć spod powieki. Wciąż się bała, ale on wskrzesił w niej tę już martwą odrobinę nadziei. Nie wiedziała jak, ale miała nadzieję, że dotrzyma słowa.
Wspięła się na palcach i przytuliła do niego, opierając głowę na jego ramieniu. Kochała go całym sercem, tego była pewna tak samo, jak tego, że po nocy nadchodzi dzień. Gdyby to wszystko nie było takie skomplikowane, gdyby tylko mogli być szczęśliwi... Ale czy odważyłaby się powiedzieć mu o tym, że go kocha, gdyby nie to, że jej życie było tak skomplikowane? Nie, oczywiście, że nie. Miała mało, szalenie mało czasu i musiała działać pod jego presją. Nie żałowała podjętej decyzji, wciąż w duchu dziękowała Maayi za to, że ta dodała jej odwagi w odpowiednim momencie.
Odsunęli się od siebie w tej samej chwili, jakby wcześniej to uzgodnili. Hiroshi zmierzył ją wzrokiem i zmarszczył brwi, jakby uświadomił sobie właśnie coś okropnie ważnego.
- Aya, czy ty w ogóle byłaś w domu, zanim tu przyszłaś? - zapytał nieoczekiwanie. Zaprzeczyła ruchem głowy. - No tak, świetnie. A oni tam pewnie umierają ze strachu o ciebie. - Posłał jej pełne dezaprobaty spojrzenie.
Powinna była chociaż dać znać rodzicom, żeby się nie martwili... Ale w tamtej chwili jakoś nie przyszło jej to do głowy. Zmieszała się, słysząc uwagę Hiroshiego, ponieważ nie mogła nie przyznać mu racji. Na kogo teraz wyszła? Na bezmyślną egoistkę.
- Tak... prawda – wymruczała pod nosem i odwróciła się na pięcie w kierunku wyjścia.
- A ty dokąd? Zaczekaj chwilkę - Zatrzymał ją w salonie, zaciskając palce na jej nadgarstku. Poprosił, by nigdzie się nie ruszała, po czym sam wyszedł. Nie minęła nawet minuta, kiedy znów stanął przed nią, trzymając w dłoni złożony w kostkę materiał. - Proszę, to dla ciebie. Może średnio eleganckie, ale przynajmniej będzie ci cieplej – oznajmił, podając jej go.
Rozłożyła materiał i okazało się, że trzyma gładką, ciemnoszarą bluzę bez kaptura. Uśmiechnęła się do chłopaka i podziękowała mu, po czym założyła na siebie ubranie. Na upartego mogłoby służyć jako sukienka.
- Dobrze, możemy już iść.
Aya uniosła brew. Przesłyszała się?
- My?
W odpowiedzi skinął głowa.
- Tak, odprowadzę cię. Przy okazji, czas najwyższy, żebym spotkał się z twoim ojcem.
Skrzywiła się lekko. Już widziała „zachwyt” na twarzy ojca. Wszystko wskazywało na to, że jeszcze nie przyzwyczaił się do obecnej sytuacji. I nie będzie miał ku temu okazji...
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. Przynajmniej nie w najbliższym czasie – uśmiechnęła się lekko z zakłopotaniem. Co innego mogła mu powiedzieć? „Hiroshi, odpuść sobie, mój ojciec nie chce cię widzieć, poza tym jeszcze chwila i będę mężatką, więc szkoda zachodu”?
Odpowiedział jej szczerym, niemal beztroskim uśmiechem.
- A ja sądzę, że im szybciej, tym lepiej. Oczekuje mnie, po co ma się niecierpliwić?
Zdziwiły ją jego słowa. Czyżby coś działo się za jej plecami? A jeśli nawet, to jakim cudem ci dwaj doszli do porozumienia? Coś tu było nie tak. Podświadomie zaczynała zbliżać się do tego jednego ogniwa, które musiało ich połączyć, lecz natychmiast odsunęła od siebie te myśli. Nie chciała wiedzieć. Może to i konformistyczne, ale już i tak miała wiele na głowie, a niewiedza w tym przypadku była o wiele wygodniejsza. Mimowolnie wzruszyła ramionami.
- No dobrze, jak wolisz – odparła, wzdychając cicho.
W przedpokoju z pomocą Hiroshiego założyła płaszcz i oboje wyszli z domu.
Szli równym, niezbyt szybkim krokiem. Aya rozglądała się niespokojnie wokół, wtulając się w ramię chłopaka. To już zakrawało na obsesję, ale spodziewała się absolutnie wszystkiego. Nie zdziwiłaby się, gdyby na jednej z mniejszych ścieżek nagle pojawił się Yoshiro.
Doskonale wyczuwał, jak bardzo jest spięta. Mimo wszystko, wolał nie naciskać, wiedział, że Aya na wszystko potrzebuje czasu. Nie chciał jej postawić w sytuacji, w której czułaby się przyparta do muru. Mógł tylko wspierać ją uściskiem i ciepłym uśmiechem, póki co to musiało wystarczyć. Nie zamierzał na tym poprzestać, co to, to nie, ale żeby móc cokolwiek zrobić, potrzebował konsultacji i pozwolenia. I wcale nie zamierzał pytać o nie Ayi.

<***>

- Oczywiście, czego innego się mogłem po tobie spodziewać? Zawsze najłatwiej zrzucić winę na Starszyznę – prychnął wampir, nawet nie siląc się na oburzenie.
Siedzący na leżance Kazuma posłał mu chytry uśmiech. Właśnie przedstawił Takedzie swój plan, dzięki któremu skłonił Jennifer do podjęcia decyzji. Takeda rzecz jasna zachwycony nie był, ale nie mógł odmówić mu sprytu, a w dodatku liczył na to, że w razie powodzenia, Kazuma nie zapomni wynagrodzić go drobnym”dowodem pamięci” za przymkniecie oka na pewne sprawy.
Milczenia po słowach Takedy nie przerwał żaden z mężczyzn. Przez parę chwil każdy z nich znajdował się w świecie własnych kłamstw i labiryncie intryg. Co, komu i kiedy się powiedziało? Nie można było zabłądzić, jedno fałszywe słowo i karciany pałac budowany w znoju, runie z hukiem, zostawiając po sobie tylko niesmak i nieufność. A na to ani jeden, ani drugi nie mógł sobie pozwolić.
Przewodniczący Starszyzny wrócił myślami do Shina i jego żony. Musiał przyznać sam przed sobą, bardzo zajmowała go ta sprawa. Istoty wszelkich ras próbowały już tysiące razy przejąć władzę, siejąc terror i głosząc swoje idee. Za każdym razem przelewano hektolitry krwi, a potencjalny władca szedł dumnie do celu po trupach swoich pobratymców i dzielnych obrońców wolności... by przed samym szczytem zostać strąconym przez śmiałka, który postradał zdrowe zmysły bądź przez osobę mu najbliższą. Wysiłek zawsze szedł na marne. A przypadek Kazumy był wyjątkowy. Nikt przed nim nie wpadł na to, by w ten sposób zagarnąć pradawną bestię znajdującą się pod pieczą rodziny Cage. Owszem, zdarzały się napaści na Strażniczki, tortury, trans, pogańskie rytuały... Ale nikt nie spróbował wżenić się w ród Strażniczki, choć wydawało się to tak banalne.
W całym planie Shina Takeda widział tylko jeden, drobny mankament. Wiedział od Kazumy, że Jennifer w istocie jest bardzo pruderyjną i delikatną dziewczyną., a co za tym idzie... Jak, do jasnej cholery, zamierzał zmusić tę kruchą szesnastolatkę do wpuszczenia go do swojej sypialni?
- Zastanawia mnie tylko jedna rzecz. Skoro to biedne dziewczę już wyraziło zgodę na urodzenie twojego dziecka, jak skłonisz ją do... dalszych kroków? - zapytał tonem imitującym obojętność.
- W zasadzie, to nie było takie trudne – odparł z przebiegłym uśmiechem.
Takeda w niedowierzaniu uniósł brew. Korciło go, by zadać jakieś pytanie. Chciał wiedzieć więcej, znacznie więcej. Potencjalnych wrogów zawsze trzymał blisko siebie, a Kazuma, choć teraz wydawało się, że mówiąc mu o tym wszystkim chce zawrzeć coś w rodzaju sojuszu, by Takeda nie wchodził mu w paradę, bardzo szybko mógł stać się jego największym wrogiem. Potrzebował informacji, szczegóły zawsze były jego bronią. Miał nadzieję, że nie będzie musiał konkretyzować pytań, w końcu należał to tego pokolenia dżentelmenów, gdzie gest i spojrzenie mówiły znacznie więcej niż słowa, a takt był świętością.
Shin przyglądał się mu uważnie. Na tyle uważnie, by dokładnie wiedzieć, o czym myśli... Zresztą, ślepy by zauważył. Takeda niecierpliwie czekał na jego następne słowa. Tak właściwie, to nie do końca wiedział, na co on liczył. Jeśli spodziewał się jakiegokolwiek sprawozdania, to się przeliczył. Shin może i był zdeprawowanym łajdakiem, ale znał granice.
Mimo wszystko, jedna sprawa nie dawała mu spokoju.
- Tylko mam wrażenie, że moja żona już obrała jakąś strategię. Wyobraź sobie, rano, jak gdyby nigdy nic, najspokojniej w świecie stała przed lustrem. Zamieniła ze mną kilka słów i nic więcej. Delikatnie, acz dość dobitnie dała mi do zrozumienia, że nie chce mnie widzieć. - Zmarszczył lekko brwi, zastanawiając się nad tym.
Tadao wzruszył ramionami. Cóż mógł powiedzieć? Jennifer, jak to kobieta, miała swoje kaprysy i on na miejscu Kazumy nie dopatrywałby się w tym niczego podejrzanego. Zapewne do wieczora tysiąc razy zdąży zmienić zdanie i nastrój. Niezależnie od rasy, wszystkie kobiety były takie same i był przekonany, że żona Shina nie wyłamała się z tego schematu.
- Ktoś tu jest przewrażliwiony jak szczeniacko zakochany absztyfikant. Daj sobie spokój, przejdzie jej. - Lekceważąco machnął ręką.
„Szczeniacko zakochany absztyfikant” westchnął i zamyślił się nad czymś. Przypominał sobie tę pamiętną noc z najdrobniejszymi szczegółami. Czuł wtedy coś, czego nie potrafił nazwać... czy może raczej: nie był pewien czy TAK to powinien nazwać.
O czym tak rozmyślasz? - zapytał na pozór znudzonym tonem Takeda.
- O Jennifer – odparł bez wdawania się w szczegóły.
Zamiast o cokolwiek pytać, Takeda posłał mu spojrzenie, które zdawało się mówić za niego.
- Wiesz... ma w sobie jakiś urok – oznajmił z lekkim uśmiechem.
Takeda wywrócił oczami. O wielkie nieba! Znalazł się, Romeo od siedmiu boleści. Poza nietypową urodą, Jennifer nie miała w jego mniemaniu nic ciekawego do zaoferowania. Ale cóż, doskonale wiedział, że odkąd Kazuma się z nią ożenił, nawet nie spojrzał na inną kobietę, więc...
- Wyposzczonemu nawet byle ochłap będzie smakował jak kawior – mruknął pod nosem, przechodząc w kierunku okna.
Kiedy się odwrócił, okazało się, że Shin stał tuż za nim. Ciemne oczy wampira przeszywały chłodem, gdy z największym spokojem i opanowaniem przemówił:
- Chyba się zapominasz, Takeda, gdzie podział się twój szlachetny takt? Jennifer jest moją żoną, a powód, dla którego nią została niczego nie zmienia. Tym razem daruję ci tę zgryźliwą uwagę, ale jeśli jeszcze raz choć spróbujesz ją obrazić, będziesz tego gorzko żałował. Czy to jest dla ciebie jasne?
Tylko siłą woli udało mu się opanować nerwy. Bez słowa skinął głową, a kiedy Shin odwrócił się, by wrócić na swoje miejsce, mało brakowało, a Tadao odetchnąłby z ulgą. Musiał przyznać sam przed sobą, za bardzo przyzwyczaił się do tego, że jest nietykalny. Jako Przewodniczący mógł mówić i robić co mu się żywnie podobało i nikt nie ośmieliłby się mu tego zabronić. Zapomniał jednak, że Kazuma, choć stronił od wampirzej społeczności, był równie potężny, a swego czasu nawet poważnie zagrażał jego stanowisku. Takeda był pewien, że gdyby teraz został zabity, Kazuma zająłby jego miejsce i nikt słowem nie wspomniałby o jego stracie. Umarł król, niech żyje król. Taki właśnie ład panował w ich świecie, okrutny, ale za to jaki wygodny.
- Pójdę już, do zobaczenia. - Shin jak gdyby nigdy nic zabrał swoje rzeczy i wyszedł, pożegnany krótkim skinieniem głowy.
Przewodniczący Starszyzny usiadł w fotelu i zasępił się. Musiał być znacznie ostrożniejszy. Kazuma nie miał skrupułów, przekonał się o tym lata temu i choć wycofał się z życia ich społeczności na tyle, że uśpił czujność wszystkich wokół, łącznie z Takedą, to w każdej chwili mógł zaatakować. A Przewodniczący miał zbyt wiele do stracenia.
Postanowił zaczekać. Ostatecznie to wątłe przymierze z Kazumą mogło się okazać żyłą złota. A jeśli nie, to kto wie? Może ta mała, zagubiona dziecina stanie się słabością Shina? Wtedy Takeda nie zawaha się, by wykorzystać ją do unicestwienia przeciwnika. Nie popełni błędu sprzed lat, nie pozwoli mu się podnieść.


<***>
Witam!
Udało mi się cudem skończyć ten rozdział. Nie wiem jak, bo i chęci momentami miałam tyle co kot napłakał, a i wena czasem odpływała gdzieś hen daleko... No takie smutne życie. Zaczął się rok szkolny, więc... no, tak, czy muszę coś mówić? Poza tym, że umrę na maturze? Chociaż wolałabym przed, tak bym sobie przynajmniej wstydu oszczędziła...
Nie wiem jak będzie z pisaniem, póki co mój grafik wygląda dramatycznie. ;_; No, ale "szlachta na koń wsiędzie i jakoś to będzie", nie?

Pozdrawiam - Andzik

24 komentarze:

  1. Oho, zupełnie nie spodziewałam się wizyty Jonathana u Kage! Jeny, tatuś to jednak ma nerwy ze stali, bo ciężko takiego osobnika nie udusić własnymi rękoma, gdy pojawia się nagle w progu domu. Jonathan ma rację, że tego, co zrobił, nie da się zadośćuczynić. A szkoda, bo ogółem to całkiem w porządku koleś. Pod pewnymi względami go lubię.
    Ech, racja, że Aya przeżywałaby to, co się dzieje z Aiką, jak mrówka/żaba okres, ale z drugiej strony… trochę tak dziwnie o niczym jej nie mówić. Normalnie zresztą pewnie już by się zainteresowała, co się ostatnio u Aiki dzieje, ale że sama znajduje się w trudnej (łagodnie mówiąc) sytuacji, to może się nad tym nie zastanawiać… Ech, biedne dziewczątka. Takie młode, a tyle zmartwień na głowie! :(

    O. Ta posiadłość Shirahime faktycznie musiała zrobić wrażenie! Niemniej wolę skromniejsze i bardziej przytulne klimaty. ^^
    [Musiałam sprawdzić, co to za kwiaty te alstromerie. Znam je, ale nie wiedziałam, że te kwiatki się tak nazywają. :o]
    „Kochanie”, „skarbie”, „moja droga”… Czy tylko mnie od tego mdli? Jeny, niech się ci idioci wypchają! ;_; Z drugiej strony, Etsuko akurat jest mi nieco żal. No nie jej wina, że urodziła się w takiej, a nie innej rodzinie i wydali ją za tego, a nie innego wampira. I że ma takiego, a nie innego syna. Ech.
    „Kiedy podniosła na niego swe szare oczy, nie miał żadnych wątpliwości. Gdyby spojrzeniem można było zabić, w tej chwili skończyłby swój żywot.” – To jedna z tych chwil, w których bardzo, ale to bardzo żałuję, że faktycznie nie można zabić spojrzeniem! Z drugiej strony, miałabym wówczas na sumieniu już co najmniej kilka(naście/dziesiąt?) istnień, więc może to i lepiej?
    Pan „personifikacja perfekcji” jest na swój sposób naprawdę przerażający. Jeny, aż się stresuję, co będzie dalej (nadmienię w tym momencie, że piszę komentarz na bieżąco, więc nie wiem, co będzie później). Etsuko już w niczym nie „pomoże”. Biedna Aya sama z Yoshiro, pfe! ;_;
    Jeny, co za kanalia. ;_; Aż się trzęsę ze złości! Jak ja bym chciała go rozszarpać na strzępy! (Choć nie, wolałabym, żeby zrobił to Hiroshi. <3) Przecież on to dziecko zasadyści (takie neologizmy lecą!) na śmierć! Uch, aż wolę sobie tego nie wyobrażać. Toć ten dupek nie zna litości. Gdyby jeszcze nie był taki cholernie inteligentny – okej, można sobie jakoś z takim poradzić. Ale z takim spryciarzem, perfekcjonistą i sadystą? Oj, łatwo nie będzie. Uuu, tak mi żal Ayi. :(
    A przy okazji napomknę tylko, że wciąż brakuje mi większej ilości informacji na temat tego, co się stało wówczas, gdy Yoshiro zabił przyjaciółkę Ayi i niemalże ją samą. ;_;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeju, Shin jest taki cudowny! Wredny egoista, ale jakże inteligentny i przebiegły! Sprytne bestyja. Zawsze wie, kiedy coś powiedzieć, a kiedy milczeć. Co zrobić, a czego nie. Jennifer nie ma z nim szans. Jest tylko małą, zagubioną dziewczynką, która naiwnie wierzy, że robi to, co musi i że jest to najlepsze wyjście. Jakże się myli! Żal mi jej. Serio. Ale jednocześnie nie mogę uwierzyć, jak można być tak zaślepioną i głupią. Na siłę się oszukuje. Wmawia sobie tysiąc rzeczy, zamiast przyznać, że popełniła błąd i wciąż robi głupoty. No ale cóż, sama wybrała podążenie tą, a nie inną ścieżką…

      HIROSHI! Boziu, jak ja się za nim szalenie stęskniłam! Od początku tej sceny moje serducho wywija radosne salta, a buzia sama się śmieje, mimo tego, że Aya jest w dość opłakanym stanie. Jeju, mój kochany! Jak on musiał słodko wyglądać – taki niedobudzony, ledwo „wstanięty” (jak to czasem w domu mawiamy), z rozczochranymi włosami i, jak się później okazało, w samych spodniach od piżamy. :3 Aya, chwytaj widoki, póki możesz! Ale nie, gdzie tam, ta to tylko emuje, nawet w takim wiekopomnym momencie! ;_;
      Biedna, nie dziwię się, że nie chciała wracać do domu ani że nogi same zaprowadziły ją do Hiroshiego. <3 Byle tylko nie musiała potem tego żałować! ;_; Ostrzeżenie Yoshiro to nie czcze groźby, niestety. Ale niechże się gość pałuje! Aya ma prawo posiedzieć sobie z Hiroshim. <3
      Jak słodko on się o nią martwi! <3 (Aż się sama zastanawiam, czy Ayi zdarza się chorować, czy też nie.) Waaa, i już widzę Ayę w jego bluzie. <3 I ta jego gotowość na wszystko! Na serio mógłby od razu iść do tego pacana i z satysfakcją go zamordować. No ale spokojnie, trzeba wszystko przemyśleć, ogarnąć. Do licha, nadal nie mam pojęcia, jak zrobić to tak, by nie dostało się za to ani Ayi, ani jej rodzinie. Ale, o losie, jak ja bym chciała przeczytać scenę, w której Hiroshi zabija Yoshiro, boleśnie powoli…! Niech debil poczuje, jak to jest, gdy to on jest ofiarą, o! No ale czy do tego dojdzie, nie wiem, bo z Tobą nigdy nic nie wiadomo. ;_;
      Jestem ciekawa rozmowy Hiroshiego i Kage! <3 Będzie super. :D Oni potrafią być tacy słodcy i nieco śmieszni, gdy przychodzi do czegoś, co ma jakikolwiek związek z Ayą…
      Dobra, lecę do następnej sceny, bo o Hiroshim mogłabym pisać w nieskończoność i układać hymny na jego cześć, a nie o to tu chyba chodzi. ^^’ W każdym razie you’ve made my day tą sceną! <3

      „Shin może i był zdeprawowanym łajdakiem, ale znał granice.” – Hahah. xD Tak to skwituję. xD
      „Szczeniacko zakochany absztyfikant” – jak wyżej. xD Uwielbiam Twoje teksty i porównania!
      Shin jaki groźny, wow. :D Niech Takeda ma się na baczności. Tym bardziej, jeśli faktycznie Kazuma jest aż tak potężny i w razie upadku Takedy to on zostałby „władcą” krwiopijców. No, no.
      „Nie popełni błędu sprzed lat, nie pozwoli mu się podnieść.” – Powinnam coś na ten temat pamiętać czy ten wątek dopiero będzie rozwinięty? *skleroza*

      Powodzenia w szkole i całej reszcie, wnusiu! Wierzę, że dasz radę – i z maturą, i z prawkiem, i tak dalej. Mówię Ci. :3
      Wiem, że masz tysiąc spraw na głowie, ale mam nadzieję, że mimo wszystko od czasu do czasu zsiądziesz do komputera/zeszytu/czegoś tam i skrobniesz parę słów ku pokrzepieniu (?) serc. ^^
      Dzięki za rozdział (szczególnie za Hiroshiego <3). Buziaki! :*

      Usuń
  2. To ja tu wpadam z zamiarem poinformowania o nowym rozdziale Czar-Łowczyni,a tu co? A tu rozdział! Nie wiem czy mnie informowałaś, ostatnio jakaś roztrzepana jestem (a kiedy nie byłam? ha ha!).
    Tia, Aya ma przewalone z narzeczonym, ale Hiroshi... MÓJ BOHATERZE! Kooooocham goooo! Nie żebym planowała odbić Ayi chłopaka, ale Hiroshi jest zdecydowanie moją ulubioną, męską postacią, w Twoim opowiadaniu! No, poza Luckiem, którego dawno nie było i tym... kurde, jak się absztyfikant Aiki nazywał?? Zapomniałam ^^" Za rzadko piszesz :P
    Kolejna rzecz- co zrobił Jonatan, ze Kage i Maaya moga go nienawidzić? Że go nienawidzą?
    Hm... Nie pamiętam co jeszcze... A Jennifer! I co z tym głupim, próżnym stworzeniem będzie? Serio, aż mi jej żal!

    Co do komentarza u mnie:
    Nooo Nikolina to tak pomyślana postać, szczerze mówiąc, ale i mnie potrafi zaskoczyć xD
    Co Ty chcesz od Victora?? Wiem, że może wydawać się nieco... porąbany, w końcu jaki wampir próbuje się zabić? No ale! Któregoś dnia, w którymś rozdziale to się ładnie nam wyjaśni... Obiecuję rzucać okruszki, byście węszyli i szukali odpowiedzi xD
    Oj, wcale nie piszesz jakbyś miała siedem lat xD To było spontaniczne i szczere i odświeżające ;)
    Pozdro i weny!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro nie planujesz odbijać mi faceta, to cieszę się, że jesteś jego fanką. :D No bo jakże go tu nie kochać?! <3
      (Nie mogłam się powstrzymać! :D)

      Usuń
  3. Zapraszam na 5 rozdział Czar-Łowczyni!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  4. Siadłam i dokończyłam część 3 Krewi nie wody. Wkurzało mnie, że wciąż jest niezakończona, także... Zapraszam!
    http://home-kiran.blogspot.com/2016/09/krew-nie-woda-3.html
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapraszam na 6 rozdział Czar-Łowczyni!

    OdpowiedzUsuń
  6. Zapraszam na 7 rozdział Czar-Łowczyni!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  7. No tyle jest, ale wena na razie mi się skończyła i nie wiem jak to dalej będzie ;/
    Kocham biblioteki i uniwersytety, więc pojawiają się one w moich opowieściach, o ile mogę sb na to pozwolić xD
    Hahaha xd później bali już nie będzie ;) Chyba xD
    TO dlaczego to robi, w końcu się wyjasni :D
    Hehe, słowo,że na to pytanie dostaniesz odpowiedź w następnym rozdziale :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Zapraszam na 8 rozdział Czar-Łowczyni!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  9. Zapraszam na 9 rozdział Czar-Łowczyni
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  10. Oj, spoko! Ja też zamulam, tyle, że mam te rozdziały napisane, to dodaję ;)
    "Na bezrybiu i rak ryba" chyba tak to brzmi xD Popłakałam się ze śmiechu :D
    Michiela to i ja nie lubię. Wkurza mnie.
    No, nie byłby królem, jakby nie był cwany xD
    Dowiesz się! Słowo! Kiedyś xD
    Dzięki za komentarz ;*
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  11. Zapraszam na rozdział 12 Czar-Łowczyni!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  12. Zapraszam na 13 rozdział Czar-Łowczyni!
    Pozdro!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  13. Zapraszam na nowy rozdział Vampire Night! :*

    OdpowiedzUsuń
  14. Zapraszam na Czar-Łowczynię i Home! Jak będziesz miała czas-co nieco się tam pojawiło ;)
    Pozdro!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  15. Witam i zapraszam na rozdział!
    Pozdro,
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  16. Zapraszam na kolejny rozdział.
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  17. Zapraszam na kolejny rozdział!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń