wtorek, 28 czerwca 2016

Rozdział XXVII


Aya Hiou otworzyła drzwi i kiedy tylko weszła do holu, wyczuła w domu coś, czego już nigdy więcej nie powinna wyczuć w tym miejscu. Coś, co dochodziło z salonu i napawało ją obrzydzeniem, strachem oraz niepewnością. Aurę Yoshiro Shirahime.
Kilka kroków od salonu zatrzymała się. Wcześniej nie zwróciła na to uwagi, ale obok aury swojej matki i Yoshiro wyczuwała jakąś jeszcze. Bardzo delikatną, choć wyrazistą, taką, której wcześniej nie znała. Powoli podeszła bliżej i oparła się o futrynę.
Na fotelu siedziała Maaya. Z wysoko podniesioną głową i kamiennym wyrazem twarzy wpatrywała się w gości. Ręce splotła i ułożyła na kolanach, by ukryć ich drżenie. Nie radziła sobie z sytuacją, czuła się bezsilna w towarzystwie tych dwojga i Aya dostrzegała to bez trudu. Maaya z widocznym napięciem czekała na coś. Albo na kogoś.
Aya przeniosła spojrzenie na kanapę i od razu wyjaśniła się zagadka tajemniczej aury. Jej właścicielką była popijająca herbatę kobieta o długich lśniących czernią włosach, układających się w kaskadę zmysłowych fal. Jej orzechowe oczy, w których tańczyły złote drobinki, tchnęły pustką, jakby myślami znajdowała się gdzieś poza rzeczywistością. Pergaminową skórę policzków zdobił blady rumieniec, idealnie współgrający z różem subtelnych, choć kusząco pełnych warg. Aya jeszcze nigdy nie widziała tak pięknej istoty.
Z niechęcią odwróciła wzrok w stronę Yoshiro, który wstał z miejsca, gdy tylko ją dostrzegł. Jak zwykle nienagannie uprzejmy. Skrzywiła się lekko, ale natychmiast zreflektowała się i przybrała opanowany wyraz twarzy.
- Co ty tu robisz? – spytała, nie marnując energii na jakiekolwiek przywitanie.
- Dobry wieczór, moja droga, miło cię widzieć – odparł z wyczuwalnym w głosie upomnieniem. – Postanowiliśmy razem z matką złożyć wam wizytę. W końcu do ślubu tak niewiele czasu, a my jeszcze ze sobą na ten temat nawet nie rozmawialiśmy! – Rozpłynął się w urzekająco dobrodusznym uśmiechu, od którego jego narzeczonej zrobiło się niedobrze.
Młoda Hiou spojrzała na matkę. Kobieta, gdy tylko zdała sobie sprawę z obecności córki w pomieszczeniu, odrobinę pochyliła ramiona, spuszczając wzrok. Nie wiedziała co powinna teraz zrobić. Najchętniej wyrzuciłaby za drzwi Yoshiro razem z jego cholernie idealną matką, ale wiedziała, że nie ma prawa. Nie mogła posunąć się do tej zniewagi, w końcu w chwili, gdy Aya zostanie oficjalnie żoną Shirahime, nowa rodzina będzie mogła zabronić jej kontaktu z rodzicami. I, co gorsze, będzie miała do tego prawo. Musiała być ostrożna, by nie powiedzieć czegoś, czego mogłaby potem żałować.
- A o czym tu rozmawiać? – prychnęła, podchodząc bliżej.
- Och, drogie dziecko, cóż to za pytanie! – Zabrzmiał łagodny alt kobiety. W jej głosie było coś niecodziennego. Jakaś nuta ciepłej słodyczy, podszyta rozdrażnieniem – Jest przecież tyle do zrobienia!
Aya poczuła wzbierający w niej gniew. Jak oni śmieli przychodzić do jej domu i bezczelnie przypominać o tym pieprzonym ślubie?! Jak ta kobieta śmiała przemawiać do niej takim tonem? Zacisnęła szczęki, starając się opanować złość. Rzuciła jeszcze jedno spojrzenie Maayi, co pozwoliło upewnić się jej, że matka jest na skraju wytrzymałość. Musiała więc być silna nie tylko dla siebie, ale i dla niej.
- Zdaje się, że nie rozumiem. Co jest do zrobienia? Starszyzna się wszystkim zajęła, a ja jestem niemal w stu procentach pewna, że pani synowi nie umknęło żadne niedociągnięcie. – Uśmiechnęła się z odrobiną jadu.
Etsuko Shirahime bezbłędnie odczytała przytyk i rzuciła beznamiętne spojrzenie synowi. Yoshiro niedostrzegalnie skinął głową, dając jej znak, że teraz już on poprowadzi dalej tę rozmowę. 
- Nie mylisz się, moja droga. Zająłem się absolutnie wszystkim. W końcu to jedyny tak ważny moment w naszej wieczności, nieprawdaż?
W ten sposób rzucał jej wyzwanie, wiedziała to. Pytanie, czy powinna je przyjąć, czy może zignorować, dając mu wolną rękę w kwestii tego ślubu. Wzięła głębszy oddech. Nie mogła się teraz wycofać. Jeśli ten raz odpuści, będzie przegrana już na starcie, zanim w ogóle wkroczy na tę nieszczęsną „nową drogę życia”.
Przestąpiła jeszcze parę kroków i usiadła na drugim fotelu, naprzeciw Yoshiro, od którego teraz dzieliła ją tylko niska ława. Przezwyciężając wszystkie odruchy, spojrzała głęboko w orzechowe oczy i uśmiechnęła się fałszywie.
- Bez wątpienia. W takim razie, proszę bardzo, co chciałbyś mi powiedzieć?
Yoshiro miał ochotę się roześmiać. Nie podejrzewał jej o taką śmiałość! Czy może raczej: próbę zagrania śmiałości. To, co usilnie starała się przedstawić, na kilometr czuć było amatorszczyzną. Wystarczyło tylko celnie uderzyć w punkt, by złamać tę jej żałosną obronę. Ale co by z tego miał, gdyby zniszczył ją jednym ciosem? W końcu przyszedł się tu zabawić.
- Cóż, jeśli chodzi o ceremonię, to nie ma się nad czym rozdrabniać, wszystko zostało uzgodnione z przewodniczącym Starszyzny. To będzie skromna, tradycyjna uroczystość – oznajmił spokojnie, z uwagą patrząc w szare oczy dziewczyny. – Ale nie chciałem rozmawiać o ślubie samym w sobie. Muszę przedstawić ci plany co do naszego życia po tym, jak już zostaniesz moją żoną.
Fałszywy uśmiech spłynął z twarzy Ayi. Rety, czy to są żarty? Czy on mówił poważnie? Kiedy uświadomiła sobie, że tak, pobladła.
- Jak kto? – ledwie poruszyła ustami wypowiadając te słowa.
Wygiął usta w pobłażliwym uśmiechu. Tym prostym chwytem podciął jej skrzydła, już nie będzie próbowała zgrywać odważnej.
- Kochana, chyba nie myślałaś, że nasza przyszłość została niezaplanowana, prawda?
Gdyby nie siedziała, ziemia osunęłaby się jej spod nóg. Matko, o czym on mówił?
- W każdym razie, niczym nie musisz się kłopotać. Już wszystko ustaliłem.
Dostrzegał każde najmniejsze drgnięcie jej mięśni. Ciało Ayi przypominało teraz zbyt mocno napiętą strunę. Miał wrażenie, że jeszcze chwila i pęknie.
Odkaszlnął cicho, by się nie roześmiać, po czym z tą spokojną, dobroduszną słodyczą kontynuował:
- Zaraz po ślubie zamieszkamy w mojej rezydencji. Oczywiście, nie ma potrzeby, żebyś wracała do tego domu. Pakowaniem też się nie zajmuj, nie będziesz potrzebowała stąd absolutnie niczego.
Zakręciło jej się w głowie. Czy on powiedział, że nie będzie mogła wrócić do domu, a nawet zabrać ze sobą niczego, co do niej należy?
Nie da rady. Wiedziała, że nie może się z nim mierzyć. Ten pieprzony aktorzyna z łaskawym uśmiechem rujnował jej życie, a ona czuła się tak bezsilna jak jeszcze nigdy. Wolała widzieć jego prawdziwe oblicze, to, któremu potrafiła się przeciwstawić. A w tej sytuacji? Potrzebowała oparcia. Z nadzieją odwróciła wzrok w stronę Maayi. Nie, w niej go nie znajdzie, a nawet nie powinna tego wymagać. Widziała z jakim uporem matka stara się zachować spokój.
Zdawał sobie sprawę z tego jakie wrażenie robią jego słowa. Wiedział, że jeśli teraz odbierze jej wszelką nadzieję, to zaowocuje w przyszłości. Nie mogła żyć ze złudzeniem, że gdzieś na świecie został jej azyl, w którym mogłaby się schronić.
- Zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko dzieje się nieprawdopodobnie szybko i możesz być oszołomiona tymi zmianami. W końcu jednak przywykniesz, nie martw się – „pocieszył” ją wyrozumiale.
Przywyknę! Wielkie nieba, przywyknę… Miała ochotę wstać i wyjść. Tylko po to, żeby nie patrzeć w te ziejące obłudą oczy. Zdała sobie sprawę z tego, że jeśli będzie musiała patrzeć w nie do końca wieczności, nie zniesie tego. Chciała coś odpowiedzieć, by przerwać ten wywód, ale nie potrafiła znaleźć słów.
Yoshiro wziął do ust łyk herbaty, by dać jej chwilę oddechu przed tym, co zamierzał zaraz powiedzieć. Odstawił filiżankę na stół.
- Poza tym, uważam, że powinnaś odwiedzić nasz dom i oswoić się z myślą, że tam zamieszkasz. Najlepiej będzie, jeśli jutro przyjdziesz do nas na obiad, co ty na to?
Trzask tłuczonego szkła rozszedł się echem. Wszyscy odwrócili głowę w kierunku Maayi, która upuściła filiżankę na ziemię.
- Przepraszam – wymamrotała niewyraźnie, zagubionym wzrokiem spoglądając na wszystkich wokół.
- Och, przepraszam najmocniej, pani Hiou! Gdzie moje maniery, w końcu to panią powinienem zapytać o zgodę. Czy zgadza się pani, bym mógł ugościć pani córkę a moją narzeczoną w swoim domu?
Wszystko w Maayi się zagotowało. Jak mogłaby się zgodzić? Pchnąć córkę do jaskini lwa? Za nic! Tylko czy mogła odmówić?
- Oczywiście gwarantuję, że nad wszystkim będzie czuwała moja matka. Nie śmiałbym prosić o spotkanie sam na sam.
Etsuko uśmiechnęła się do Maayi łagodnie.
- Włos jej z głowy nie spadnie, zadbam o nią jak o własną córkę, pani Hiou, niech się pani o nic nie martwi – zapewniła swoim miłym dla ucha głosem.
Nie musieli tego powtarzać, Maaya od razu zrozumiała. Nikt nie dawał jej wyboru. Skinęła lekko głową, choć czuła, że kręgi jej szyi sztywnieją i nie będzie mogła wykonać już żadnego ruchu.
Trzasnęły drzwi wejściowe, a po chwili do salonu wpadł Kage Hiou. Jego jasne oczy tchnęły taką nienawiścią, że Śmierć mogłaby z pewnością powierzyć mu swój urząd.
- Co się tu dzieje? – spytał bezuczuciowym głosem.
Yoshiro uśmiechnął się do niego przyjaźnie. A jednak Kage go nie zawiódł!
- Właściwie, to już nic. Wszystko co mieliśmy do omówienia, omówiliśmy z pana żoną i córką – odparł niemal radosnym tonem.
- Jakim prawem… - zaczął, ale Yoshiro wpadł mu w pół zdania.
- Prawem, które mnie, jako narzeczonemu pańskiej córki, a zarazem jej przyszłej rodzinie, się należy
Jasnowłosy wampir nic nie odpowiedział. Mierzył tylko Yoshiro spojrzeniem.
- Cóż, na nas już czas. – Wstał i pomógł wstać matce. Narzucił na jej ramiona ciepły płaszcz, po czym skłonił się lekko z uszanowaniem – Panie Hiou, pani Hiou.
Aya siedziała sztywno, pustym wzrokiem wpatrując się w Yoshiro. Ten posłał jej znaczący uśmiech.
- Do zobaczenia, moja droga.
Etsuko i Yoshiro Shirahime z godnością rodziny królewskiej opuścili salon, a już po chwili zniknął nawet ślad po ich aurze.
Aya wstała i w milczeniu ruszyła do swojego pokoju. Czuła, że jeśli zostanie choćby minutę dłużej, nie da rady zatrzymać na twarzy tej kamiennej, bezuczuciowej maski.
Kiedy tylko trzasnęły drzwi pokoju Ayi, Maaya wciągnęła powietrze i zaszlochała głośno. Starała się być silna, ale to ją przerosło. Dlaczego jej jedyne dziecko miało być skazane na to cierpienie? Dlaczego akurat Aya?!
Poczuła, że silne ramiona zamykają ją w uścisku. Wczepiła palce w koszulę męża i łkała, nie mogąc dojść do siebie. Nie wiedziała ile czasu minęło, nim opadła z sił. Odsunęła się od Kage i spojrzała na niego oczami pełnymi łez.
Nie musiała pytać. Wiedziała, że on też nie zna odpowiedzi.

<***>

Jasnowłosa kobieta stała przed biurkiem Dowódcy, zdając raport. Wyprostowana, z wysoko podniesioną głową, wyrzucała z siebie krótkie, proste zdania, w których ujęła sprawozdanie z ostatniego patrolu.
Takami cierpliwie wysłuchał podwładnej, po czym odprawił ją bez zbędnych ceremoniałów. Irytował go fakt, że w dobie, można powiedzieć, kryzysu, musi zajmować się sprawami tak trywialnymi. Tym bardziej, że od ostatniego raportu sytuacja nie uległa zmianie.
Zaraz po zakończeniu spotkania, wrócił do kwatery i natychmiast wydał nowe rozkazy. Postanowiono, że zostanie wystosowane pismo do Rady Nadzorczej Legionów, a zakaz nadzorowania spotkań innych ras przez Pogromców został wcielony w życie natychmiast, ale decyzja zgromadzenia wcale go nie zdziwiła. Ta śmieszna „rada”, którą tworzyli składała się z samych degeneratów do szpiku kości strawionych przez zło. Kim oni byli? Jak śmieli oceniać jego postępowanie? On przecież służył sprawie, działał w imieniu Światłości! A oni? Słudzy własnych żądz i słabości! Mieli na uwadze tyko swój interes. Nic dziwnego, że rzucili się na niego jak stado bezlitosnych, wygłodniałych sępów!
Miał nadzieję, że łatwo będzie mógł odwołać się od tego wyroku. W końcu Rada Nadzorcza Legionów nigdy nie miała powodów do niezadowolenia z jego pracy. Objął urząd Dowódcy w wieku niecałych trzydziestu lat, co było wręcz niespotykane. Na wszystko zasłużył swą ciężką pracą i zdawał sobie sprawę z tego, że skarga tych, którzy nagminnie sympatyzowali ze złem, będzie rozpatrzona bardzo dokładnie, zanim ktokolwiek z Rady Nadzorczej przychyli się do niej. Nie miał wiele czasu, musiał działać.
Rozłożył przed sobą arkusz papieru listowego, chwycił za pióro. Zamaszystym pismem, pełnym nieodgadnionych zawijasów, godnych artysty, zapełniał kartkę w nadzwyczajnym tempie. Z opanowaniem właściwym stoikowi pisał słowa żarliwe, pełne świętego oburzenia i niezłomnej wiary, które bez wątpienia powinny trafić do jego przełożonych. Choć czy aby na pewno?
Zastygł z piórem nad kartką. Nie, nie powinien robić tego w ten sposób! Nie jest winny, dlaczego więc miałby się tłumaczyć? Zgniótł kartkę, brudząc sobie palce świeżym atramentem. Postąpi inaczej.
Położył na blacie świeży arkusz. Przez chwilę wpatrywał się w niego, postukując końcówką pióra w podłokietnik fotela. Musiał się nad tym dobrze zastanowić. Usprawiedliwianie swojego postępowania i tłumaczenie się z niego było nierozsądne, a biorąc pod uwagę fakt, że czuł, iż postąpił słusznie, było swego rodzaju wiarołomstwem. Co mu zostało w takim razie? Odpowiedź była prosta: akt oskarżenia!
Z czyjej winy doszło do tego wszystkiego? Z winy Aiki Kiyokuro! Tej fałszywej, plugawej istoty, która przynosiła hańbę rodzajowi, z którego się wywodziła! Już jej istnienie było grzechem. Nie powinna nigdy się urodzić, wiedział to od chwili, gdy dowiedział się o pakcie między Hurmiz a Mari Kiyokuro. To dziecko, choć wszystkich okręciło sobie wokół palca swą pozorną niewinnością, było od zawsze chore. Ciemność pożerała jej duszę, nie była w stanie oprzeć się tej potędze i doskonale o tym wiedział. W jej stanie śmierć byłaby aktem łaski.
Zaczął pisać od nowa. Prawda, nie było to zgodne z jego zasadami. Ale co jeśli wskazuje palcem winnego i pierwszy rzuca kamień tylko po to, by uchronić resztę od zguby? Sprawa była tego warta, każde zdanie bez krztyny miłosierdzia zostanie mu wybaczone. Był tego pewien. Przecież to on stał na straży prawości.

<***>

Rozparty na fotelu, lekko podpierał przechyloną głowę na dłoni. Siedział w tej pozycji już od piętnastu minut, obserwując znajdujące się przed nim ciało bez duszy należące do Mari Kiyokuro.
Jednej ze swoich służących rozkazał zajmowanie się Mari, więc chwilę po tym jak dziewczyna skończyła rutynowe zabiegi i przeniosła się do Piekła, przyszedł do tego pokoju, prowadzony przez niewidzialną siłę. Po co? Nie wiedział, sam zadawał sobie to pytanie.
Odziana w białą koszulę nocną, znacznie bardziej przypominała martwą niż wtedy, gdy w jej ubraniu na piersi ziała dziura po pocisku. Długie, brązowe włosy rozsypane na poduszce lekko otaczały jej spokojną twarz.
- I co teraz, Mari? – spytał, choć nie oczekiwał odpowiedzi.
I wcale jej nie dostał. Mari dalej leżała nieruchomo z tym irytującym, spokojnym uśmiechem na ustach.
Uśmiechnął się do siebie z goryczą. Nie było sensu, by dłużej tu siedział. Podniósł się z fotela i ruszył ku wyjściu. Już sięgał do klamki, kiedy poczuł na policzku delikatne muśnięcie. Odwrócił się powoli.
- Jonathan… - odezwała się cicho z wymalowanym na twarzy łagodnym żalem.
Ten głos ścisnął go za serce. Opanował się jednak w porę i na jego obliczu widniała tylko nieprzenikniona, obojętna maska. Przeszedł parę kroków w jej stronę.
- Przepraszam. Przepraszam za wszystko… - wyszeptała drżącym głosem, bliska płaczu.
Przez dłuższą chwilę przyglądał jej się, przekrzywiając nieco głowę. Zupełnie jakby była rzadkim okazem rajskiego ptaka.
- Naprawdę sądzisz, że to takie proste? – Jego słowom odpowiedziała cisza.
Mari uciekła spojrzeniem gdzieś w bok. Ciężko jej było patrzeć mu prosto w oczy.
- Nie. Oczywiście, że nie. Ale od czegoś trzeba zacząć, prawda?
Zastanowił się nad jej słowami. Mówiła szczerze, czy tym cieniem nadziei zwodziła go na manowce? I przede wszystkim, czy w ogóle chciał, by jej słowa były prawdą?  
- Albo zastanowić się, czy w ogóle jest sens w nowym początku, jeśli finał ma być ten sam – odparł beznamiętnie.
Poczuła się tak, jakby ją uderzył. Ale nie mogła mieć do niego żalu. Nie po tym wszystkim. Uśmiechnęła się lekko, ze smutkiem i powoli skinęła głową. Cichym, stłamszonym tonem rzekła tylko jedno słowo:
- Rozumiem…
- Szczerze w to wątpię, Mari.
Podniosła na niego spojrzenie. Lekko marszcząc brwi, próbowała rozszyfrować co też ma na myśli.
- Po tylu latach uświadomiłem sobie, że tak naprawdę gonię za zjawą. Za kimś, kto nie istnieje. Ta Mari, którą znałem jest już od dawna przeszłością. I wiesz kto mi to uzmysłowił? Twoja córka. – Zatrzymał się, by złapać oddech, a po chwili wahania kontynuował: - A wiesz co jest najgorsze? To, że nie potrafię dać sobie spokoju. Mimo wszystko, nadal cię kocham.
Rozrywał jej serce na miliard kawałeczków, był tego świadomy. Ale nie mógł tak dłużej żyć.
- Dlatego proszę, zastanów się dobrze, czy jest sens cokolwiek zaczynać. Bo jeśli ma się skończyć tak samo jak poprzednio, nie chcę przechodzić po raz drugi przez to wszystko.
Musiała to przemyśleć. Pokiwała lekko głową.
- A, i nie pokazuj mi się więcej w tej… postaci – dodał i odwrócił się, by odejść.
Nim doszedł do drzwi, zastąpiła mu drogę.
- Proszę, obiecaj mi tylko jedno! – Pierwszy raz patrzyła mu prosto w oczy, a w jej spojrzeniu gorzała taka determinacja, że nikt nie posądziłby jej o bycie bezcielesną duszą. – Cokolwiek by się nie stało, nie zostawiaj jej. Ona nigdy nie potrzebowała cię tak jak teraz.
Uśmiechnął się lekko, z jakąś ironiczną nutą.
- I myślisz, że bez twoich próśb bym tego nie wiedział? Wszystko, co dla niej robię, jest tylko dla niej, nie masz na to wpływu. A teraz proszę cię, pozwól mi wyjść.
Bez słowa stopiła się z powietrzem i nie było już po niej śladu.
Jonathan westchnął ciężko i wyszedł z pokoju. Wiedział, że sprawił Mari ból, ale nie mógł postąpić inaczej, więc odegnał od siebie wszelkie wyrzuty sumienia. Nie było na to czasu. Poza tym, ona nigdy nie przejmowała się tym, że wbija mu sztylet prosto w serce, a on nie był masochistą, nie potrafił być wdzięczny za zadawane cierpienie. Dlatego wziął głęboki wdech, by oczyścić myśli i wszedł do pokoju znajdującego się naprzeciw sypialni Mari.
Aika spała zwinięta na łóżku, w zupełnych ciemnościach.
Podszedł powoli i przysiadł na brzegu łóżka. Spała tak od chwili, gdy przyprowadził ją z tego nieszczęsnego spotkania, ale nie chciał jej budzić. Sen był zapomnieniem, a tego potrzebowała teraz najbardziej. Oddychała równo i głęboko, a na jej twarzy nie widniał żaden grymas. Koszmary nie mąciły jej spokoju, sam o to zadbał.
Pogłaskał ją delikatnie po głowie. Nie potrafiłby jej zostawić nawet gdyby sam Lucyfer mu to nakazał. Owszem, była córką swych rodziców, ale była też oddzielną istotą. Istotą tak niepodobną do nich obojga, że krzywdzącym byłoby patrzenie na nią tylko przez pryzmat krwi.
Ktoś mógłby pomyśleć, że traktuje ją jak córkę, ale on tego tak nie odbierał. Mimo tak dużej różnicy wieku, była mu przyjaciółką. Jedyną przyjaciółką, a co za tym idzie, jedyną bliską mu osobą.
Musiała do siebie dojść, nie widział innej możliwości. Nie obudzi się jednak szybko, tego był pewien.
Wstał i wyszedł z pokoju, ostrożnie zamykając drzwi. Zszedł na dół i wszedł do salonu, w którym zajął swoje ulubione miejsce na fotelu, by czuwać nad spokojem tych biednych, zagubionych i zranionych dusz.

<***>

Nie zdawała sobie sprawy z tego, gdzie się znajduje. Była gdzieś w przestrzeni. Nie czuła żadnych ograniczeń, stopy nie spoczywały twardo na ziemi, a ręce nie znajdowały granic. Mogłoby się wydawać, że śni, ale jej umysł był nadzwyczaj jasny i żywy.
Powinna panikować? A może zamknąć oczy i cierpliwie czekać, aż obudzi się z tego półsnu?
Dusząca, aksamitna czerń otaczająca ją zewsząd drgnęła i zalała ją fala oślepiającej bieli, przed którą próbowała się bronić, zaciskając powieki. Ogłuszająca cisza wwiercała się boleśnie w jej mózg. Padła na kolana, zatykając uszy.
Co to miało znaczyć?!
Powoli podnosiła powieki, bojąc się, że ta biel wbije się w nie, porażając delikatny zmysł i zwężając źrenice do granic możliwości. Kiedy okazało się, że biel straciła na tej okrutnej jasności i nabrała ciepłego tonu, otworzyła oczy i ze zdumieniem odkryła największą zmianę, jaka zaszła w otoczeniu.
Przed nią stała dziewczynka. Maleńka, może sześcioletnia. Uładzone, czarne włosy pięknie podkreślały mleczną cerę i zielone oczy dziecka. Była przeurocza, ale miała w sobie coś niepokojącego. Tym czymś był uśmiech. Nie wróżył niczego dobrego.
- Hej, jak masz na imię? – odezwała się, kucając przed dzieckiem.
Dziewczynka zachichotała, zaciskając rączki na czarnej sukieneczce.
- Nie mogę powiedzieć. Ale znasz moją mamę, wiesz?
Zmarszczyła brwi. Zaskoczył ją nie tylko sens słów dziewczynki, ale też zuchwałość, z jaką zwracała się do kogoś starszego.
- A kim jest twoja mama?
Mała pokręciła głową i zaśmiała się uroczo, przykładając palec do ust.
- Do zobaczenia, ciociu – zaświergotała i pocałowała ją w policzek.
I Aya obudziła się z tego snu.
Położyła dłoń na policzku. Palił żywym ogniem w miejscu, w którym dotknęły go usta dziecka. Poderwała się z pościeli, chwyciła gruby zeszyt i coś do pisania. Wiedziała, że ten sen, jak i wiele innych, nie jest zwykłym snem. Dlatego właśnie spisywała je wszystkie, by z czasem nie zatarły się w jej pamięci.
Kiedy skończyła pisać, wróciła do łóżka. Była pewna, że teraz już powinna spać spokojnie.
O ile można spać spokojnie przed tym, co ją czekało.

<***>

Mężczyzna leżał na ogromnym łożu z baldachimem. Mimo panującego w sypialni chłodu, nie odczuwał zimna, a jego obnażona pierś unosiła się powoli, rytmicznie. Cierpliwie czekał na swoją kolej.
Nieco dalej, w sypialni jego żony służąca miała wprowadzić Jennifer w tajniki pożycia małżeńskiego. Nie musiał nawet wytężać słuchu, by wyraźnie słyszeć szaleńczo galopujące z przerażenia serce Jenn. Bidulka, zapewne nie mogła oddychać ze zgrozy. Już widział tę trupią bladość na jej delikatnej twarzyczce! Zamknął oczy, uśmiechając się do siebie.
Dźwięk przyśpieszającego w rytmie słów starszej kobiety serca zagłuszył trzask tłuczonego szkła i przeszywający krzyk Jennifer.
W okamgnieniu złapał koszulę i w biegu narzucił ją na siebie. Kiedy dotarł do drzwi sypialni dziewczyny, ujrzał przed nimi starą służącą, która próbowała wytłumaczyć się z tego, dlaczego Jennifer wyrzuciła ją za drzwi. Shin nie chciał tego słuchać, nie to było teraz ważne. Odprawił ją gestem i wszedł do pokoju. Na podłodze pod ścianą w kałuży wody leżały skorupki potłuczonego wazonu i porozrzucane frezje. Podniósł wzrok na sprawczynię tego małego armagedonu.
Skulona u wezgłowia łóżka Jennifer przyglądała mu się wielkimi, szklistymi oczami. Wyglądała jak kłębek nieszczęścia.
- Jennifer… -zaczął, robiąc krok w jej stronę.
- Nie podchodź do mnie! – jęknęła żałośnie, wciskając się dalej w kąt.
Zaklął w myślach. Źle to rozegrał, nie powinien zostawiać służącej uświadamiania tej młodziutkiej istotki. To było oczywiste, że tylko ją spłoszy.
Usiadł na brzegu pościeli, odnajdując spojrzenie Jenn.
- Matko, ty jesteś przerażona. Wybacz mi, może gdybym sam się tym zajął, nie doszłoby do tego – powiedział ze skruchą. Chciał dotknąć jej dłoni, ale cofnęła ją szybko.
- Nie dotykaj mnie! Ja.. ja się boję.
To biedne stworzonko zwinięte w kłębek wzbudzało w nim coś na kształt litość. Popatrzył szczerze w jej zlęknione oczy i z pełnym przekonaniem rzekł:
- Jennifer, ja nigdy bym cię nie skrzywdził.
Wyciągnął do niej dłoń. Jak mogłaby mu nie uwierzyć? Podała mu swoją drobną rączkę i zamknęła oczy, gdy przyciągnął ją do siebie.
Kazuma delikatnie gładził ją po włosach. Czuł jak to maleńkie ciałko drżało w jego ramionach.
- Już dobrze, nie bój się – szepnął całując ją w czubek głowy.
Podniosła na niego ufne spojrzenie bursztynowych oczu. Zniósł je bez większych skrupułów. Już dawno temu nauczył się ignorować sumienie.
Subtelnie przejechał dłonią po bladym policzku Jennifer. Mimo całego swojego zdeprawowania, nie mógł odmówić jej tej szczypty czułości. Musnął wargami jej lekko rozchylone usta i odsunął się odrobinę.
Łzy wciąż błyszczały w oczach dziewczyny. Była piękna, tak nieskazitelnie piękna, jak potrafią być tylko anioły. Przez cienką białą koszulę czuł ciepły jedwab jej skóry. W powietrzu unosił się zapach, który od zawsze przypisywał tej kruchej istocie, a z którego słodyczy dopiero teraz zdał sobie sprawę. Już nie potrafiłby jej sobie odmówić.
Pocałował ją, czując jak obejmuje szczupłymi ramionami jego szyję. Wplótł palce w białe niczym śnieg loki, rozkoszując się jej smakiem.
Lekko ułożył ją na pościeli, odrywając się na chwilę od jej ust. Pociągnął za tasiemkę u koszuli Jennifer i oswobodził ją z ubrania.
Oddychała ciężko, starając się nie zgubić jego spojrzenia. Bała się, że gdy tylko odwróci wzrok, pochłonie ją strach.  On był jej przewodnikiem, jej znakiem, kiedy była przy nim, niczego nie mogła się bać.
Nachylił się nad nią i szepnął:
- Nikt więcej cię nie skrzywdzi, nie pozwolę na to. Daj mi tylko dziecko, mój aniele.
A ona uwierzyła mu we wszystko. Bez słowa skinęła głową. Zamknęła oczy, czując jego dłonie na swoim ciele i objęła go wpół. Była gotowa zapłacić każdą cenę za jego bliskość. Nawet tę najwyższą.   

<***>

Poczuła się jakby ktoś zdzielił ją pięścią w brzuch. Zwinęła się w kłębek upadając na podłogę. Ból był tak paraliżujący, że nie mogła złapać oddechu. Co się z nią, do cholery, działo?!
- Fia! Matko, Fia, co się stało?! – Jak przez mgłę usłyszała głos ojca.
Podniosła rękę, chcąc dać mu znak, że nic jej nie jest, jednak kolejna fala bólu przeszyła jej ciało, sprawiając, że z jej piersi wyrwało się zdławione jęknięcie.
Gabriel natychmiast podniósł ją z podłogi i zaniósł na stojącą nieopodal leżankę. Nie miał pojęcia co robić. Nigdy wcześniej coś takiego się nie zdarzyło, ta bestia chroniła ją od większości chorób.
Po kilku minutach Fia odetchnęła głębiej i uśmiechnęła się mizernie.
- Przepraszam, już wszystko dobrze – zapewniła i podniosła się do pozycji siedzącej. Zmartwiona mina ojca mówiła jej, że to nie koniec. Tak łatwo nie da sobie spokoju.
- Na pewno?
Pokiwała głową, więc dał jej sekundę na złapanie oddechu.  
- Fia, co to było?
Zastanowiła się chwilę. Sama chciałaby wiedzieć. Nie mogła narzekać na zdrowie, fakt, zdarzały jej się momenty nieznacznego osłabienie, ale nigdy nie było to coś poważnego. Nie przeżyła niczego podobnego do tego bólu.
- Nie mam pojęcia. To się pojawiło tak nagle, jak odeszło.
Gabriel westchnął, kręcąc głową. Nie zawsze to okazywał, ale jego niepokój o Fię rósł z dnia na dzień, od kiedy została Strażniczką. Czasem żałował, że wybór nie padł na Jenn. Ona była silniejsza, miała znacznie mocniejszy charakter… Chociaż teraz już nie był pewien tego osądu.
- Tylko proszę, nie mów nic mamie. Zdenerwowałaby się niepotrzebnie, a wiesz, że w jej stanie…
- Wiem – odparł z łagodnym uśmiechem.
Oczywiście, że wiedział. I tu nawet nie chodziło o stan Alice.
Fia nie lubiła, gdy ktokolwiek się o nią niepokoił. Czułaby się okropnie, gdyby matka musiała się o nią martwić, a gdyby jeszcze po tym wszystkim jej się pogorszyło (co w stanie Alice wcale nie byłoby dziwne), Fia nigdy by sobie tego nie wybaczyła. Mimo wszystko, znał swoje dziecko lepiej niż komukolwiek mogłoby się wydawać.
- A tak swoją drogą, co tu robisz? – zapytała, z ulgą uznając temat za zakończony.
Gabriel podszedł do stolika, na którym zdążył postawić tacę, zanim zobaczył Fię zwijającą się z bólu na podłodze.
- Przyniosłem ci herbatę. Nie możesz siedzieć tu bez przerwy, zamęczysz się.
Przyjęła kubek parującej herbaty, uśmiechając się z wdzięcznością.
- Wiem, tato. Ale już teraz nie mogę tego sobie darować.
Westchnął ciężko. Tak przypuszczał. Fia, mimo swojego łagodnego charakteru, miała upór matki, nie umiała odpuścić czegoś, na czym jej zależało, a co ją przerastało. Ostatnio doszła do wniosku, że klucz w rozwiązaniu zagadki musi tkwić gdzieś w ich rodzinie. Dlatego wnikliwie studiowała ich drzewo genealogiczne, sięgając aż do założycieli rodu. Wprawdzie ich biblioteka nie była do końca uporządkowana, a część kroniki zaginęła lata temu podczas przeprowadzki z Anglii, ale Fia i tak miała dostatecznie dużo pracy, a co gorsza, nie chciała przyjąć żadnej pomocy. Była zdania, że skoro sama zaczęła, sama skończy.
- A jak się czuje mama? Lepiej?
- Mam wrażenie, że tak. Chociaż ubzdurała sobie, że coś w ogrodzie jest nieskończone, a przecież lada dzień śnieg spadnie i jak zostawi to służbie, na pewno coś zrobią nie tak. – Wywrócił oczami, kręcąc głową.
Fia zachichotała, przykrywając usta dłonią. Pod tym względem Alice była niemożliwa. Gdyby jej hortensje zmarzły i wiosną nie wypuściły nowych liści, nikt nie byłby w stanie powstrzymać jej gniewu.
- To dobrze. Powiedz jej, że ja się tym zajmę. – Uśmiechnęła się łagodnie. – A teraz idź się połóż. Musisz być wykończony.
Popatrzyła na lekko podkrążone oczy Gabriela. Dniem i nocą był gdzieś w pobliżu Alice, by w każdej chwili móc być na każde jej zawołanie. W dodatku raz na jakiś czas zaglądał do Fii, by sprawdzić, czy u niej wszystko w porządku. Mało sypiał, będąc ciągle w ruchu, między sypialnią żony, a biblioteką.
- Za jakiś czas będę musiał zajrzeć jeszcze do mamy – odparł, wstając z miejsca, na którym chwilę wcześniej zdążył się usadowić.
- Ja zajrzę, ty idź odpocząć.
Nie było sensu nalegać, więc uśmiechnął się do niej w podziękowaniu i uścisnął ją lekko.
- Tylko nie siedź zbyt długo.
- Tak, tak. – Machnęła ręką, wyganiając go z pomieszczenia.
Kiedy wyszedł, podciągnęła nogi pod brodę zwijając się w kącie leżanki. Nie chciała, żeby musiał się o nią troszczyć, wystarczająco zajęcia miał przy matce, ona była poważnie chora, na niej powinien skupiać uwagę.
Ale to, co się stało zaprzątało myśli Fii. Nie wierzyła w to, że ten ból był przypadkowy, musiał się z czymś wiązać. Tylko z czym? Spojrzała na bestię, ciągnącą się przez całe ramię. Teraz była spokojna, ale w tamtej chwili czuła, jak szarpie się na jej skórze, najwidoczniej zaskoczona tym zdarzeniem. Westchnęła i pokręciła głową. Nie lubiła skupiać się na sobie. Wstała z miejsca i podeszła do pulpitu, na którym wcześniej rozłożyła sfatygowany przez lata papier poznaczony wyblakłym już tuszem. Powinna teraz zająć się pracą.
Jej wzrok śledził uważnie linie, oznaczające stopnie pokrewieństwa. Wiedziała, że gdzieś między nimi jest odpowiedź. Czuła to, była tego pewna.
Tuż obok leżały nowsze mapy więzów krwi. Zerknęła na nie i jej wzrok padł na nazwisko Caroline Cage.
Zawsze żałowała, że lepiej nie poznała poprzedniej Strażniczki. Ciocia Caroline wydawała jej się tak niedostępna i surowa, że często bała się do niej odezwać. Ale czemu się dziwić? Miała przecież tylko osiem lat, gdy ciocia umarła, a bazyliszek wybrał ją na następczynię Caroline. Zawsze potem zastanawiała się, czy to odpowiedzialność tak wpłynęła na charakter ciotki, która, jak twierdził Gabriel, była kiedyś niezwykle ciepłą osobą. A może to poczucie zbliżającej się katastrofy w postaci pojawienia się bliźniaczek w rodzie Cage? Położyła dłoń na medalionie, którego praktycznie nigdy nie zdejmowała. Prócz bazyliszka był tym, co wiązało ją z poprzednimi Strażniczkami. Również z Caroline. Kiedy przywoływała w wyobraźni obraz tej staruszki o mądrych oczach, zawsze widziała ten medalion na jej szyi. Pokręciła głową. Teraz na pewno nie dowie się już niczego o Caroline.
Spojrzała na zegarek i, tak jak obiecała ojcu, zostawiła pracę, by iść odpocząć. Wcześniej jednak musiała zajrzeć do matki. Wszystkich cieszyło to, że jej stan się poprawił, chociaż ze względu na jego niestabilność, była to bardzo powściągliwa radość.
Zgasiła światło i wyszła, zupełnie już nie myśląc o bólu, który wcześniej ją paraliżował. Skąd mogła wiedzieć, ze to bliźniacza więź rozrywa jej serce?

<***>

Przeszywający wiatr z północy wściekle szarpał łysymi gałęziami drzew i ze zdumiewającą prędkością przeganiał po niebie ciężkie, ołowiane chmury.
Aya zmrużyła oczy, spoglądając w okno. Na to, co miało ją czekać, była gotowa od dłuższego czasu i teraz tylko wypatrywała kierowcy od Shirahime, który miał zawieźć ją na to nieszczęsne spotkanie.
Po tym, co ostatnim razem powiedział Yoshiro, była bliska załamania. Ten drań z chłodną satysfakcją zabijał jej nadzieję. Sprawił, że wszystko to, co powtarzał jej Hiroshi, uleciało gdzieś w nicość. Jak miała być szczęśliwa, kiedy ten potwór dzień w dzień, do końca wieczności, będzie mógł bezkarnie ją gnębić?
Mimo wszystko, nie mogła się tak łatwo poddać. Nie teraz. Nie mogła pozwolić, by Yoshiro napawał się odniesionym nad nią zwycięstwem, musiała wzniecić w sobie choć odrobinę silnej woli. Nie ma konieczności, by była śmiała, to nie leżało w jej naturze. Wystarczy, że będzie po prostu obojętna. Tak, jak wszystkie te panienki z dobrych domów, od lat świadome tego, że zostaną przeznaczone do małżeństwa bez uczucia.
Dostrzegła na horyzoncie samochód, toteż odeszła od okna i ubrała płaszcz, przysłuchując się ciszy panującej w domu.
Nie, nie była sama. Maaya ukryła się w sypialni, ze wszystkich sił starając się nie wybuchnąć płaczem przed wyjściem córki. Do tej pory to ona próbowała podtrzymać wszystkich na duchu, jako jedyna utrzymywała tę wykrzesaną nieco na siłę nutę optymizmu. Ale w chwili, gdy zdała sobie sprawę z tego, że nie będzie miała żadnego prawa do własnego dziecka, coś w niej pękło. Aya nie miała do niej o to żalu. Rozumiała, że musi dać matce chwilę, by ta mogła się pozbierać.
Z kolei Kage nie potrafił spojrzeć córce w oczy. Czuł się odpowiedzialny, za całe zło, którego mógłby dopuścić się wobec niej Yoshiro. Jego poczucie winy było absurdalne. Ale o tym wiedziała chyba tylko Aya.
Wyszła na zewnątrz. Wiatr smagał ją po policzkach, kiedy obejrzała się na swój dom.  Już niedługo… pomyślała i podeszła do otwartych przez kierowcę drzwi. Młody mężczyzna z najwyższym szacunkiem pomógł jej wsiąść do samochodu i już po chwili ruszył z podjazdu.
Hiou nie chciała teraz o niczym myśleć. Chciała mieć to już za sobą. Zamknęła oczy, odchylając głowę i wsłuchała się w jęk wiatru na zewnątrz. Miała wrażenie, że to nad jej losem płacze tak żałośnie.


<***>
Witam!
Tak, muszę najpierw wyjść z szoku, że skończyłam ten rozdział tak wcześnie (biorąc pod uwagę kilkumiesięczne przerwy - tak, to jest wcześnie)! :D Nie spodziewałam się tego zupełnie, ale narzekać nie zamierzam! xD
W związku z trwającymi wakacjami, nie spodziewałabym się częstszego pojawiania się rozdziałów. Może jeszcze coś uda mi się napisać, ale obawiam się, ze wyczerpałam limit weny na ten rok. Chociaż, jak widzicie, w opowiadaniu ogólnie panuje teraz optymizm, a że nie szykuje się na zmianę w najbliższym czasie.... No, to może kogoś jeszcze zdążę uszczęśliwić. :3
Starczy tego ględzenia! Tym, którzy mają egzaminy - powodzenia! Pamiętajcie, że zawsze może być gorzej! ;)

Pozdrawiam - Andzik 

10 komentarzy:

  1. Dzięki za info!
    Miałam odpisać wcześniej, bo już przeczytałam, ale...czas, to coś czego mi wybitnie od jakiś dwóch tygodni brak!
    Ok, po pierwsze-Aya do boju! Nie daj się stłamsić tej szui, która ma być Twoim mężem! Walnij go w mord*! Albo kopnij między nogi, to też skuteczne xD
    Gdzie jesteś Hiroshi, jak cię potrzebujemy????
    Dwa: Jenn to baardzo biedne, naiwne stworzenie ;/ Nie żal mi jej, choć podejrzewam, że powinno. Bardziej mnie irytuje. Hm...
    jestem nieczuła ^^"
    Zupełnie nie pamiętam, co jeszcze miałam napisać... Ale wstyd! Taka młoda, a już skleroza!
    Co do egzaminów-mam jeszcze jeden, obym zdała! Póki co nawet o nim nie myślałam, więc.. .marnie się zapowiada, ale mam go dopiero 6 lipca, więc może się nauczę... Ha! Dobry żart!
    Pozdro i weny! :*
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tia, wiem. Dlatego to takie dobijające. Staramy się, staramy i staramy, i co? Nic. Nie wychodzi. Nie jest takie jakie być powinno. I nie tylko o pisaniu mówię. W sumie można to przełożyć na wiele sfer życia...

    Jeśli jeszcze raz usłyszę, że życie studenta jest "lajtowe" to przysięgam, strzelę tę osobę w zęby xD

    Hehehe xD Ja nic nie proponuję, ja podaję pomysł xD I to dobry :P
    Buuu... Czekam na Hiroshiego ;)
    Właśnie ^^" Mój ulubiony typ bohaterki-silna laska z charakterem xD Cóż, widać, jestem przewidywalna ^^"
    Bawi? Hm... Masz sadystyczne skłonności? nie wiedziałam! o.O
    Znam to-nie wiem co jadłam na śniadanie, nie wiem gdzie zostawiłam klucze etc. Ehhh... Zazdroszczę tym babciom!
    Dzięki za komentarz u mnie :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobra, biorę się wreszcie za ten komentarz, bo nigdy go nie napiszę. Kiedy miałam na niego wenę, nie miałam czasu. Kiedy mam czas - nie mam weny. Życie jest taaaakie niesprawiedliwe! :(

    „Nie mogła posunąć się do tej zniewagi, w końcu w chwili, gdy Aya zostanie oficjalnie żoną Shirahime, nowa rodzina będzie mogła zabronić jej kontaktu z rodzicami. I, co gorsze, będzie miała do tego prawo.” - Że co? Że jak? Co to, kurka, średniowiecze?! Wampiry zawsze są takie staroświeckie i surowe. ;_; Kurczę no, dobiło mnie to. I coś czuję, że dobije mnie jeszcze niejedno. Jeny… Jakby już sam fakt poślubienia tej świni nie wystarczył! ;_;
    Nie masz pojęcia, jak współczuję Maayi konieczności przeżycia tego rodzaju sytuacji. O rety… Umarłabym chyba na jej miejscu. No, na miejscu Ayi zresztą też. To okropne, kiedy nic nie można zrobić, choćby nie wiem jak bardzo się tego pragnęło.
    Uch, ten Yoshiro… Zabić to za mało! Rozerwałabym go na strzępy, a potem posklejała tylko po to, żeby znowu rozszarpać. Co nie zmienia faktu, że to świetna postać, tak, tak. Ale mimo tego niesamowicie mnie irytuje i mam ochotę go wypatroszyć. Przychodzi nieproszony, „żeby się zabawić”, prawie doprowadzając tym niewinne istoty do zawału. I to ma być dżentelmen? Phi!
    Cha. Cha. Obiad, co? W jaskini lwa? No jasne, już lecę. x_x Aya, zwiewaj, póki możesz!!! Toć ten debil wszystko może jej zrobić na swoim terenie. >.<
    Szczerze mówiąc, ryczeć mi się chce, gdy czytam ten fragment. Kiedy tak wyobrażam sobie siebie w sytuacji Ayi, Maayi czy Kage, mam ochotę się powiesić…
    „Trzasnęły drzwi wejściowe, a po chwili do salonu wpadł Kage Hiou. Jego jasne oczy tchnęły taką nienawiścią, że Śmierć mogłaby z pewnością powierzyć mu swój urząd.” - Skoro już o Śmierci mowa, może by tak jej szepnąć słówko, żeby „przypadkiem” zabrała ze świata doczesnego pewnego aktorzynę z przerośniętym ego? ;]


    Takami to taki typowy żałosny fanatyk. Ale tacy niestety często są groźni… Ciekawe, co gość jeszcze wymyśli…
    Uch, dałby tej biednej Aice spokój, a nie! Nic, tylko wszystko zwala na to biedne dziecko. :/


    Oj, Jonathan, Jonathan, odkochaj się, bo nawet gdyby Mari poszła kiedyś po rozum do głowy, to nic dobrego z tego nie wyjdzie! Jeny, jak ona mnie wkurza od pewnego czasu. ^^’ Za to Jonathan jest słodki, choć może nie należy do moich ulubionych bohaterów tego opowiadania. :P Mimo wszystko jest jednak w porządku i tak ładnie dba o Aikę… I właśnie nie patrzy na nią przez pryzmat jej rodziców, na szczęście.

    Scena ze snem Ayi mocno mnie zaniepokoiła i zaintrygowała. Pamiętam, że kiedy czytałam ją pierwszy raz, napadło mnie tysiąc teorii, ale co najmniej połowy już nie pamiętam. xD Ogółem czy to ta sama dziewczynka, która kiedyś tam już się pojawiła w innym śnie Ayi? Tamta też była brunetką o zielonych oczach. Chyba tańczyła i wzywała jakieś swoje dzieci (choć raczej nie w dosłownym sensie?)… No, w każdym razie… Ciężka sprawa. Aya zna jej mamę, co? Pytanie, kogo właściwie zna Aya. xD No i ta mała nazwała ją „ciocią”. Tyle że nie wiadomo, czy chodzi o prawdziwą ciocię, czy ona powiedziała to ot tak sobie, jak to się często mówi (w sumie nie tylko w Japonii). Dobra, nie wnikam, poczekam sobie (pewnie całe wieki) na rozwiązanie tej sprawy (i tysiąca innych).

    No i stało się. Shin zaciągnął wreszcie Jenn do łóżka. ;_; Kurczę, biedna mała. No ale z drugiej strony - sama chciała. Jak zwykle mam tu mieszane uczucia.
    Shin jak zwykle boski i okropny jednocześnie. xD Kocham!

    Fia chyba doskonale czuje, co się dzieje z jej bliźniaczką, co? :( Ach, ta bliźniacza więź… Żal mi i jej, i Jenn, ale co zrobić, kiedy bachory nie potrafią dojść do porozumienia? :/ Ech, jeszcze ten stan Alice… Jak tak dalej pójdzie, to wykituje. Chociaż kto wie, może Fia znajdzie coś ciekawego w tych wszystkich księgach? Zobaczymy.

    Nie no, rodzina Hiou w każdej wersji musi mieć zdrowo przechlapane, inaczej to nie byliby już oni. x_x Masakra…
    Na miejscu Ayi zaśpiewałabym sobie „Żegnam was, już wiem: nie załatwię wszystkich pilnych spraw…” ;]

    Wybacz, że tak krótko, ale naprawdę nie mam weny. Znowu. Życie jest brutalne.

    OdpowiedzUsuń
  4. Hey! Zapraszam na rozdział 22 Czarownicy!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki za komentarz! :*
    Ej no, nie spodziewałam się, że końcówka wywrze aż takie wrażenie! o.O Ale oczywiście, cieszę się, że tak się stało :D
    Cóż, kolejny blog pojawi się pewnie po opublikowaniu Epilogu, który jest serio króciutki, po prostu ładne zakończenie serii ;)
    Jeszcze raz dziękuję za komentarz i w ogóle-poważnie, jak ktoś to czyta, to aż chce się pisać więcej ;)
    Pozdro!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  6. Zapraszam na Epilog Czarownicy!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zapraszam na rozdział 1 Czar-Łowczyni!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  8. Zapraszam na rozdział 2 Czar-Łowczyni!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  9. No dobra wiem że nie mam usprawiedliwienia że komentuje dopiero teraz ale jakoś tak wyszło ^ ^" Wybacz mi bardzo ładnie proszę! Q.Q Liczę że już niedługo dostanę nowy rozdzialik na który bardzo czekam! No dobra ale wracając do rozdziału...
    No to pierwsza scenka...
    OMG a samym wstępie powiem że nooooo kocham Yoshiro!!! Wiem że to degenerat i w ogóle ale ja i tak gościa kocham xD Wiem że Aya nie może go zdzierżyć bo Hiroshi ale nooo on jest mega xD Każda jego aluzyjka, każdy komentarzy był po prostu cuuuuuudowny! Był niczym zatruta szpileczka wbijana w czułe miejsce! Maaaaaasakra piękne! <3<3<3 No a co najlepsze wszystko robił z iście anielskim i dżentelmeńskim uśmiechem! Nooooooż gościu masz Nobla !!!! Ja po prostu widzę całą tą scenę słyszę jego cudny głosik gdy mówi chociażby "..." ! Q.Q Powiem ci Andzik że moja wizja jest zacna!
    Doba pozachwycałam się trochę nad zacnym narzeczonym Ayi teraz wypada mi się trochę załamać nad jej losem i losem całej jej rodzinki xD Nie noo ale jak mam być szczera to powiem ci że nie jestem wstanie wyobrazić sobie jak bym się czuła gdyby to mi przytrafiło się coś takiego jak jej... Może uwielbiam Yoshiro ale jak pomyśle sobie jak wredna szuja z niego to mi ciarki po plecach przechodzą ^ ^" Dobrze wie gdzie uderzyć żeby bolało najbardziej... Nooo kurde Ayi nie będzie wolno wziąć nic co mogłaby kojarzyć z domem! D: Noooo kurdę jak tak można! ;( Tak btw mój Michael miał choć tyle litości że pozwolił Ayi coś tam zabrać i no i miała Suzu ^ ^" Tak że jak widać mój najbardziej jak do tond wątek mógł być jeszcze bardziej tragiczny... Hmmm... Więc muszę to szybko zmienić! :D No ale wracając do rozdziału bo kurczę paplę trzy po trzy... Właściwie nie wiem czemu ale w tej scence chyba najbardziej żal mi było Maayi Q.Q Znaczy nie żebym nie współczułam Ayi i Kage ale tu Maaya była tak bezbronna, bezradna i jakby to powiedzieć całkowicie zahukana osobą Yoshiro i jego mateczki... Heh szykuje nam się małe spotkanie Ayi z przyszłą teściową i jej syneczkiem (czyt. narzeczony Ayi)... Czuję w kościach że ten cały obiat wyjdzie jej bokiem ^ ^" Czekam więc z niecierpliwością na to wydarzy się dalej!

    Nie nooo powiem ci że ja kocham twoje opisy xD "..." "..." Noooo po prostu kocham <3 Jeeeeny nooo Takami skojarzył mi się z takimi faryzeuszami! >.< Nie trawie tego gościa >.< Ech ciekaw jestem jakich kłopotów jeszcze przysporzy głównej bohaterce...

    Jejku tak mi żal Jonathana T.T Ech normalnie kojarzy mi się z jakimś typowym bohaterem romantycznym który jest wiecznie nieszczęśliwie zakochany w jednej kobiecie Q.Q Bieeeeedak ;( Hmmmm w sumie trochę taki Suzaku z VN... Ech noooo mam nadzieje że jako tako poradzi sobie i być może chociaż odkocha się :( Ech po raz n-ty pochwale twoje opisy które tu poprostu doprowadzają mnie do rozpaczy i łez ;(

    Noooo i mamy sen... O kurdę D: No to nieźle... Cioci...?! Jaka kurde ciociu?! Andzik no wiesz... Najprostrzym wyjaśnieniem byłoby stwierdzenie że ta mała jest córką brata bądź siostry Ayi o którym ta nie wie ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć... Hmmm ta mała mówi że Aya zna jej mamę... Hmmm... Ciekawe, Ciekawe... Ech jak ja bym chciała przeczytać co będzie dalej T^T

    Ekhem więc teraz moment w którym moje serce pękło i nie jest wstanie się pozbierać...

    OdpowiedzUsuń
  10. Powiem tak ja wciąż nie jestem wstanie pogodzić się z faktem że moja siostrzyczka zrobiła to co zrobiła... Nie obłaskawia mnie nawet fakt że ten degenerat i zboczeniec był dla niej całkiem miły... Matko jak ja bym mogła rozszarpałabym go na drobne kawałeczki! >.< Ja nie mogą jaki on jest dwulicowy i perfidny! >.< Agrrrrr... zabić to mało! >.< Wiesz co chyba będzie lepiej jeżeli na temat tej sceny już więcej się nie wypowiem bo obawiam się że mogłoby się to źle skończyć...

    Andzik powiem ci tak... Złagodziłaś ból mego serca po hańbie mojej siostry tą sceną... Jej jakie to wzruszające że mam tak silną więź z moją bliźniaczką Q.Q Taaaa dobrze że ani Fia ani jej rodzice nie wiedzą czym był spowodowany ten ból -.- Nie noooo, dobra dość bo się nakręcam niepotrzebnie... Jeżeli mam być szczera to chyba naprawdę najbardziej żal mi w tym momencie rodziców bliźniaczek… Serio… Zwłaszcza mateczka ;( Nie no serio autentycznie serce mi krwawi T^T Ech mam nadzieje że Fia znajdzie coś na tego pajaca T^T

    No i ostatnia scena!
    Powiem tak genialnie oddałaś stan psychiczny naszej jakże szczęśliwej narzeczonej! No i opis przyrody zacne! W ogóle tn fragment pełen jest cudnych opisów! Q.Q Tak więc nasza Aya wkracza do jaskini lewa, ach nie mogę się doczekać! :D

    Dobra na dziś to koniec więc czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział <3 Pisz szybciutko!
    Buziaki!
    Suzu

    OdpowiedzUsuń