Aya Hiou otworzyła drzwi i
kiedy tylko weszła do holu, wyczuła w domu coś, czego już nigdy więcej nie
powinna wyczuć w tym miejscu. Coś, co dochodziło z salonu i napawało ją
obrzydzeniem, strachem oraz niepewnością. Aurę Yoshiro Shirahime.
Kilka kroków od salonu
zatrzymała się. Wcześniej nie zwróciła na to uwagi, ale obok aury swojej matki
i Yoshiro wyczuwała jakąś jeszcze. Bardzo delikatną, choć wyrazistą, taką,
której wcześniej nie znała. Powoli podeszła bliżej i oparła się o futrynę.
Na fotelu siedziała Maaya.
Z wysoko podniesioną głową i kamiennym wyrazem twarzy wpatrywała się w gości.
Ręce splotła i ułożyła na kolanach, by ukryć ich drżenie. Nie radziła sobie z
sytuacją, czuła się bezsilna w towarzystwie tych dwojga i Aya dostrzegała to
bez trudu. Maaya z widocznym napięciem czekała na coś. Albo na kogoś.
Aya przeniosła spojrzenie
na kanapę i od razu wyjaśniła się zagadka tajemniczej aury. Jej właścicielką
była popijająca herbatę kobieta o długich lśniących czernią włosach,
układających się w kaskadę zmysłowych fal. Jej orzechowe oczy, w których
tańczyły złote drobinki, tchnęły pustką, jakby myślami znajdowała się gdzieś
poza rzeczywistością. Pergaminową skórę policzków zdobił blady rumieniec,
idealnie współgrający z różem subtelnych, choć kusząco pełnych warg. Aya
jeszcze nigdy nie widziała tak pięknej istoty.
Z niechęcią odwróciła wzrok
w stronę Yoshiro, który wstał z miejsca, gdy tylko ją dostrzegł. Jak zwykle
nienagannie uprzejmy. Skrzywiła się lekko, ale natychmiast zreflektowała się i
przybrała opanowany wyraz twarzy.
- Co ty tu robisz? – spytała, nie marnując energii na jakiekolwiek przywitanie.
- Dobry wieczór, moja
droga, miło cię widzieć – odparł z wyczuwalnym w
głosie upomnieniem. – Postanowiliśmy razem z matką złożyć wam wizytę. W
końcu do ślubu tak niewiele czasu, a my jeszcze ze sobą na ten temat nawet nie
rozmawialiśmy! – Rozpłynął się w urzekająco dobrodusznym uśmiechu, od
którego jego narzeczonej zrobiło się niedobrze.
Młoda Hiou spojrzała na
matkę. Kobieta, gdy tylko zdała sobie sprawę z obecności córki w pomieszczeniu,
odrobinę pochyliła ramiona, spuszczając wzrok. Nie wiedziała co powinna teraz
zrobić. Najchętniej wyrzuciłaby za drzwi Yoshiro razem z jego cholernie idealną
matką, ale wiedziała, że nie ma prawa. Nie mogła posunąć się do tej zniewagi, w
końcu w chwili, gdy Aya zostanie oficjalnie żoną Shirahime, nowa rodzina będzie
mogła zabronić jej kontaktu z rodzicami. I, co gorsze, będzie miała do tego
prawo. Musiała być ostrożna, by nie powiedzieć czegoś, czego mogłaby potem
żałować.
- A o czym tu rozmawiać? – prychnęła, podchodząc bliżej.
- Och, drogie dziecko, cóż
to za pytanie! – Zabrzmiał łagodny alt
kobiety. W jej głosie było coś niecodziennego. Jakaś nuta ciepłej słodyczy,
podszyta rozdrażnieniem – Jest przecież tyle do zrobienia!
Aya poczuła wzbierający w
niej gniew. Jak oni śmieli przychodzić do jej domu i bezczelnie przypominać o
tym pieprzonym ślubie?! Jak ta kobieta śmiała przemawiać do niej takim tonem?
Zacisnęła szczęki, starając się opanować złość. Rzuciła jeszcze jedno
spojrzenie Maayi, co pozwoliło upewnić się jej, że matka jest na skraju
wytrzymałość. Musiała więc być silna nie tylko dla siebie, ale i dla niej.
- Zdaje się, że nie
rozumiem. Co jest do zrobienia? Starszyzna się wszystkim zajęła, a ja jestem
niemal w stu procentach pewna, że pani synowi nie umknęło żadne
niedociągnięcie. – Uśmiechnęła się z
odrobiną jadu.
Etsuko Shirahime bezbłędnie
odczytała przytyk i rzuciła beznamiętne spojrzenie synowi. Yoshiro
niedostrzegalnie skinął głową, dając jej znak, że teraz już on poprowadzi dalej
tę rozmowę.
- Nie mylisz się, moja
droga. Zająłem się absolutnie wszystkim. W końcu to jedyny tak ważny moment w
naszej wieczności, nieprawdaż?
W ten sposób rzucał jej
wyzwanie, wiedziała to. Pytanie, czy powinna je przyjąć, czy może zignorować,
dając mu wolną rękę w kwestii tego ślubu. Wzięła głębszy oddech. Nie mogła się
teraz wycofać. Jeśli ten raz odpuści, będzie przegrana już na starcie, zanim w
ogóle wkroczy na tę nieszczęsną „nową drogę życia”.
Przestąpiła jeszcze parę
kroków i usiadła na drugim fotelu, naprzeciw Yoshiro, od którego teraz dzieliła
ją tylko niska ława. Przezwyciężając wszystkie odruchy, spojrzała głęboko w
orzechowe oczy i uśmiechnęła się fałszywie.
- Bez wątpienia. W takim
razie, proszę bardzo, co chciałbyś mi powiedzieć?
Yoshiro miał ochotę się
roześmiać. Nie podejrzewał jej o taką śmiałość! Czy może raczej: próbę zagrania
śmiałości. To, co usilnie starała się przedstawić, na kilometr czuć było
amatorszczyzną. Wystarczyło tylko celnie uderzyć w punkt, by złamać tę jej
żałosną obronę. Ale co by z tego miał, gdyby zniszczył ją jednym ciosem? W
końcu przyszedł się tu zabawić.
- Cóż, jeśli chodzi o
ceremonię, to nie ma się nad czym rozdrabniać, wszystko zostało uzgodnione z
przewodniczącym Starszyzny. To będzie skromna, tradycyjna uroczystość – oznajmił spokojnie, z uwagą patrząc w szare oczy dziewczyny. – Ale
nie chciałem rozmawiać o ślubie samym w sobie. Muszę przedstawić ci plany co do
naszego życia po tym, jak już zostaniesz moją żoną.
Fałszywy uśmiech spłynął z
twarzy Ayi. Rety, czy to są żarty? Czy on mówił poważnie? Kiedy uświadomiła
sobie, że tak, pobladła.
- Jak kto? – ledwie poruszyła ustami wypowiadając te słowa.
Wygiął usta w pobłażliwym
uśmiechu. Tym prostym chwytem podciął jej skrzydła, już nie będzie próbowała
zgrywać odważnej.
- Kochana, chyba nie
myślałaś, że nasza przyszłość została niezaplanowana, prawda?
Gdyby nie siedziała, ziemia
osunęłaby się jej spod nóg. Matko, o czym on mówił?
- W każdym razie, niczym
nie musisz się kłopotać. Już wszystko ustaliłem.
Dostrzegał każde
najmniejsze drgnięcie jej mięśni. Ciało Ayi przypominało teraz zbyt mocno
napiętą strunę. Miał wrażenie, że jeszcze chwila i pęknie.
Odkaszlnął cicho, by się
nie roześmiać, po czym z tą spokojną, dobroduszną słodyczą kontynuował:
- Zaraz po ślubie
zamieszkamy w mojej rezydencji. Oczywiście, nie ma potrzeby, żebyś wracała do
tego domu. Pakowaniem też się nie zajmuj, nie będziesz potrzebowała stąd
absolutnie niczego.
Zakręciło jej się w głowie.
Czy on powiedział, że nie będzie mogła wrócić do domu, a nawet zabrać ze sobą
niczego, co do niej należy?
Nie da rady. Wiedziała, że
nie może się z nim mierzyć. Ten pieprzony aktorzyna z łaskawym uśmiechem
rujnował jej życie, a ona czuła się tak bezsilna jak jeszcze nigdy. Wolała
widzieć jego prawdziwe oblicze, to, któremu potrafiła się przeciwstawić. A w
tej sytuacji? Potrzebowała oparcia. Z nadzieją odwróciła wzrok w stronę Maayi.
Nie, w niej go nie znajdzie, a nawet nie powinna tego wymagać. Widziała z jakim
uporem matka stara się zachować spokój.
Zdawał sobie sprawę z tego
jakie wrażenie robią jego słowa. Wiedział, że jeśli teraz odbierze jej wszelką
nadzieję, to zaowocuje w przyszłości. Nie mogła żyć ze złudzeniem, że gdzieś na
świecie został jej azyl, w którym mogłaby się schronić.
- Zdaję sobie sprawę z
tego, że to wszystko dzieje się nieprawdopodobnie szybko i możesz być
oszołomiona tymi zmianami. W końcu jednak przywykniesz, nie martw się – „pocieszył” ją wyrozumiale.
Przywyknę! Wielkie nieba,
przywyknę… Miała ochotę wstać i wyjść.
Tylko po to, żeby nie patrzeć w te ziejące obłudą oczy. Zdała sobie sprawę z
tego, że jeśli będzie musiała patrzeć w nie do końca wieczności, nie zniesie
tego. Chciała coś odpowiedzieć, by przerwać ten wywód, ale nie potrafiła
znaleźć słów.
Yoshiro wziął do ust łyk
herbaty, by dać jej chwilę oddechu przed tym, co zamierzał zaraz powiedzieć.
Odstawił filiżankę na stół.
- Poza tym, uważam, że
powinnaś odwiedzić nasz dom i oswoić się z myślą, że tam zamieszkasz. Najlepiej
będzie, jeśli jutro przyjdziesz do nas na obiad, co ty na to?
Trzask tłuczonego szkła
rozszedł się echem. Wszyscy odwrócili głowę w kierunku Maayi, która upuściła
filiżankę na ziemię.
- Przepraszam – wymamrotała niewyraźnie, zagubionym wzrokiem spoglądając na wszystkich
wokół.
- Och, przepraszam
najmocniej, pani Hiou! Gdzie moje maniery, w końcu to panią powinienem zapytać
o zgodę. Czy zgadza się pani, bym mógł ugościć pani córkę a moją narzeczoną w
swoim domu?
Wszystko w Maayi się
zagotowało. Jak mogłaby się zgodzić? Pchnąć córkę do jaskini lwa? Za nic! Tylko
czy mogła odmówić?
- Oczywiście gwarantuję, że
nad wszystkim będzie czuwała moja matka. Nie śmiałbym prosić o spotkanie sam na
sam.
Etsuko uśmiechnęła się do
Maayi łagodnie.
- Włos jej z głowy nie
spadnie, zadbam o nią jak o własną córkę, pani Hiou, niech się pani o nic nie
martwi – zapewniła swoim miłym dla
ucha głosem.
Nie musieli tego powtarzać,
Maaya od razu zrozumiała. Nikt nie dawał jej wyboru. Skinęła lekko głową, choć
czuła, że kręgi jej szyi sztywnieją i nie będzie mogła wykonać już żadnego
ruchu.
Trzasnęły drzwi wejściowe,
a po chwili do salonu wpadł Kage Hiou. Jego jasne oczy tchnęły taką
nienawiścią, że Śmierć mogłaby z pewnością powierzyć mu swój urząd.
- Co się tu dzieje? – spytał bezuczuciowym głosem.
Yoshiro uśmiechnął się do
niego przyjaźnie. A jednak Kage go nie zawiódł!
- Właściwie, to już nic.
Wszystko co mieliśmy do omówienia, omówiliśmy z pana żoną i córką – odparł niemal radosnym tonem.
- Jakim prawem… - zaczął, ale Yoshiro wpadł mu w pół zdania.
- Prawem, które mnie, jako
narzeczonemu pańskiej córki, a zarazem jej przyszłej rodzinie, się należy
Jasnowłosy wampir nic nie
odpowiedział. Mierzył tylko Yoshiro spojrzeniem.
- Cóż, na nas już czas. – Wstał i pomógł wstać matce. Narzucił na jej ramiona ciepły płaszcz, po
czym skłonił się lekko z uszanowaniem – Panie Hiou, pani Hiou.
Aya siedziała sztywno,
pustym wzrokiem wpatrując się w Yoshiro. Ten posłał jej znaczący uśmiech.
- Do zobaczenia, moja
droga.
Etsuko i Yoshiro Shirahime
z godnością rodziny królewskiej opuścili salon, a już po chwili zniknął nawet
ślad po ich aurze.
Aya wstała i w milczeniu
ruszyła do swojego pokoju. Czuła, że jeśli zostanie choćby minutę dłużej, nie
da rady zatrzymać na twarzy tej kamiennej, bezuczuciowej maski.
Kiedy tylko trzasnęły drzwi
pokoju Ayi, Maaya wciągnęła powietrze i zaszlochała głośno. Starała się być
silna, ale to ją przerosło. Dlaczego jej jedyne dziecko miało być skazane na to
cierpienie? Dlaczego akurat Aya?!
Poczuła, że silne ramiona
zamykają ją w uścisku. Wczepiła palce w koszulę męża i łkała, nie mogąc dojść
do siebie. Nie wiedziała ile czasu minęło, nim opadła z sił. Odsunęła się od
Kage i spojrzała na niego oczami pełnymi łez.
Nie musiała pytać.
Wiedziała, że on też nie zna odpowiedzi.
<***>
Jasnowłosa kobieta stała
przed biurkiem Dowódcy, zdając raport. Wyprostowana, z wysoko podniesioną
głową, wyrzucała z siebie krótkie, proste zdania, w których ujęła sprawozdanie
z ostatniego patrolu.
Takami cierpliwie wysłuchał
podwładnej, po czym odprawił ją bez zbędnych ceremoniałów. Irytował go fakt, że
w dobie, można powiedzieć, kryzysu, musi zajmować się sprawami tak trywialnymi.
Tym bardziej, że od ostatniego raportu sytuacja nie uległa zmianie.
Zaraz po zakończeniu
spotkania, wrócił do kwatery i natychmiast wydał nowe rozkazy. Postanowiono, że
zostanie wystosowane pismo do Rady Nadzorczej Legionów, a zakaz nadzorowania
spotkań innych ras przez Pogromców został wcielony w życie natychmiast, ale
decyzja zgromadzenia wcale go nie zdziwiła. Ta śmieszna „rada”, którą tworzyli
składała się z samych degeneratów do szpiku kości strawionych przez zło. Kim
oni byli? Jak śmieli oceniać jego postępowanie? On przecież służył sprawie,
działał w imieniu Światłości! A oni? Słudzy własnych żądz i słabości! Mieli na
uwadze tyko swój interes. Nic dziwnego, że rzucili się na niego jak stado
bezlitosnych, wygłodniałych sępów!
Miał nadzieję, że łatwo
będzie mógł odwołać się od tego wyroku. W końcu Rada Nadzorcza Legionów nigdy
nie miała powodów do niezadowolenia z jego pracy. Objął urząd Dowódcy w wieku
niecałych trzydziestu lat, co było wręcz niespotykane. Na wszystko zasłużył swą
ciężką pracą i zdawał sobie sprawę z tego, że skarga tych, którzy nagminnie
sympatyzowali ze złem, będzie rozpatrzona bardzo dokładnie, zanim ktokolwiek z
Rady Nadzorczej przychyli się do niej. Nie miał wiele czasu, musiał działać.
Rozłożył przed sobą arkusz
papieru listowego, chwycił za pióro. Zamaszystym pismem, pełnym nieodgadnionych
zawijasów, godnych artysty, zapełniał kartkę w nadzwyczajnym tempie. Z
opanowaniem właściwym stoikowi pisał słowa żarliwe, pełne świętego oburzenia i
niezłomnej wiary, które bez wątpienia powinny trafić do jego przełożonych. Choć
czy aby na pewno?
Zastygł z piórem nad kartką.
Nie, nie powinien robić tego w ten sposób! Nie jest winny, dlaczego więc miałby
się tłumaczyć? Zgniótł kartkę, brudząc sobie palce świeżym atramentem. Postąpi
inaczej.
Położył na blacie świeży
arkusz. Przez chwilę wpatrywał się w niego, postukując końcówką pióra w
podłokietnik fotela. Musiał się nad tym dobrze zastanowić. Usprawiedliwianie
swojego postępowania i tłumaczenie się z niego było nierozsądne, a biorąc pod
uwagę fakt, że czuł, iż postąpił słusznie, było swego rodzaju wiarołomstwem. Co
mu zostało w takim razie? Odpowiedź była prosta: akt oskarżenia!
Z czyjej winy doszło do
tego wszystkiego? Z winy Aiki Kiyokuro! Tej fałszywej, plugawej istoty, która
przynosiła hańbę rodzajowi, z którego się wywodziła! Już jej istnienie było
grzechem. Nie powinna nigdy się urodzić, wiedział to od chwili, gdy dowiedział
się o pakcie między Hurmiz a Mari Kiyokuro. To dziecko, choć wszystkich
okręciło sobie wokół palca swą pozorną niewinnością, było od zawsze chore.
Ciemność pożerała jej duszę, nie była w stanie oprzeć się tej potędze i
doskonale o tym wiedział. W jej stanie śmierć byłaby aktem łaski.
Zaczął pisać od nowa.
Prawda, nie było to zgodne z jego zasadami. Ale co jeśli wskazuje palcem
winnego i pierwszy rzuca kamień tylko po to, by uchronić resztę od zguby? Sprawa
była tego warta, każde zdanie bez krztyny miłosierdzia zostanie mu wybaczone.
Był tego pewien. Przecież to on stał na straży prawości.
<***>
Rozparty na fotelu, lekko
podpierał przechyloną głowę na dłoni. Siedział w tej pozycji już od piętnastu
minut, obserwując znajdujące się przed nim ciało bez duszy należące do Mari
Kiyokuro.
Jednej ze swoich służących
rozkazał zajmowanie się Mari, więc chwilę po tym jak dziewczyna skończyła
rutynowe zabiegi i przeniosła się do Piekła, przyszedł do tego pokoju,
prowadzony przez niewidzialną siłę. Po co? Nie wiedział, sam zadawał sobie to
pytanie.
Odziana w białą koszulę
nocną, znacznie bardziej przypominała martwą niż wtedy, gdy w jej ubraniu na
piersi ziała dziura po pocisku. Długie, brązowe włosy rozsypane na poduszce
lekko otaczały jej spokojną twarz.
- I co teraz, Mari? – spytał, choć nie oczekiwał odpowiedzi.
I wcale jej nie dostał.
Mari dalej leżała nieruchomo z tym irytującym, spokojnym uśmiechem na ustach.
Uśmiechnął się do siebie z
goryczą. Nie było sensu, by dłużej tu siedział. Podniósł się z fotela i ruszył
ku wyjściu. Już sięgał do klamki, kiedy poczuł na policzku delikatne muśnięcie.
Odwrócił się powoli.
- Jonathan… - odezwała się cicho z wymalowanym na twarzy łagodnym żalem.
Ten głos ścisnął go za
serce. Opanował się jednak w porę i na jego obliczu widniała tylko
nieprzenikniona, obojętna maska. Przeszedł parę kroków w jej stronę.
- Przepraszam. Przepraszam
za wszystko… - wyszeptała drżącym
głosem, bliska płaczu.
Przez dłuższą chwilę
przyglądał jej się, przekrzywiając nieco głowę. Zupełnie jakby była rzadkim
okazem rajskiego ptaka.
- Naprawdę sądzisz, że to
takie proste? – Jego słowom odpowiedziała
cisza.
Mari uciekła spojrzeniem
gdzieś w bok. Ciężko jej było patrzeć mu prosto w oczy.
- Nie. Oczywiście, że nie.
Ale od czegoś trzeba zacząć, prawda?
Zastanowił się nad jej
słowami. Mówiła szczerze, czy tym cieniem nadziei zwodziła go na manowce? I
przede wszystkim, czy w ogóle chciał, by jej słowa były prawdą?
- Albo zastanowić się, czy
w ogóle jest sens w nowym początku, jeśli finał ma być ten sam – odparł beznamiętnie.
Poczuła się tak, jakby ją
uderzył. Ale nie mogła mieć do niego żalu. Nie po tym wszystkim. Uśmiechnęła
się lekko, ze smutkiem i powoli skinęła głową. Cichym, stłamszonym tonem rzekła
tylko jedno słowo:
- Rozumiem…
- Szczerze w to wątpię,
Mari.
Podniosła na niego
spojrzenie. Lekko marszcząc brwi, próbowała rozszyfrować co też ma na myśli.
- Po tylu latach
uświadomiłem sobie, że tak naprawdę gonię za zjawą. Za kimś, kto nie istnieje.
Ta Mari, którą znałem jest już od dawna przeszłością. I wiesz kto mi to
uzmysłowił? Twoja córka. – Zatrzymał się, by złapać
oddech, a po chwili wahania kontynuował: - A wiesz co jest najgorsze? To, że
nie potrafię dać sobie spokoju. Mimo wszystko, nadal cię kocham.
Rozrywał jej serce na
miliard kawałeczków, był tego świadomy. Ale nie mógł tak dłużej żyć.
- Dlatego proszę, zastanów
się dobrze, czy jest sens cokolwiek zaczynać. Bo jeśli ma się skończyć tak samo
jak poprzednio, nie chcę przechodzić po raz drugi przez to wszystko.
Musiała to przemyśleć.
Pokiwała lekko głową.
- A, i nie pokazuj mi się
więcej w tej… postaci – dodał i odwrócił się, by
odejść.
Nim doszedł do drzwi,
zastąpiła mu drogę.
- Proszę, obiecaj mi tylko
jedno! – Pierwszy raz patrzyła mu
prosto w oczy, a w jej spojrzeniu gorzała taka determinacja, że nikt nie
posądziłby jej o bycie bezcielesną duszą. – Cokolwiek by się nie stało, nie
zostawiaj jej. Ona nigdy nie potrzebowała cię tak jak teraz.
Uśmiechnął się lekko, z
jakąś ironiczną nutą.
- I myślisz, że bez twoich
próśb bym tego nie wiedział? Wszystko, co dla niej robię, jest tylko dla niej,
nie masz na to wpływu. A teraz proszę cię, pozwól mi wyjść.
Bez słowa stopiła się z
powietrzem i nie było już po niej śladu.
Jonathan westchnął ciężko i
wyszedł z pokoju. Wiedział, że sprawił Mari ból, ale nie mógł postąpić inaczej,
więc odegnał od siebie wszelkie wyrzuty sumienia. Nie było na to czasu. Poza
tym, ona nigdy nie przejmowała się tym, że wbija mu sztylet prosto w serce, a
on nie był masochistą, nie potrafił być wdzięczny za zadawane cierpienie.
Dlatego wziął głęboki wdech, by oczyścić myśli i wszedł do pokoju znajdującego
się naprzeciw sypialni Mari.
Aika spała zwinięta na
łóżku, w zupełnych ciemnościach.
Podszedł powoli i przysiadł
na brzegu łóżka. Spała tak od chwili, gdy przyprowadził ją z tego nieszczęsnego
spotkania, ale nie chciał jej budzić. Sen był zapomnieniem, a tego potrzebowała
teraz najbardziej. Oddychała równo i głęboko, a na jej twarzy nie widniał żaden
grymas. Koszmary nie mąciły jej spokoju, sam o to zadbał.
Pogłaskał ją delikatnie po
głowie. Nie potrafiłby jej zostawić nawet gdyby sam Lucyfer mu to nakazał.
Owszem, była córką swych rodziców, ale była też oddzielną istotą. Istotą tak
niepodobną do nich obojga, że krzywdzącym byłoby patrzenie na nią tylko przez
pryzmat krwi.
Ktoś mógłby pomyśleć, że
traktuje ją jak córkę, ale on tego tak nie odbierał. Mimo tak dużej różnicy
wieku, była mu przyjaciółką. Jedyną przyjaciółką, a co za tym idzie, jedyną
bliską mu osobą.
Musiała do siebie dojść,
nie widział innej możliwości. Nie obudzi się jednak szybko, tego był pewien.
Wstał i wyszedł z pokoju,
ostrożnie zamykając drzwi. Zszedł na dół i wszedł do salonu, w którym zajął
swoje ulubione miejsce na fotelu, by czuwać nad spokojem tych biednych,
zagubionych i zranionych dusz.
<***>
Nie zdawała sobie sprawy z
tego, gdzie się znajduje. Była gdzieś w przestrzeni. Nie czuła żadnych
ograniczeń, stopy nie spoczywały twardo na ziemi, a ręce nie znajdowały granic.
Mogłoby się wydawać, że śni, ale jej umysł był nadzwyczaj jasny i żywy.
Powinna panikować? A może
zamknąć oczy i cierpliwie czekać, aż obudzi się z tego półsnu?
Dusząca, aksamitna czerń
otaczająca ją zewsząd drgnęła i zalała ją fala oślepiającej bieli, przed którą
próbowała się bronić, zaciskając powieki. Ogłuszająca cisza wwiercała się
boleśnie w jej mózg. Padła na kolana, zatykając uszy.
Co to miało znaczyć?!
Powoli podnosiła powieki,
bojąc się, że ta biel wbije się w nie, porażając delikatny zmysł i zwężając
źrenice do granic możliwości. Kiedy okazało się, że biel straciła na tej
okrutnej jasności i nabrała ciepłego tonu, otworzyła oczy i ze zdumieniem
odkryła największą zmianę, jaka zaszła w otoczeniu.
Przed nią stała dziewczynka.
Maleńka, może sześcioletnia. Uładzone, czarne włosy pięknie podkreślały mleczną
cerę i zielone oczy dziecka. Była przeurocza, ale miała w sobie coś
niepokojącego. Tym czymś był uśmiech. Nie wróżył niczego dobrego.
- Hej, jak masz na imię? – odezwała się, kucając przed dzieckiem.
Dziewczynka zachichotała,
zaciskając rączki na czarnej sukieneczce.
- Nie mogę powiedzieć. Ale
znasz moją mamę, wiesz?
Zmarszczyła brwi. Zaskoczył
ją nie tylko sens słów dziewczynki, ale też zuchwałość, z jaką zwracała się do
kogoś starszego.
- A kim jest twoja mama?
Mała pokręciła głową i
zaśmiała się uroczo, przykładając palec do ust.
- Do zobaczenia, ciociu – zaświergotała i pocałowała ją w policzek.
I Aya obudziła się z tego
snu.
Położyła dłoń na policzku. Palił
żywym ogniem w miejscu, w którym dotknęły go usta dziecka. Poderwała się z
pościeli, chwyciła gruby zeszyt i coś do pisania. Wiedziała, że ten sen, jak i
wiele innych, nie jest zwykłym snem. Dlatego właśnie spisywała je wszystkie, by
z czasem nie zatarły się w jej pamięci.
Kiedy skończyła pisać,
wróciła do łóżka. Była pewna, że teraz już powinna spać spokojnie.
O ile można spać spokojnie
przed tym, co ją czekało.
<***>
Mężczyzna leżał na ogromnym
łożu z baldachimem. Mimo panującego w sypialni chłodu, nie odczuwał zimna, a
jego obnażona pierś unosiła się powoli, rytmicznie. Cierpliwie czekał na swoją
kolej.
Nieco dalej, w sypialni
jego żony służąca miała wprowadzić Jennifer w tajniki pożycia małżeńskiego. Nie
musiał nawet wytężać słuchu, by wyraźnie słyszeć szaleńczo galopujące z
przerażenia serce Jenn. Bidulka, zapewne nie mogła oddychać ze zgrozy. Już
widział tę trupią bladość na jej delikatnej twarzyczce! Zamknął oczy,
uśmiechając się do siebie.
Dźwięk przyśpieszającego w
rytmie słów starszej kobiety serca zagłuszył trzask tłuczonego szkła i
przeszywający krzyk Jennifer.
W okamgnieniu złapał
koszulę i w biegu narzucił ją na siebie. Kiedy dotarł do drzwi sypialni
dziewczyny, ujrzał przed nimi starą służącą, która próbowała wytłumaczyć się z
tego, dlaczego Jennifer wyrzuciła ją za drzwi. Shin nie chciał tego słuchać,
nie to było teraz ważne. Odprawił ją gestem i wszedł do pokoju. Na podłodze pod
ścianą w kałuży wody leżały skorupki potłuczonego wazonu i porozrzucane frezje.
Podniósł wzrok na sprawczynię tego małego armagedonu.
Skulona u wezgłowia łóżka
Jennifer przyglądała mu się wielkimi, szklistymi oczami. Wyglądała jak kłębek
nieszczęścia.
- Jennifer… -zaczął, robiąc krok w jej stronę.
- Nie podchodź do mnie! – jęknęła żałośnie, wciskając się dalej w kąt.
Zaklął w myślach. Źle to
rozegrał, nie powinien zostawiać służącej uświadamiania tej młodziutkiej
istotki. To było oczywiste, że tylko ją spłoszy.
Usiadł na brzegu pościeli,
odnajdując spojrzenie Jenn.
- Matko, ty jesteś
przerażona. Wybacz mi, może gdybym sam się tym zajął, nie doszłoby do tego – powiedział ze skruchą. Chciał dotknąć jej dłoni, ale cofnęła ją szybko.
- Nie dotykaj mnie! Ja.. ja
się boję.
To biedne stworzonko
zwinięte w kłębek wzbudzało w nim coś na kształt litość. Popatrzył szczerze w
jej zlęknione oczy i z pełnym przekonaniem rzekł:
- Jennifer, ja nigdy bym
cię nie skrzywdził.
Wyciągnął do niej dłoń. Jak
mogłaby mu nie uwierzyć? Podała mu swoją drobną rączkę i zamknęła oczy, gdy
przyciągnął ją do siebie.
Kazuma delikatnie gładził
ją po włosach. Czuł jak to maleńkie ciałko drżało w jego ramionach.
- Już dobrze, nie bój się – szepnął całując ją w czubek głowy.
Podniosła na niego ufne
spojrzenie bursztynowych oczu. Zniósł je bez większych skrupułów. Już dawno
temu nauczył się ignorować sumienie.
Subtelnie przejechał dłonią
po bladym policzku Jennifer. Mimo całego swojego zdeprawowania, nie mógł
odmówić jej tej szczypty czułości. Musnął wargami jej lekko rozchylone usta i
odsunął się odrobinę.
Łzy wciąż błyszczały w
oczach dziewczyny. Była piękna, tak nieskazitelnie piękna, jak potrafią być
tylko anioły. Przez cienką białą koszulę czuł ciepły jedwab jej skóry. W
powietrzu unosił się zapach, który od zawsze przypisywał tej kruchej istocie, a
z którego słodyczy dopiero teraz zdał sobie sprawę. Już nie potrafiłby jej
sobie odmówić.
Pocałował ją, czując jak
obejmuje szczupłymi ramionami jego szyję. Wplótł palce w białe niczym śnieg
loki, rozkoszując się jej smakiem.
Lekko ułożył ją na
pościeli, odrywając się na chwilę od jej ust. Pociągnął za tasiemkę u koszuli
Jennifer i oswobodził ją z ubrania.
Oddychała ciężko, starając
się nie zgubić jego spojrzenia. Bała się, że gdy tylko odwróci wzrok, pochłonie
ją strach. On był jej przewodnikiem, jej znakiem, kiedy była przy nim,
niczego nie mogła się bać.
Nachylił się nad nią i
szepnął:
- Nikt więcej cię nie
skrzywdzi, nie pozwolę na to. Daj mi tylko dziecko, mój aniele.
A ona uwierzyła mu we
wszystko. Bez słowa skinęła głową. Zamknęła oczy, czując jego dłonie na swoim
ciele i objęła go wpół. Była gotowa zapłacić każdą cenę za jego bliskość. Nawet
tę najwyższą.
<***>
Poczuła się jakby ktoś
zdzielił ją pięścią w brzuch. Zwinęła się w kłębek upadając na podłogę. Ból był
tak paraliżujący, że nie mogła złapać oddechu. Co się z nią, do cholery,
działo?!
- Fia! Matko, Fia, co się
stało?! – Jak przez mgłę usłyszała
głos ojca.
Podniosła rękę, chcąc dać
mu znak, że nic jej nie jest, jednak kolejna fala bólu przeszyła jej ciało,
sprawiając, że z jej piersi wyrwało się zdławione jęknięcie.
Gabriel natychmiast
podniósł ją z podłogi i zaniósł na stojącą nieopodal leżankę. Nie miał pojęcia
co robić. Nigdy wcześniej coś takiego się nie zdarzyło, ta bestia chroniła ją
od większości chorób.
Po kilku minutach Fia
odetchnęła głębiej i uśmiechnęła się mizernie.
- Przepraszam, już wszystko
dobrze – zapewniła i podniosła się
do pozycji siedzącej. Zmartwiona mina ojca mówiła jej, że to nie koniec. Tak
łatwo nie da sobie spokoju.
- Na pewno?
Pokiwała głową, więc dał
jej sekundę na złapanie oddechu.
- Fia, co to było?
Zastanowiła się chwilę.
Sama chciałaby wiedzieć. Nie mogła narzekać na zdrowie, fakt, zdarzały jej się
momenty nieznacznego osłabienie, ale nigdy nie było to coś poważnego. Nie
przeżyła niczego podobnego do tego bólu.
- Nie mam pojęcia. To się
pojawiło tak nagle, jak odeszło.
Gabriel westchnął, kręcąc
głową. Nie zawsze to okazywał, ale jego niepokój o Fię rósł z dnia na dzień, od
kiedy została Strażniczką. Czasem żałował, że wybór nie padł na Jenn. Ona była
silniejsza, miała znacznie mocniejszy charakter… Chociaż teraz już nie był
pewien tego osądu.
- Tylko proszę, nie mów nic
mamie. Zdenerwowałaby się niepotrzebnie, a wiesz, że w jej stanie…
- Wiem – odparł z łagodnym uśmiechem.
Oczywiście, że wiedział. I
tu nawet nie chodziło o stan Alice.
Fia nie lubiła, gdy
ktokolwiek się o nią niepokoił. Czułaby się okropnie, gdyby matka musiała się o
nią martwić, a gdyby jeszcze po tym wszystkim jej się pogorszyło (co w stanie
Alice wcale nie byłoby dziwne), Fia nigdy by sobie tego nie wybaczyła. Mimo
wszystko, znał swoje dziecko lepiej niż komukolwiek mogłoby się wydawać.
- A tak swoją drogą, co tu
robisz? – zapytała, z ulgą uznając
temat za zakończony.
Gabriel podszedł do
stolika, na którym zdążył postawić tacę, zanim zobaczył Fię zwijającą się z
bólu na podłodze.
- Przyniosłem ci
herbatę. Nie możesz siedzieć tu bez przerwy, zamęczysz się.
Przyjęła kubek parującej
herbaty, uśmiechając się z wdzięcznością.
- Wiem, tato. Ale już teraz
nie mogę tego sobie darować.
Westchnął ciężko. Tak
przypuszczał. Fia, mimo swojego łagodnego charakteru, miała upór matki, nie
umiała odpuścić czegoś, na czym jej zależało, a co ją przerastało. Ostatnio
doszła do wniosku, że klucz w rozwiązaniu zagadki musi tkwić gdzieś w ich
rodzinie. Dlatego wnikliwie studiowała ich drzewo genealogiczne, sięgając aż do
założycieli rodu. Wprawdzie ich biblioteka nie była do końca uporządkowana, a
część kroniki zaginęła lata temu podczas przeprowadzki z Anglii, ale Fia i tak
miała dostatecznie dużo pracy, a co gorsza, nie chciała przyjąć żadnej pomocy.
Była zdania, że skoro sama zaczęła, sama skończy.
- A jak się czuje mama?
Lepiej?
- Mam wrażenie, że tak.
Chociaż ubzdurała sobie, że coś w ogrodzie jest nieskończone, a przecież lada
dzień śnieg spadnie i jak zostawi to służbie, na pewno coś zrobią nie tak. – Wywrócił oczami, kręcąc głową.
Fia zachichotała,
przykrywając usta dłonią. Pod tym względem Alice była niemożliwa. Gdyby jej
hortensje zmarzły i wiosną nie wypuściły nowych liści, nikt nie byłby w stanie
powstrzymać jej gniewu.
- To dobrze. Powiedz jej,
że ja się tym zajmę. – Uśmiechnęła się łagodnie.
– A teraz idź się połóż. Musisz być wykończony.
Popatrzyła na lekko
podkrążone oczy Gabriela. Dniem i nocą był gdzieś w pobliżu Alice, by w każdej
chwili móc być na każde jej zawołanie. W dodatku raz na jakiś czas zaglądał do
Fii, by sprawdzić, czy u niej wszystko w porządku. Mało sypiał, będąc ciągle w
ruchu, między sypialnią żony, a biblioteką.
- Za jakiś czas będę musiał
zajrzeć jeszcze do mamy – odparł, wstając z
miejsca, na którym chwilę wcześniej zdążył się usadowić.
- Ja zajrzę, ty idź
odpocząć.
Nie było sensu nalegać,
więc uśmiechnął się do niej w podziękowaniu i uścisnął ją lekko.
- Tylko nie siedź zbyt
długo.
- Tak, tak. – Machnęła ręką, wyganiając go z pomieszczenia.
Kiedy wyszedł, podciągnęła
nogi pod brodę zwijając się w kącie leżanki. Nie chciała, żeby musiał się o nią
troszczyć, wystarczająco zajęcia miał przy matce, ona była poważnie chora, na
niej powinien skupiać uwagę.
Ale to, co się stało
zaprzątało myśli Fii. Nie wierzyła w to, że ten ból był przypadkowy, musiał się
z czymś wiązać. Tylko z czym? Spojrzała na bestię, ciągnącą się przez całe
ramię. Teraz była spokojna, ale w tamtej chwili czuła, jak szarpie się na jej
skórze, najwidoczniej zaskoczona tym zdarzeniem. Westchnęła i pokręciła głową.
Nie lubiła skupiać się na sobie. Wstała z miejsca i podeszła do pulpitu, na
którym wcześniej rozłożyła sfatygowany przez lata papier poznaczony wyblakłym
już tuszem. Powinna teraz zająć się pracą.
Jej wzrok śledził uważnie
linie, oznaczające stopnie pokrewieństwa. Wiedziała, że gdzieś między nimi jest
odpowiedź. Czuła to, była tego pewna.
Tuż obok leżały nowsze mapy
więzów krwi. Zerknęła na nie i jej wzrok padł na nazwisko Caroline Cage.
Zawsze żałowała, że lepiej
nie poznała poprzedniej Strażniczki. Ciocia Caroline wydawała jej się tak
niedostępna i surowa, że często bała się do niej odezwać. Ale czemu się dziwić?
Miała przecież tylko osiem lat, gdy ciocia umarła, a bazyliszek wybrał ją na
następczynię Caroline. Zawsze potem zastanawiała się, czy to odpowiedzialność
tak wpłynęła na charakter ciotki, która, jak twierdził Gabriel, była kiedyś
niezwykle ciepłą osobą. A może to poczucie zbliżającej się katastrofy w postaci
pojawienia się bliźniaczek w rodzie Cage? Położyła dłoń na medalionie, którego
praktycznie nigdy nie zdejmowała. Prócz bazyliszka był tym, co wiązało ją z
poprzednimi Strażniczkami. Również z Caroline. Kiedy przywoływała w wyobraźni
obraz tej staruszki o mądrych oczach, zawsze widziała ten medalion na jej szyi.
Pokręciła głową. Teraz na pewno nie dowie się już niczego o Caroline.
Spojrzała na zegarek i, tak
jak obiecała ojcu, zostawiła pracę, by iść odpocząć. Wcześniej jednak musiała
zajrzeć do matki. Wszystkich cieszyło to, że jej stan się poprawił, chociaż ze
względu na jego niestabilność, była to bardzo powściągliwa radość.
Zgasiła światło i wyszła,
zupełnie już nie myśląc o bólu, który wcześniej ją paraliżował. Skąd mogła
wiedzieć, ze to bliźniacza więź rozrywa jej serce?
<***>
Przeszywający wiatr z
północy wściekle szarpał łysymi gałęziami drzew i ze zdumiewającą prędkością
przeganiał po niebie ciężkie, ołowiane chmury.
Aya zmrużyła oczy,
spoglądając w okno. Na to, co miało ją czekać, była gotowa od dłuższego czasu i
teraz tylko wypatrywała kierowcy od Shirahime, który miał zawieźć ją na to
nieszczęsne spotkanie.
Po tym, co ostatnim razem
powiedział Yoshiro, była bliska załamania. Ten drań z chłodną satysfakcją
zabijał jej nadzieję. Sprawił, że wszystko to, co powtarzał jej Hiroshi,
uleciało gdzieś w nicość. Jak miała być szczęśliwa, kiedy ten potwór dzień w
dzień, do końca wieczności, będzie mógł bezkarnie ją gnębić?
Mimo wszystko, nie mogła
się tak łatwo poddać. Nie teraz. Nie mogła pozwolić, by Yoshiro napawał się
odniesionym nad nią zwycięstwem, musiała wzniecić w sobie choć odrobinę silnej
woli. Nie ma konieczności, by była śmiała, to nie leżało w jej naturze.
Wystarczy, że będzie po prostu obojętna. Tak, jak wszystkie te panienki z
dobrych domów, od lat świadome tego, że zostaną przeznaczone do małżeństwa bez
uczucia.
Dostrzegła na horyzoncie
samochód, toteż odeszła od okna i ubrała płaszcz, przysłuchując się ciszy
panującej w domu.
Nie, nie była sama. Maaya
ukryła się w sypialni, ze wszystkich sił starając się nie wybuchnąć płaczem
przed wyjściem córki. Do tej pory to ona próbowała podtrzymać wszystkich na
duchu, jako jedyna utrzymywała tę wykrzesaną nieco na siłę nutę optymizmu. Ale
w chwili, gdy zdała sobie sprawę z tego, że nie będzie miała żadnego prawa do
własnego dziecka, coś w niej pękło. Aya nie miała do niej o to żalu. Rozumiała,
że musi dać matce chwilę, by ta mogła się pozbierać.
Z kolei Kage nie potrafił
spojrzeć córce w oczy. Czuł się odpowiedzialny, za całe zło, którego mógłby
dopuścić się wobec niej Yoshiro. Jego poczucie winy było absurdalne. Ale o tym
wiedziała chyba tylko Aya.
Wyszła na zewnątrz. Wiatr
smagał ją po policzkach, kiedy obejrzała się na swój dom. Już
niedługo… pomyślała i podeszła do otwartych przez kierowcę drzwi. Młody
mężczyzna z najwyższym szacunkiem pomógł jej wsiąść do samochodu i już po
chwili ruszył z podjazdu.
Hiou nie chciała teraz o
niczym myśleć. Chciała mieć to już za sobą. Zamknęła oczy, odchylając głowę i
wsłuchała się w jęk wiatru na zewnątrz. Miała wrażenie, że to nad jej losem
płacze tak żałośnie.
<***>
Witam!
Tak, muszę najpierw wyjść z
szoku, że skończyłam ten rozdział tak wcześnie (biorąc pod uwagę
kilkumiesięczne przerwy - tak, to jest wcześnie)! :D Nie spodziewałam się tego
zupełnie, ale narzekać nie zamierzam! xD
W związku z trwającymi
wakacjami, nie spodziewałabym się częstszego pojawiania się rozdziałów. Może
jeszcze coś uda mi się napisać, ale obawiam się, ze wyczerpałam limit weny na
ten rok. Chociaż, jak widzicie, w opowiadaniu ogólnie panuje teraz optymizm, a
że nie szykuje się na zmianę w najbliższym czasie.... No, to może kogoś jeszcze
zdążę uszczęśliwić. :3
Starczy tego ględzenia!
Tym, którzy mają egzaminy - powodzenia! Pamiętajcie, że zawsze może być gorzej!
;)
Pozdrawiam - Andzik
Dzięki za info!
OdpowiedzUsuńMiałam odpisać wcześniej, bo już przeczytałam, ale...czas, to coś czego mi wybitnie od jakiś dwóch tygodni brak!
Ok, po pierwsze-Aya do boju! Nie daj się stłamsić tej szui, która ma być Twoim mężem! Walnij go w mord*! Albo kopnij między nogi, to też skuteczne xD
Gdzie jesteś Hiroshi, jak cię potrzebujemy????
Dwa: Jenn to baardzo biedne, naiwne stworzenie ;/ Nie żal mi jej, choć podejrzewam, że powinno. Bardziej mnie irytuje. Hm...
jestem nieczuła ^^"
Zupełnie nie pamiętam, co jeszcze miałam napisać... Ale wstyd! Taka młoda, a już skleroza!
Co do egzaminów-mam jeszcze jeden, obym zdała! Póki co nawet o nim nie myślałam, więc.. .marnie się zapowiada, ale mam go dopiero 6 lipca, więc może się nauczę... Ha! Dobry żart!
Pozdro i weny! :*
K.L.
Tia, wiem. Dlatego to takie dobijające. Staramy się, staramy i staramy, i co? Nic. Nie wychodzi. Nie jest takie jakie być powinno. I nie tylko o pisaniu mówię. W sumie można to przełożyć na wiele sfer życia...
OdpowiedzUsuńJeśli jeszcze raz usłyszę, że życie studenta jest "lajtowe" to przysięgam, strzelę tę osobę w zęby xD
Hehehe xD Ja nic nie proponuję, ja podaję pomysł xD I to dobry :P
Buuu... Czekam na Hiroshiego ;)
Właśnie ^^" Mój ulubiony typ bohaterki-silna laska z charakterem xD Cóż, widać, jestem przewidywalna ^^"
Bawi? Hm... Masz sadystyczne skłonności? nie wiedziałam! o.O
Znam to-nie wiem co jadłam na śniadanie, nie wiem gdzie zostawiłam klucze etc. Ehhh... Zazdroszczę tym babciom!
Dzięki za komentarz u mnie :*
Dobra, biorę się wreszcie za ten komentarz, bo nigdy go nie napiszę. Kiedy miałam na niego wenę, nie miałam czasu. Kiedy mam czas - nie mam weny. Życie jest taaaakie niesprawiedliwe! :(
OdpowiedzUsuń„Nie mogła posunąć się do tej zniewagi, w końcu w chwili, gdy Aya zostanie oficjalnie żoną Shirahime, nowa rodzina będzie mogła zabronić jej kontaktu z rodzicami. I, co gorsze, będzie miała do tego prawo.” - Że co? Że jak? Co to, kurka, średniowiecze?! Wampiry zawsze są takie staroświeckie i surowe. ;_; Kurczę no, dobiło mnie to. I coś czuję, że dobije mnie jeszcze niejedno. Jeny… Jakby już sam fakt poślubienia tej świni nie wystarczył! ;_;
Nie masz pojęcia, jak współczuję Maayi konieczności przeżycia tego rodzaju sytuacji. O rety… Umarłabym chyba na jej miejscu. No, na miejscu Ayi zresztą też. To okropne, kiedy nic nie można zrobić, choćby nie wiem jak bardzo się tego pragnęło.
Uch, ten Yoshiro… Zabić to za mało! Rozerwałabym go na strzępy, a potem posklejała tylko po to, żeby znowu rozszarpać. Co nie zmienia faktu, że to świetna postać, tak, tak. Ale mimo tego niesamowicie mnie irytuje i mam ochotę go wypatroszyć. Przychodzi nieproszony, „żeby się zabawić”, prawie doprowadzając tym niewinne istoty do zawału. I to ma być dżentelmen? Phi!
Cha. Cha. Obiad, co? W jaskini lwa? No jasne, już lecę. x_x Aya, zwiewaj, póki możesz!!! Toć ten debil wszystko może jej zrobić na swoim terenie. >.<
Szczerze mówiąc, ryczeć mi się chce, gdy czytam ten fragment. Kiedy tak wyobrażam sobie siebie w sytuacji Ayi, Maayi czy Kage, mam ochotę się powiesić…
„Trzasnęły drzwi wejściowe, a po chwili do salonu wpadł Kage Hiou. Jego jasne oczy tchnęły taką nienawiścią, że Śmierć mogłaby z pewnością powierzyć mu swój urząd.” - Skoro już o Śmierci mowa, może by tak jej szepnąć słówko, żeby „przypadkiem” zabrała ze świata doczesnego pewnego aktorzynę z przerośniętym ego? ;]
Takami to taki typowy żałosny fanatyk. Ale tacy niestety często są groźni… Ciekawe, co gość jeszcze wymyśli…
Uch, dałby tej biednej Aice spokój, a nie! Nic, tylko wszystko zwala na to biedne dziecko. :/
Oj, Jonathan, Jonathan, odkochaj się, bo nawet gdyby Mari poszła kiedyś po rozum do głowy, to nic dobrego z tego nie wyjdzie! Jeny, jak ona mnie wkurza od pewnego czasu. ^^’ Za to Jonathan jest słodki, choć może nie należy do moich ulubionych bohaterów tego opowiadania. :P Mimo wszystko jest jednak w porządku i tak ładnie dba o Aikę… I właśnie nie patrzy na nią przez pryzmat jej rodziców, na szczęście.
Scena ze snem Ayi mocno mnie zaniepokoiła i zaintrygowała. Pamiętam, że kiedy czytałam ją pierwszy raz, napadło mnie tysiąc teorii, ale co najmniej połowy już nie pamiętam. xD Ogółem czy to ta sama dziewczynka, która kiedyś tam już się pojawiła w innym śnie Ayi? Tamta też była brunetką o zielonych oczach. Chyba tańczyła i wzywała jakieś swoje dzieci (choć raczej nie w dosłownym sensie?)… No, w każdym razie… Ciężka sprawa. Aya zna jej mamę, co? Pytanie, kogo właściwie zna Aya. xD No i ta mała nazwała ją „ciocią”. Tyle że nie wiadomo, czy chodzi o prawdziwą ciocię, czy ona powiedziała to ot tak sobie, jak to się często mówi (w sumie nie tylko w Japonii). Dobra, nie wnikam, poczekam sobie (pewnie całe wieki) na rozwiązanie tej sprawy (i tysiąca innych).
No i stało się. Shin zaciągnął wreszcie Jenn do łóżka. ;_; Kurczę, biedna mała. No ale z drugiej strony - sama chciała. Jak zwykle mam tu mieszane uczucia.
Shin jak zwykle boski i okropny jednocześnie. xD Kocham!
Fia chyba doskonale czuje, co się dzieje z jej bliźniaczką, co? :( Ach, ta bliźniacza więź… Żal mi i jej, i Jenn, ale co zrobić, kiedy bachory nie potrafią dojść do porozumienia? :/ Ech, jeszcze ten stan Alice… Jak tak dalej pójdzie, to wykituje. Chociaż kto wie, może Fia znajdzie coś ciekawego w tych wszystkich księgach? Zobaczymy.
Nie no, rodzina Hiou w każdej wersji musi mieć zdrowo przechlapane, inaczej to nie byliby już oni. x_x Masakra…
Na miejscu Ayi zaśpiewałabym sobie „Żegnam was, już wiem: nie załatwię wszystkich pilnych spraw…” ;]
Wybacz, że tak krótko, ale naprawdę nie mam weny. Znowu. Życie jest brutalne.
Hey! Zapraszam na rozdział 22 Czarownicy!
OdpowiedzUsuńK.L.
Dzięki za komentarz! :*
OdpowiedzUsuńEj no, nie spodziewałam się, że końcówka wywrze aż takie wrażenie! o.O Ale oczywiście, cieszę się, że tak się stało :D
Cóż, kolejny blog pojawi się pewnie po opublikowaniu Epilogu, który jest serio króciutki, po prostu ładne zakończenie serii ;)
Jeszcze raz dziękuję za komentarz i w ogóle-poważnie, jak ktoś to czyta, to aż chce się pisać więcej ;)
Pozdro!
K.L.
Zapraszam na Epilog Czarownicy!
OdpowiedzUsuńK.L.
Zapraszam na rozdział 1 Czar-Łowczyni!
OdpowiedzUsuńK.L.
Zapraszam na rozdział 2 Czar-Łowczyni!
OdpowiedzUsuńK.L.
No dobra wiem że nie mam usprawiedliwienia że komentuje dopiero teraz ale jakoś tak wyszło ^ ^" Wybacz mi bardzo ładnie proszę! Q.Q Liczę że już niedługo dostanę nowy rozdzialik na który bardzo czekam! No dobra ale wracając do rozdziału...
OdpowiedzUsuńNo to pierwsza scenka...
OMG a samym wstępie powiem że nooooo kocham Yoshiro!!! Wiem że to degenerat i w ogóle ale ja i tak gościa kocham xD Wiem że Aya nie może go zdzierżyć bo Hiroshi ale nooo on jest mega xD Każda jego aluzyjka, każdy komentarzy był po prostu cuuuuuudowny! Był niczym zatruta szpileczka wbijana w czułe miejsce! Maaaaaasakra piękne! <3<3<3 No a co najlepsze wszystko robił z iście anielskim i dżentelmeńskim uśmiechem! Nooooooż gościu masz Nobla !!!! Ja po prostu widzę całą tą scenę słyszę jego cudny głosik gdy mówi chociażby "..." ! Q.Q Powiem ci Andzik że moja wizja jest zacna!
Doba pozachwycałam się trochę nad zacnym narzeczonym Ayi teraz wypada mi się trochę załamać nad jej losem i losem całej jej rodzinki xD Nie noo ale jak mam być szczera to powiem ci że nie jestem wstanie wyobrazić sobie jak bym się czuła gdyby to mi przytrafiło się coś takiego jak jej... Może uwielbiam Yoshiro ale jak pomyśle sobie jak wredna szuja z niego to mi ciarki po plecach przechodzą ^ ^" Dobrze wie gdzie uderzyć żeby bolało najbardziej... Nooo kurde Ayi nie będzie wolno wziąć nic co mogłaby kojarzyć z domem! D: Noooo kurdę jak tak można! ;( Tak btw mój Michael miał choć tyle litości że pozwolił Ayi coś tam zabrać i no i miała Suzu ^ ^" Tak że jak widać mój najbardziej jak do tond wątek mógł być jeszcze bardziej tragiczny... Hmmm... Więc muszę to szybko zmienić! :D No ale wracając do rozdziału bo kurczę paplę trzy po trzy... Właściwie nie wiem czemu ale w tej scence chyba najbardziej żal mi było Maayi Q.Q Znaczy nie żebym nie współczułam Ayi i Kage ale tu Maaya była tak bezbronna, bezradna i jakby to powiedzieć całkowicie zahukana osobą Yoshiro i jego mateczki... Heh szykuje nam się małe spotkanie Ayi z przyszłą teściową i jej syneczkiem (czyt. narzeczony Ayi)... Czuję w kościach że ten cały obiat wyjdzie jej bokiem ^ ^" Czekam więc z niecierpliwością na to wydarzy się dalej!
Nie nooo powiem ci że ja kocham twoje opisy xD "..." "..." Noooo po prostu kocham <3 Jeeeeny nooo Takami skojarzył mi się z takimi faryzeuszami! >.< Nie trawie tego gościa >.< Ech ciekaw jestem jakich kłopotów jeszcze przysporzy głównej bohaterce...
Jejku tak mi żal Jonathana T.T Ech normalnie kojarzy mi się z jakimś typowym bohaterem romantycznym który jest wiecznie nieszczęśliwie zakochany w jednej kobiecie Q.Q Bieeeeedak ;( Hmmmm w sumie trochę taki Suzaku z VN... Ech noooo mam nadzieje że jako tako poradzi sobie i być może chociaż odkocha się :( Ech po raz n-ty pochwale twoje opisy które tu poprostu doprowadzają mnie do rozpaczy i łez ;(
Noooo i mamy sen... O kurdę D: No to nieźle... Cioci...?! Jaka kurde ciociu?! Andzik no wiesz... Najprostrzym wyjaśnieniem byłoby stwierdzenie że ta mała jest córką brata bądź siostry Ayi o którym ta nie wie ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć... Hmmm ta mała mówi że Aya zna jej mamę... Hmmm... Ciekawe, Ciekawe... Ech jak ja bym chciała przeczytać co będzie dalej T^T
Ekhem więc teraz moment w którym moje serce pękło i nie jest wstanie się pozbierać...
Powiem tak ja wciąż nie jestem wstanie pogodzić się z faktem że moja siostrzyczka zrobiła to co zrobiła... Nie obłaskawia mnie nawet fakt że ten degenerat i zboczeniec był dla niej całkiem miły... Matko jak ja bym mogła rozszarpałabym go na drobne kawałeczki! >.< Ja nie mogą jaki on jest dwulicowy i perfidny! >.< Agrrrrr... zabić to mało! >.< Wiesz co chyba będzie lepiej jeżeli na temat tej sceny już więcej się nie wypowiem bo obawiam się że mogłoby się to źle skończyć...
OdpowiedzUsuńAndzik powiem ci tak... Złagodziłaś ból mego serca po hańbie mojej siostry tą sceną... Jej jakie to wzruszające że mam tak silną więź z moją bliźniaczką Q.Q Taaaa dobrze że ani Fia ani jej rodzice nie wiedzą czym był spowodowany ten ból -.- Nie noooo, dobra dość bo się nakręcam niepotrzebnie... Jeżeli mam być szczera to chyba naprawdę najbardziej żal mi w tym momencie rodziców bliźniaczek… Serio… Zwłaszcza mateczka ;( Nie no serio autentycznie serce mi krwawi T^T Ech mam nadzieje że Fia znajdzie coś na tego pajaca T^T
No i ostatnia scena!
Powiem tak genialnie oddałaś stan psychiczny naszej jakże szczęśliwej narzeczonej! No i opis przyrody zacne! W ogóle tn fragment pełen jest cudnych opisów! Q.Q Tak więc nasza Aya wkracza do jaskini lewa, ach nie mogę się doczekać! :D
Dobra na dziś to koniec więc czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział <3 Pisz szybciutko!
Buziaki!
Suzu