W
półmroku pokoju wyraźnie rysowały się kształty dwóch sylwetek. Drobna dziewczyna,
leżąca na łóżku drżała przerażona tym, co ją czekało. Wyrywała się, naiwnie
wierząc, że da radę się oswobodzić. Gdy silne dłonie ścisnęły jej nadgarstki
niczym imadło, zacisnęła powieki w przypływie bólu.
- Im mniej będziesz się wyrywać, tym
mniej będzie bolało. Zastanów się – szepnął głęboki, niski
głos. Po chwili zastanowienia dodał ze śmiechem: - Choć tak na dobrą sprawę dla urozmaicenia nie miałbym nic przeciwko
temu pozornemu oporowi. Ostatecznie i tak wszystkie ulegacie – jego
ostatnie słowa przesycone były szyderczą pogardą.
Stłumiła
w gardle szloch i szeroko otworzyła oczy, spotykając te na pozór łagodne,
orzechowe tęczówki, które z miejsca urzekały niejedno wrażliwe serce. W jego
spojrzeniu fascynacja mieszała się z rozbawieniem.
Zebrała
wszystkie siły i szarpnęła się. Zdecydowane pchnięcie skutecznie ją
unieruchomiło.
-To wszystko? Rozczarowujesz mnie. –
Zaśmiał się cicho tuż przy jej uchu.
Przygwoździł
jej ręce nad głową. Wolną dłonią przesunął po nagiej skórze pokojówki i
zatrzymał ją na biodrze dziewczyny, przyciskając ją do materaca. Nie miała
żadnego pola manewru.
- Yoshiro-sama, błagam… -
wyszeptała roztrzęsiona, odwracając głowę w bok. Nigdy wcześniej tak się nie
bała. Nie mogła na niego patrzeć. Pierwszy raz w jej życiu ktoś tak brutalnie
ją traktował, pierwszy raz w życiu czuła się tak bezsilna i upokorzona.
Pragnęła tylko, by to się szybko skończyło.
Nieprzeciętnie
bawiła go ta rozpacz. Prawda była taka, że jeszcze się nie zdarzyło, by
czyjekolwiek błagania wywoływały w nim coś prócz śmiechu. To biedne dziewczątko
w akcie desperacji wierzgało jakby miało jeszcze jakiekolwiek nadzieje. Nie
wiedziała, że nigdy nie odczuwał litości.
Lekko
musnął ustami białą, miękką skórę ramienia i przesunął je wzdłuż obojczyka w
kierunku szczupłej szyi. Zatrzymał się, gdy wyczuł mocno pulsującą żyłę.
Odchylił lekko głowę i uśmiechnął do dziewczyn, po czym gwałtownie wbił kły w
jej szyję.
Ze
świstem wciągnęła powietrze, gdy przeszywający ból sparaliżował jej kończyny.
Poczuł jak spięte do tej pory mięśnie rozluźniają się. Już nie stawiała oporu.
Odarł ją z godności i woli walki.
Nie
chciał zabijać tej pokojówki. Nie miał ku temu żadnego powodu, żywa mogła
zapewnić mu znacznie więcej rozrywki.
Brutalnie
wyrwał kły, rozszarpując ranę. Będąc wciąż pod działaniem pierwszej fali bólu,
nawet tego nie poczuła.
Podniósł
się i poprawił na sobie ubranie. Popatrzył na nieruchome ciało dziewczyny jakby
było tylko zużytą ścierką. Już nie mógł doczekać się najbliższych dni, w
których będzie mógł napawać się jej cierpieniem.
- Nie bierz tego do siebie. To nic
osobistego, przyzwyczaisz się – rzucił beztrosko,
zakładając marynarkę.
Wyszedł,
nie zamykając za sobą drzwi. Po kilku krokach napotkał służącą.
- Posprzątaj to, byle szybko. No,
chyba że zamierzasz do niej dołączyć. – Uśmiechnął się z
szelmowskim błyskiem w oku i ruszył w kierunku swoich pokoi.
Wszedł
do gabinetu, gdzie czekała na niego filiżanka parującej kawy. W ich rodzinnej
posiadłości wszyscy chodzili jak w szwajcarskim zegarku odkąd sam zaczął o to
dbać. Jego ojciec nigdy nie miał serca rozprawić się ze służbą, a zrezygnowanej
matce było wszystko jedno.
Usiadł
za biurkiem, uśmiechając się z zadowoleniem. Ostatnimi czasy wszystko układało
się niemal perfekcyjnie. Z jego strony przygotowania do ślubu były dopięte na
ostatni guzik, zostało mu już tylko odliczać dni i delektować się cierpieniem
swojego przyszłego teścia. Ach, nieszczęśnik! Gdyby tylko mógł, rozerwałby
Yoshiro na strzępy. Ale nie mógł. Kage doskonale wiedział, co jemu i jego małej
Ayi zrobiłaby rodzina Shirahime wraz ze Starszyzną, gdyby tylko dziedzicowi
jednego z tak niewielu najstarszych rodów spadł chociaż włos z głowy.
Pociągnął
łyk mocnej, czarnej kawy. Drobną przeszkodą był tylko rycerzyk jego
narzeczonej. Nią samą się nie przejmował, w końcu i ona pogodzi się ze swoim
losem i ulegnie. Do tego czasu musiał się rozprawić z tym nekromantą. Nigdy nie
zapomni mu zniewagi. Zemści się i sprawi, że Teramoto z powrotem wpełźnie do
tej mogiły, z której wylazł. Był jednak perfekcjonistą, wszystko co robił było
staranne i doskonałe, a co ważniejsze, załatwione w rękawiczkach. Czekał na
odpowiedni moment. Przecież nikt nie mógł wiązać jego - najniewinniejszej
ofiary nieodwzajemnionego uczucia - ze zbrodnią!
Wyrównał
idealnie złożony plik papieru listowego i rozłożył przed sobą kartkę. Chwycił
pióro. Zapisał kilka zdań i podpisał się. Czekając aż wyschnie atrament,
przyglądał się idealnemu, równemu pismu. Kiedy był pewny, że żadne ze słów się
nie rozmaże, złożył list na pół i włożył do koperty.
Sięgnął
po mały dzwoneczek i krótko nim potrząsnął, zerkając na zegarek. W okamgnieniu
w drzwiach pojawiła się dziewczyna.
- Pięć sekund, coraz lepiej Yuriko –
pochwalił, uśmiechając się z aprobatą.
Skinęła
w podzięce, nie podnosząc wzroku. Kiedy wyciągnął dłoń z listem w jej stronę,
podeszła i odebrała kopertę.
- Zanieś to pani. Powiedz, że bardzo
mi zależy.
Dziewczyna
kiwnęła głową, a kiedy pozwolił jej odejść, ukłoniła się i zniknęła równie
szybko, jak się pojawiła.
Oparł
się o oparcie fotela i wolno popijając kawę, zastanawiał się nad planem
kolejnego wieczora. Zawsze działał według planu, nie znosił chaosu i irytowało
go wszystko, co rozbijało jego harmonogram. Jutrzejszy dzień zależał od
odpowiedzi, którą dostanie od matki.
Etsuko
Shirahime, z domu Takeda, od lat żyła we własnym świecie, ignorując wszystko,
co działo się wokół niej. Całymi dniami potrafiła wpatrywać się w krajobraz za
oknem, rozmyślając nie wiadomo o czym. W głębi duszy była marzycielką,
artystką, a okowy, które na nią nakładano od dzieciństwa sprawiły, że zamknęła
się w sobie. Czasem odgrywała rolę żony idealnej, choć mąż był dla niej tylko niewygodnym
meblem w sypialni, który skutecznie ignorowała. W drugą stronę działało to
zupełnie odwrotnie. Ojciec Yoshiro widział w jego matce ucieleśnienie bóstwa,
najwyższą świętość. Był na każde jej skinienie, z nabożną czcią całował
podsuwaną mu białą rączkę, obejmował wąską talię lub obdarzał wiernym
uśmiechem. Chociaż w tym związku tylko uśmiech był wierny. Swym chorym
fantazjom dawał upust na boku, zachowując dla nieziemsko pięknej i oziębłej
żony łagodną czułość. Mimo wszystkich swoich wad oboje bardzo kochali jedyne
dziecko. Zawsze dawali Yoshiro wolną rękę i kryli wszystkie jego „drobne
błędy”.
Uśmiechnął
się lekko. Jego przyszła żona z pewnością będzie zrozpaczona swoją nową
rodziną. Biedaczka, nie będzie miała tu żadnego sprzymierzeńca! A co lepsze,
gdyby chciała się komuś pożalić, to i tak nikt jej nie uwierzy. W końcu
uchodził za anioła.
Kiedy
usłyszał ciche pukanie do drzwi, rozkazał wejść. Służąca z oczami wbitymi w
ziemię weszła do środka.
- Pani dała ci odpowiedź?
Skinęła
głową.
- Pani kazała przekazać, że się
zgadza – oznajmiła ze spokojem cichym, choć wyraźnym głosem.
- Dziękuję, Yuriko, spisałaś się,
możesz odejść.
Po
zniknięciu dziewczyny jeszcze przez chwilę wpatrywał się w drzwi. Yuriko była
bystra, dokładna i posłuszna. Poza tym, jej jednej mógł ufać. Pierwsza miała
okazję przekonać się, że nie żartował, gdy mówił, że nie będzie tolerował
żadnych sprzeciwów. Wystarczyła ta jedna lekcja, by nauczyła się dyscypliny. Od
tamtej pory nie miał powodów, by na nią narzekać. Mało tego, postanowił, że
przydzieli ją Ayi, kiedy ta już zamieszka w jego posiadłości.
Odwrócił
się w stronę okna. Wiadomość, którą dostał bardzo go satysfakcjonowała. Jeśli
matka wyrażała zgodę, mógł liczyć na niezły kabaret.
- I pomyśleć, że to tylko początek! –
Zaśmiał się dźwięcznie i wstał z fotela.
Zamierzał
odwiedzić matkę, by uzgodnić z nią (czy też raczej: przekazać jej) plan
działania. W końcu wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik.
<***>
Nie
do końca zdawała sobie sprawę z tego, co działo się wokół niej. Czy to skrzypią
schody pod ciężarem czyichś kroków? Czy to ktoś puka do drzwi, nawołując cicho
jej imię? Czy to może wyobraźnia stroi sobie z niej żarty? Nie dbała o to.
Gasnący za oknem dzień znaczył różowawą łuną zachodzące
granatem niebo. Aika wpatrywała się w słońce, którego ostatnie przebłyski
prześwitywały między drzewami i choć mogłoby się wydawać, że patrzy uważnie,
nie dostrzegała niczego. Nawet nie zwróciła uwagi na to, że ktoś wszedł do
pokoju.
- Aika… - zaczął
cichy, równie daleki, co znajomy głos.
Nie potrafiła zmusić się do tego, by spojrzeć na przybysza.
Zresztą, czy był w tym jakiś sens? Mogła patrzeć i nie widzieć. Mogła słuchać,
lecz nie słyszeć.
Jonathan podszedł powoli i usiadł na brzegu łóżka. Żal
ściskał mu gardło, a gniew palił w piersi, gdy widział tę drobną i nieruchomą
postać. Zawołał ją raz jeszcze. W końcu odwróciła się powoli. Patrzyła na niego
takim wzrokiem, jak gdyby widziała go po raz pierwszy. Nie wiedział czy
bardziej bolało go to puste spojrzenie, czy to jak zamierzano wykorzystać
rozpacz tej kruchej istoty.
- Aika, musisz wstać.
Lucyfer postanowił zrealizować swój podły plan tego wieczora,
a Jonathan miał jakoś przygotować na to Aikę. Tylko jak? Jak miał tchnąć choć
odrobinę życia w to ciało z duszą sponiewieraną do granic możliwości? Jak miał
powiedzieć jej do czego miała zostać wykorzystana bezbrzeżna rozpacz, w której
tonęła? Jak?... Może wcale nie powinien jej mówić…
- Po co? – spytała
ledwie poruszając ustami. Wbijała w niego spojrzenie jakby nie mogła zrozumieć,
czego on od niej oczekuje.
- Po prostu wstań –
odparł, odwracając głowę w drugą stronę.
Nie chciała się ruszać. Chciała móc już na zawsze zostać tam
gdzie była. Zupełnie sama. Chociaż… Czy to miało jakiekolwiek znaczenie?
Ostatecznie było jej wszystko jedno.
Zsunęła z siebie pościel i ostrożnie postawiła nogi na ziemi.
- Proszę, ubierz się. –
Wskazał dłonią krzesło, na którym wisiała skromnie skrojona sukienka bez
zdobień.
Aika zauważyła tylko jej żałobną biel. Coś boleśnie zakuło ją
w piersi. Podniosła się i nagle zdając sobie sprawę ze słabości mięśni, oparła
się o ramę łóżka.
- Aika, w porządku? –
spytał, zrywając się na równe nogi. Szybko jednak zdał sobie sprawę z
niedorzeczności swojego pytania i odwrócił wzrok przeklinając się w myślach.
Dziewczyna nie zwróciła na to uwagi. Ba, nie wiadomo było czy
w ogóle słyszała teraz jego głos. Po prostu chwyciła wieszak i powoli jak w
transie ruszyła da łazienki.
Jonathan przeszedł niespokojnie po pokoju, przeczesując włosy
roztargnionym gestem. Chciał oszczędzić jej bólu. Nie mogła już bardziej
cierpieć, w końcu i tak była w rozsypce. Czy jednak jest zdolny jej pomóc?
Wróciła do pokoju. Nawet na moment nie zatrzymując wzroku na
Jonathanie, podeszła do łóżka i opadła na nie, podciągając nogi pod brodę.
Ciemne włosy w nieładzie okryły jej ramiona i zasłoniły twarz.
Sięgnął po leżącą na biurku szczotkę do włosów i usiadł obok
dziewczyny. Delikatnie przeczesywał splątane pasma, przegarniając je do tyłu.
Nie reagowała nawet na mocniejsze pociągnięcia. Siedziała zwinięta w kulkę,
lekko oplatając łydki ramionami. Nie wiedział co powinien zrobić, co
powiedzieć… W jego głowie, zupełnie jak w oczach Aiki, panowała pustka. Gdyby
chociaż płakała, gdyby mogła dać upust swojej żałości, wtedy próbowałby jakoś
ją uspokoić, złagodzić ten ból. Ale nie uroniła nawet jednej łzy.
Odłożył szczotkę na bok. Przez chwilę w zamyśleniu wpatrywał
się w wygięte w łuk plecy Kiyokuro. Czy zawsze była tak wątła i mizerna?
- Aika, musimy już
iść.
Po paru długich sekundach uniosła głowę i zeszła z łóżka.
Dokąd iść? Po co? Nie zaprzątało to jej myśli. Nic nie miało znaczenia. Byle
mogła już wrócić i znowu zaszyć się w swojej cichej i pustej sypialni.
Wsunęła stopy w stojące przy krześle pantofelki na płaskiej
podeszwie. Odwróciła się do Jonathana. Chciała mieć to za sobą.
Wstał i podszedł do niej, przyglądając się jej uważnie.
Cierpienie w ten charakterystyczny sposób odcisnęło się na twarzy Aiki,
uszlachetniając łagodne rysy. Zacisnął pięści. O tak, ten widok z pewnością
„wzruszy” serca tych kanalii! Podał jej ramię, które ujęła tak lekko, że ledwie
poczuł dotyk drobnej dłoni.
W jednej chwili znaleźli się w Piekle.
Blondyn prowadził ją dokądś długim, prostym korytarzem.
Kiyokuro nie rozglądała się. Patrzyła przed siebie, kiedy skręcili w lewo i
zeszli po krętych schodach. Gdzieś w dole słyszała gwar ożywionej rozmowy, ale
nie skupiła się na tym. Kiedy znaleźli się w następnym korytarzu, hałas zaczął
się nasilać. Podeszli do ciężkich, drewnianych drzwi.
- Zaraz będzie po
wszystkim – szepnął i pociągnął za klamkę.
Wprowadził ją do pomieszczenia.
Powinien ją uderzyć chaos, który tam panował, ale nie
zwróciła na to uwagi. Zupełnie jakby wszystko to działo się gdzieś poza jej
świadomością.
A działo się wiele! Lucyfer siedział u szczytu stołu, z
obojętnością lustrując swoich gości, którzy w ciągu pół godziny od kulturalnej
wymiany uprzejmości przeszli do zajadłego wrzasku. Jedni przez drugich pluli
jadem w kierunku osoby, która nic sobie z tego nie robiła.
Dowódca Legionu siedział wyprostowany, z cierpliwą miną i
pogardą w spojrzeniu przyglądając się wszystkim jakby byli tylko sforą psów,
ujadających u nóg pana.
Lucyfer, gdy zobaczył Aikę, podniósł się z krzesła i podszedł
do niej. Wtedy wszyscy zamilkli. Uśmiechnął się niedostrzegalnie, widząc ten
nieobecny wzrok. Wyciągnął rękę, a kiedy położyła na niej swoją dłoń,
poprowadził ją do stołu.
- Panie Takami, czy
tak według pana wygląda zło, z którym kontakt skazał te biedne dzieci na
śmierć?
Nikt nic nie powiedział. Wszyscy wpatrywali się w okrytą
bielą postać dziewczyny. Wśród zgromadzonych była Miho Sora, Tadao Takeda razem
z jakąś średniego wzrostu brunetką i Shinem Kazumą, kilka ważniejszych
osobistości z prawdziwego świata i Śmierć, która obserwowała wszystko z boku,
szepcząc coś na ucho Lilith.
Aika potrafiła tylko poprzez cienką zasłonę łez, z żalem i
nienawiścią, patrzeć w oczy Takamiemu.
- Zło zawsze jest
niepozorne – odparł wyważonym tonem, znosząc spojrzenie Niszczycielki.
Pan Piekła pokręcił głową i usadowił Aikę na krześle obok
siebie.
- Panie Takami,
wszyscy wiemy, że tu nie chodziło o zło, tylko o zemstę. W dodatku zupełnie
nieuzasadnioną – odpowiedział mu Takeda.
Zmierzyli się wzrokiem. Przewodniczący Starszyzny już
wcześniej powiedział mu, że będzie musiał wystąpić przeciw niemu, więc
Takamiego wcale ta uwaga nie zdziwiła.
- Wy, którzy nazywacie
się sprawiedliwymi i macie czelność nas umoralniać, śmieliście zamordować -
bestialsko zamordować - dwoje dzieci. I po co? Po to, żeby zemścić się na innym
dziecku – dodał mężczyzna o ciemnej karnacji i brązowych, niemal czarnych
oczach.
- Sądzę, że sprawa jest
jasna. Nie ciągnijmy dalej oskarżeń, zdecydujmy, co powinniśmy z tym zrobić –
powiedziała Sora, chcąc oszczędzić Aice wysłuchiwania tych wszystkich zarzutów.
W końcu była jej coś winna. Posłała szatynce współczujące spojrzenie, ale
zdawało się, że niczego nie dostrzegła. Gdzie podziała się ta śmiała i
stanowcza dziewczyna, którą widziała ostatnio?
- Wszystko to jest
winą pana Takamiego, nie ma sensu obwiniać Pogromców, w końcu oni tylko ślepo
wykonują rozkazy. Powinniśmy wnosić o odwołanie pana Takamiego z funkcji
Dowódcy i wymierzenie mu stosownej wobec jego czynów kary – rzekła jakaś
kobieta o baśniowo fioletowych oczach i czarnych włosach.
- Rzecz jasna,
obserwatorzy Pogromców już nie będą mieli wstępu na nasze spotkania. Dodatkowo
proponuję uważniej przyjrzeć się ich działaniom, które w ostatnim czasie są co
najmniej niepokojące. – Takeda rzucił podejrzliwe spojrzenie Dowódcy.
Nastała chwila milczenia. Wszystkie oczy były zwrócone ku
Lucyferowi. Ostatnie słowo zawsze należało do niego.
Brunet zamyślił się. Był nieco rozczarowany, że Kiyokuro nie
zjawiła się na samym początku zebrania, kiedy obfitowało w niebywale barwne i
ekspresyjne wypowiedzi. Cóż to było za przedstawienie! Mało brakowało, a
spotkanie elity prawdziwego świata zamieniłoby się w zwykłe mordobicie! Tak jak
przewidywał, zbrodnia Takamiego wywołała wielkie emocje.
Przede wszystkim, wszystkie rasy zawarły całe wieki temu
niepisany pakt z ludźmi, na mocy którego dwa światy – ten prawdziwy i ten
ludzki – miały istnieć obok siebie, ale nie przeplatać się. Jedynym łącznikiem
między światami byli Pogromcy, ludzie nadzorujący prawdziwy świat. Ich również
dotyczył pakt, w którym wyraźnie mówiło się o tym, że zwykli ludzie niemający
związku z tym, co określają mianem nadprzyrodzonego, są nietykalni. Oczywiście,
zdarzały się „drobne” ustępstwa. Przymykano oko na człowieka zabitego przez
wampira lub takiego, który padł ofiarą wygłodniałego demona, ale przewinienie
Takamiego nie pozostało bez odzewu. I bynajmniej nie miało to związku z
praworządnością.
Takami był solą w oku. Nadgorliwy, sumienny, perfekcyjnie
dokładny fanatyk, wykorzystujący każdą okazję, by tępić „zgniliznę tej ziemi”
(jak określał szeroko przez siebie pojmowane zło). Nic dziwnego, że wszyscy
chcieli się go pozbyć, a jeśli to nie wchodziło w grę, przynajmniej ograniczyć
jego prawa. A czy mógł dać im lepszy pretekst?
- Jak uważasz, moja
droga? – ku zaskoczeniu wielu, Lucyfer zwrócił się do Aiki.
Wszyscy zgromadzeni utkwili oczy w Kiyokuro, na co ona nie
zwróciła najmniejszej uwagi. W dalszym ciągu nie odrywała wzroku od twarzy
Pogromcy.
- A czy to zwróci im
życie? – odpowiedziała pytaniem, na dźwięk którego w sali zapanowała
absolutna cisza.
Nikt nie odpowiedział. To było oczywiste.
Aika podniosła się z krzesła i bez słowa wyszła z pomieszczenia.
- Doprawdy,
interesujące doświadczenie. Miło było zobaczyć państwa w dobrym zdrowi. Oddalę
się już, mam jeszcze wiele pracy… - mruknął bez cienia emocji Takami.
Wstał powoli, ku oburzeniu towarzystwa. Nikt jednak nie śmiał
go zatrzymać.
Lucyfer machnął od niechcenia ręką, rzucając tym gestem
Dowódcę na krzesło.
- Odejdziesz, kiedy ci
na to pozwolę – oznajmił z niebywałym spokojem.
Shiro Takami wziął głęboki oddech. Nie okazywał strachu. „Choćbym szedł ciemną doliną, zła się nie
ulęknę…”, powtórzył w myślach. Bezgranicznie wierzył w te święte słowa,
których znaczenie już dawno wypaczył. Nie był jednak na tyle głupi, by drażnić
Lucyfera. W końcu wystarczyło jedno pstryknięcie palców Pana Piekieł, by
Dowódca wił się w agonii. A on nie mógł jeszcze umrzeć, w końcu zostało tyle do
zrobienia…
- Jesteś niespotykanie
bezczelny i niewdzięczny, Takami. Najpierw ośmieliłeś się spróbować uwięzić
moją Niszczycielkę. Przymknąłem na to oko. Nie potrafiłeś tego docenić,
wysłałeś do jej domu Pogromcę, który próbował ją udusić, a kiedy nie wyszło,
zastrzelił się pod jej domem. Nawet to ci darowałem. A ty zabiłeś jej
przyjaciół. Masz pojęcie, co zrobiłeś, do jakiego stanu ją doprowadziłeś? –
Lucyfer zatrzymał się w swoim wyzutym z uczuć monologu, a po chwili kontynuował:
- I po tym wszystkim masz jeszcze
czelność zachowywać się w ten sposób, będąc w moim królestwie, na mojej łasce?
Doprawdy, niebywałe! – Zaśmiał się gorzko, spoglądając na siedzącego
naprzeciw mężczyznę.
Lucyfer wstał i położył dłonie na oparciu krzesła. Wszyscy
obecni wstali. Nie wypadało siedzieć, gdy wielki Władca Piekieł stał.
- Zróbcie z nim
cokolwiek chcecie. Możecie go nawet zabić. Ja nie będę brudził sobie rąk takim
ścierwem – oznajmił, po czym odwrócił się i wyszedł bez słowa pożegnania.
Kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi, zaczęła biec. Chciała być
jak najdalej od tego miejsca, od tego człowieka… Jak najdalej od wszystkiego.
Nie myślała o drodze, którą przemierza, po prostu biegła, a kiedy ból przeszył
jej mięśnie, zatrzymała się przy najbliższych drzwiach i wpadła do środka.
Zimno wraz z ciemnością uderzyły ją niespodziewanie z taką
mocą, że opadła na podłogę, nie zrobiwszy nawet dwóch kroków. Zamknęła oczy,
łapiąc płytki oddech. Skuliła się w mroku, dygocząc na całym ciele.
Nie potrafiła wziąć się w garść.
Czyjeś dłonie delikatnie objęły jej drobną postać. Ktoś
podniósł ją z podłogi i wziął na ręce. Nie była w stanie zareagować. Dopiero
kiedy wyczuła zmianę otoczenia, otworzyła oczy.
Przygaszone światło lampy i ogień w kominku zastąpiły ciemność
i chłód. Gdy została ułożona na kanapie, omiotła wzrokiem postać Lucyfera,
który chwilę wcześniej trzymał ją na rękach. Nic nie mówił. Wpatrywał się w nią
z taką intensywnością, że musiała odwrócić wzrok.
- Chcę już wrócić do
domu – powiedziała cichym, żałośnie cichym, głosem. – Proszę…
Usiadł obok. Przez chwilę w milczeniu przyglądał się jej
profilowi. Wyostrzony zarys żuchwy, ściśnięte gardło, napięte mięśnie, lekko
rozwarte usta i cień rzucany na blady policzek przez rzęsy. Tak wyglądało
cierpienie.
- Po co? Czy ktoś tam
na ciebie czeka? Czy po tym wszystkim nadal czujesz się tam bezpieczna?
Nie umiała wykrzesać z siebie odpowiedzi na jego słowa.
Przymknęła powieki, a kiedy je otworzyła, ciepłe łzy spłynęły ku brodzie.
- Proszę, pozwól mi
już odejść – powtórzyła szeptem, ścierając łzy z policzka i przyglądając
się im jakby ze zdziwieniem. Zupełnie jak gdyby nie wiedziała skąd się wzięły.
- Aika, odwróć się –
polecił.
Odkręciła głowę. Przez chwilę patrzyła prosto w pozbawione
duszy oczy diabła. Ich wyraz nie stracił na intensywności. Wciąż przewiercał ją
spojrzeniem w ten odzierający z intymności sposób. Gdy tak na nią patrzył,
czuła się ogołocona ze wszystkich pozorów. Zupełnie jakby miał jej wypełnione
bólem i poczuciem winy serce na talerzu. Odwróciła wzrok.
- Czy ty naprawdę nie
widzisz, że już masz dosyć? Że ludzie, ten gatunek, z którym tak bardzo czujesz
się związana, robią wszystko, by cię zniszczyć?
Pokręciła głową. Nie chciała tego słyszeć ani o tym myśleć.
- To nieważne. Nie
teraz. – Jej lekko zachrypnięty szept ledwie dało się usłyszeć w ciszy.
- Aika, zastanów się…
- Nie chcę –
wpadła mu w zdanie, gwałtownie podnosząc głowę. – Nie chcę się zastanawiać. Niczego nie chcę. Błagam, dajcie mi tylko
spokój…
W wątłym świetle zielone oczy lśniły od łez. Pozbawione
koloru usta zadrżały lekko, jakby dziewczyna miała zamiar wybuchnąć płaczem.
Lucyfer zamilkł. Nie dał po sobie poznać rozczarowania.
Wprawdzie nie udało się przeprowadzić planu w jego pierwotnej wersji, ale
zawsze można było go zmodyfikować, a główny punkt wcielić w życie innym razem.
W końcu co się odwlecze, to nie uciecze.
- Widzę ją w snach.
Cała we krwi płacze. Potem patrzy na mnie i pyta: „dlaczego”. A ja się budzę,
nie wiedząc, co odpowiedzieć. Dlaczego? Dlaczego ja żyję, a ona nie? Dlaczego
oboje zginęli przeze mnie? Dlaczego?
Nie było sensu w tłumaczeniu jej tego. Przyjmowała cios za
ciosem, była zdruzgotana. Żadne tłumaczenia i żadne prawa rządzące prawdziwym
światem nie zdołają jej pocieszyć. Potrzebowała czasu na wyciszenie się, na
złapanie oddechu po tym wszystkim. Postanowił odpuścić.
Wyciągnął dłoń i delikatnie dotknął bladego policzka.
- Powinnaś odpocząć,
ostatnio wiele przeszłaś – oznajmił wyrozumiałym tonem.
Nawet nie siliła się na podejrzliwość. Po prostu skinęła
głową i powtórzyła prośbę:
- Mogę już wrócić do
domu? Proszę.
Do pokoju wszedł wezwany przez Lucyfera Jonathan. Rzut oka wystarczył, by mógł ocenić
sytuację.
- Zabierz ją,
Jonathanie – polecił, a kiedy blondyn zbliżył się, dodał: - Zadbaj o to, żeby doszła do siebie.
Jonathan pomógł Aice się podnieść i oboje rozpłynęli się w
powietrzu.
Lucyfer westchnął ciężko. Nie liczył na to, że będzie łatwo.
Spodziewał się jednak, że Aika wysłucha go do końca, ale, no cóż, nic na siłę.
Nie chciał jej do siebie zniechęcić, nie mógł jej powiedzieć, że to tylko życie
dwóch marnych ludzkich istot.
Wstał i podszedł do witryny, z której wyjął wypełnioną do
połowy karafkę. Bursztynowy płyn powoli spłynął do kryształowej szklaneczki.
Jego myśli wróciły do spotkania, które odbyło się niedawno.
Aika wywarła dokładnie takie wrażenie, jakiego oczekiwał. A nawet lepsze. Po
prostu wyszła, wprawiając wszystkich w konsternację. Nie powiedziała nic, co
potwierdzałoby, że chce zemsty, a jednocześnie jasno dała do zrozumienia jak
niepowetowana szkoda została wyrządzona. Doskonale.
Zakręcił szklaneczką, wprawiając whisky słusznego rocznika w
ruch. Nie musiał zastanawiać się nad tym, co postanowiono w sprawie Takamiego,
to było oczywiste. Zapewne zanim spotkanie dobiegło końca, Takeda już miał dokładnie
ułożoną skargę do Rady Nadzorczej Legionów. Reszta towarzystwa z pewnością
wykorzystała sytuację do cna, umniejszając wpływy Takamiego. A sam Dowódca? O,
ten z pewnością do końca zachował kamienną twarz, w myślach rozpływając się nad
swym męczeństwem i rzucając klątwy na wszystkich tych, którzy zabrali głos na zebraniu.
A w szczególności na Bogu ducha winną Aikę.
Gdyby tak się zastanowić nad poczynaniami Takamiego, to
zaistniała sytuacja była po prostu śmieszna. Dowódca Legionu, mający na
podorędziu świetnie wyszkolonych Pogromców, nie mógł sobie poradzić z jedną
zagubioną nastolatką, a w odwecie za Pogromcę-samobójcę (którego najpewniej
ruszyło sumienie) zabił dwoje innych nastolatków będących w dodatku
najzwyklejszymi w świecie ludźmi. No, czapki z głów! Pogratulować intelektu!
Pokręcił głową, pociągając solidny łyk alkoholu. Czasami
odnosił wrażenie, że ludzie zamiast iść na przód, uwsteczniają się w rozwoju, a
przypadki takie jak Takami tylko go w tym utwierdzały.
Mimo wszystko, Lucyfer był zadowolony z takiego obrotu spraw.
Jedyne, co mu było teraz potrzebne to czas. Czas, w którym jego słodka Aika
mogłaby na nowo zebrać siły i myśli. Nie przeszkadzało mu to. Miał w końcu całą
wieczność.
<***>
Zdenerwowana przechodziła po pokoju, wybijając obcasami rytm.
Próbowała się uspokoić, wbijając długie paznokcie we wnętrze zaciśniętej w
pięść dłoni, ale i to nie pomagało.
W końcu drzwi do sąsiedniego pokoju otworzyły się i Natsumi
Sora ujrzała w nich swojego brata. Na pobladłej twarzy odbiło się zmartwienie,
a pogodny blask, który zawsze bił z jego zielonych oczu zamarł.
Pół godziny temu matka z poważnym wyrazem twarzy zostawiła w
jego dłoniach raport zwiadowcy i wyszła, nie mówiąc nikomu, dokąd się wybiera.
Haruo, zaraz po tym jak mniej-więcej zorientował się w treści dokumentu,
zamknął się w gabinecie, zaklinając ją, by nie ważyła się wejść za nim do
środka. Znała granice, a coś w jego oczach mówiło, że wyjątkowo powinna
usłuchać.
A teraz stał przed nią, wpatrując się przygnębionym wzrokiem
w przestrzeń.
- Haruo, do cholery,
co się stało? – zapytała, nie mogąc już dłużej znieść gęstniejącej wokół
nich ciszy. Jeśli to ta mała idiotka, już
jest martwa.
Bez słowa wyjaśnienia wręczył jej raport. Szybko prześledziła
wzrokiem krótki tekst, a kiedy odsunęła kartkę od oczu, okazało się, że
pierwszy raz od dawna nie może znaleźć słów.
Raport dotyczył morderstwa dwojga nastolatków. Niby nic
nadzwyczajnego... Ale nie co dzień zdarza się mord popełniony przez Pogromców
na bliskich przyjaciołach Niszczycielki Lucyfera.
Natsu zaklęła pod nosem. Zdążyła już zebrać myśli i teraz, po
tej chwili zaskoczenia, przyszła pora na gniew. Była wściekła.
- Co za banda
kretynów… - syknęła, zgniatając w dłoniach kartkę.
Nie znała tych dzieciaków, a za Aiką (subtelnie rzecz
ujmując) nie przepadała i pewnie by jej to nie obeszło, gdyby nie wyraz twarzy
Haruo. Ta troska, to zniecierpliwienie, to poczucie winy…
- Haruo? -
Podeszła do niego i lekko dotknęła jego ramienia.
- Znałem ich, Natsu –
oznajmił głosem zmienionym nie do poznania. Wciąż miał przed oczami uśmiech tej
dziewczyny. Tak szczery i promienny…
Natsumi bez słowa wyciągnęła przed siebie ramiona i objęła
go. Nie potrzebne były żadne kondolencyjne formułki. Ten uścisk znaczył dużo
więcej niż puste „przykro mi”.
Jednak zdawała sobie sprawę z tego, że ta śmierć, choć
wyraźnie go zasmuciła, nie była powodem jego zmartwienia.
- Gdzie poszła matka?
Haruo zmarszczył brwi, patrząc na siostrę jak gdyby nie
zrozumiał pytania. Po chwili odwrócił wzrok i odparł:
- Poszła na spotkanie
w tej… sprawie.
Natsumi przymrużyła oczy. Przeklęte gnidy, zawsze
wykorzystają sytuację, byle tylko ugrać coś na swoją korzyść cudzym kosztem! A
taka okazja zdarzała się przecież raz na milion lat albo i rzadziej! Mimo że
gardziła taką polityką, nie powinna w takim momencie skupiać na tym uwagi.
Odnalazła spojrzenie brata i zapytała:
- Ona tam będzie?
Nie musiała precyzować kim jest „ona”. Haruo doskonale wiedział
kogo miała na myśli.
Pokręcił bezradnie głową, oznajmiając, że nie ma pojęcia.
- Matko, wyobrażasz
sobie jak ona się teraz czuje? A ja, jak ostatni idiota…
Nie dokończył. Dotknął
piekącego policzka, na którym sekundę wcześniej z trzaskiem wylądowała dłoń
Natsumi. Kiedy na nią spojrzał nie mógł rozstrzygnąć kto był bardziej
zszokowany – on czy Natsu.
- Weź się w garść –
rozkazała chłodnym tonem. – Wyrzuty
sumienia to ostatnia rzecz, której nam tu teraz potrzeba. Nie zrobiłeś nic
złego.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech by ochłonąć. W końcu nie co
dzień policzkowała brata. Ale co innego mogła zrobić? Czekać aż wpadnie w
histerię i zrobi coś szalenie głupiego? O nie, co to to nie! W tym duecie
zawsze to ona szybciej odzyskiwała zimną krew i nie zamierzała pozwolić Haruo
na władowanie się w kłopoty.
Po chwili ciszy chłopak przyznał siostrze rację. Nie mógł
sobie pozwolić na jakikolwiek fałszywy krok.
- Muszę z nią
porozmawiać. Jest zdruzgotana i zupełnie sama w tym wszystkim...
Natsu pokręciła głową. Rety, czy on w ogóle myślał nad tym,
co mówi?
- Naprawdę sądzisz, że
Lucyfer zostawił by ją samej sobie? Myślę, że jest w dobrych rękach. A
porozmawiasz z nią potem. Chyba że wolisz pocałować klamkę, bo jestem pewna, że
teraz ani myśli wpuścić cię do domu.
Co do tego nie miał wątpliwości! Lucyfer na pewno starał się
namieszać jej w głowie i zostawił przy niej kogoś, kto sprawdzałby, czy ziarno
padło na podatny grunt. Nie mógł do tego dopuścić! Ale Natsumi jak zawsze miała
rację. Teraz zamiast pomóc mógłby jej tylko zaszkodzi. O ile w ogóle
otworzyłaby mu drzwi. Westchnął. Postanowił dać jej czas. Rzecz jasna, niezbyt
dużo czasu, za bardzo się o nią martwił.
- Przepraszam, Natsu.
Nie myślę jasno, oczywiście, masz rację.
Natsumi, widząc, że Haruo przemyślał jej słowa, uśmiechnęła
się delikatnie z ulgą. Gdyby jej nie usłuchał, nie powstrzymałaby go.
Podszedł do fotela i opadł na niego. Wyglądał jakby raptem
postarzał się o kilka dobrych lat. Miał ochotę się napić, ale nie mógł sobie na
to pozwolić, musiał myśleć trzeźwo.
- I co teraz zrobimy? –
zapytała Natsu, kładąc wyraźny nacisk na cząstkę „my”:
Zabębnił palcami w podłokietnik fotela i wzruszył lekko
ramionami.
- Poczekamy. Zobaczymy
co powie matka, kiedy wróci z tego, pożal się Boże, spotkania. Będziemy mieli
wtedy dość klarowny obraz sytuacji, by cokolwiek zrobić.
Kiwnęła głową, zgadzając się z nim. W końcu mówił do rzeczy.
Usiadła na drugim fotelu, zakładając nogę na nogę. Haruo
potrzebował jej pomocy i nie zamierzała mu jej odmawiać. To, że nie lubiła Aiki
nie miało w tej chwili znaczenia. Zastanawiało ją tylko jedno. Dlaczego tak
zareagował? Przecież oboje od najmłodszych lat uczyli się samokontroli,
niewiele rzeczy mogło wyprowadzić ich z równowagi. Wiedziała, że zależało mu na
tej dziewczynie, ale żeby aż do tego stopnia? Chyba że…
- Haruo?
Odwrócił głowę w jej stronę. Jego twarz emanowała teraz
spokojem, którego, była tego pewna, nie odczuwał.
- Tak?
- Czy ty ją kochasz?
- Słucham? –
Zmarszczył brwi, skupiając na niej spojrzenie.
- Słyszałeś.
Rzeczywiście, słyszał. Tylko musiał się upewnić, że się nie
przesłyszał. Dlaczego Natsu o to zapytała? Pewnie zaniepokoiła ją jego reakcja.
Odetchnął i przeczesał włosy palcami, zamyślając się. Skoro już zapytała,
postanowił odpowiedzieć.
Zależało mu na Aice, widział, że idzie w stronę, w którą iść
nie powinna i że tylko on może ją z tej drogi zawrócić. Czy jednak ją kochał?
Pokręcił głową.
- Nie, Natsu, nie
kocham. Zależy mi na niej, wiem, że muszę jej pomóc, ale to nie jest miłość.
Przecież tak naprawdę nawet dobrze się nie znamy.
Poczuła ulgę. Może to głupie… Ba! „Może”, na pewno! Ale
wiedziała, że gdyby Haruo potwierdził jej przypuszczenia, ciężko byłoby się jej
z tym pogodzić. Już teraz nie było jej łatwo. Dlaczego? Po prostu była
zazdrosna. Nie lubiła tego uczucia, gdy dzielił uwagę między nią a kogoś
innego. Irytowało ją to, choć wiedziała, że to absurdalne.
Spojrzała na Haruo, który zdążył odpłynąć myślami gdzieś poza
jej zasięg. Martwiła się o niego. Nie mogła się pozbyć przeczucia, że wpakuje się
w jakieś kłopoty przez tę sprawę. Mało
tego, miała pewność, że to się nie może dobrze skończyć. Westchnęła ciężko.
Który to raz tego dnia?
Najchętniej wybiłaby mu to wszystko z głowy, ale mimo więzi,
która ich łączyła, nie miała prawa do tego stopnia ingerować w jego życie. W
tym wszystkim mogła go tylko wspierać i pilnować, by nie poniosły go emocje.
Cokolwiek później postanowi, nie zostawi go w tym.
<***>
Poderwała
się z pościeli, słysząc trzask zamykanych drzwi i odgłos lekkiego poruszenia
służby. Bez wątpienia Shin wrócił do domu.
Jennifer
narzuciła na ramiona cieniutki szlafrok i owinąwszy się nim szczelnie, usiadła
na skraju łóżka, oddychając ciężko i powoli.
Cały
dzień nie mogła się na niczym skupić. Wszystko leciało jej z rąk, nie rozumiała
znaczenia czytanych słów, co chwila gubiła tempo bądź myliła nuty dobrze
znanych utworów. Kiedy opuściła ręce, zdając sobie sprawę ze swojego
rozkojarzenia, poszła do sypialni, ale, co się szybko okazało, nawet sen się
nad nią nie zlitował i ani myślał nadejść. Dlatego w ciszy nasłuchiwała
nadejścia męża.
Przez
chwilę zastanawiała się, czy nie wyjść mu naprzeciw, ale ostatecznie doszła do
wniosku, że to nie ma sensu. W końcu prędzej czy później sam do niej przyjdzie,
a jej wcale się nie śpieszyło.
Przez
cały czas intensywnie myślała nad tym, jaką odpowiedź powinna mu dać. Sytuacja
była do tego stopnia rozpaczliwa, że momentami niemal wybuchała histerycznym
śmiechem. Jak mogła grać, mając tak beznadziejne karty? To nie fair. Jedyne co
mogła zrobić, to wybrać mniejsze zło…. Tylko co było mniejszym złem?
Drzwi
powoli, bezszelestnie uchyliły się i do sypialni wszedł Kazuma. Przywitał się i
lekko musnął ustami jej czoło.
Przymknęła
oczy, wdychając jego znajomy zapach. Zawsze kojarzył jej się z bezpieczeństwem
i troskliwą opieką. Kiedy był blisko nie bała się niezrozumienia i samotności.
- Jak było na spotkaniu? –
zapytała odruchowo.
Usiadł
obok niej, odwracając wzrok. Nie miał ochoty mówić o tym żałosnym spędzie.
Czekała na niego o wiele ciekawsza rozmowa, która powinna mu znacznie poprawić
humor. Wiedział, że Jennifer zaplanowała ją na ten wieczór, ale najwidoczniej,
biedne dziewczątko, nie potrafiła do niej przejść. Postanowił jej w tym pomóc.
- Proszę, Jennifer, zostawmy to, nie
chcę do tego wracać. Co tam się działo... – Pokręcił głową.
Jennifer
spojrzała na niego łagodnie. Jak mogła mu nie współczuć? Już kiedy usłyszała o
tym, że musi się na nim stawić, wiedziała, że będzie to okropne przeżycie.
- W dodatku jeszcze przewodniczący
Starszyzny…
- Co takiego?
W
sposób wymuszony uśmiechnął się delikatnie.
- Nic, przepraszam, moja droga, nie
zawracaj sobie tym głowy.
Subtelne
arystokratyczne rysy jej twarzy stężały pod wpływem niepokoju.
- Nie, powiedz mi, proszę.
Westchnął.
Czasami wolałby, żeby wszystko nie przychodziło mu z taką dziecinną łatwością.
Może wtedy ta cała farsa sprawiałaby mu więcej przyjemności...
- Pokłóciłem się z nim. Powiedziałem
mu, że potrzebujesz czasu, a on się wściekł. Nie rozumie, że takich decyzji nie
podejmuje się w pięć minut, nic się dla niego nie liczy.
Matko,
co za banały! Momentami ciężko było mu uwierzyć w to, że Jennifer nie wątpi w
jego słowa. Przecież sam sobie by nie uwierzył. Ale, co tu dużo mówić,
desperacja pozbawia człowieka zdolności logicznego myślenia.
Dziewczyna
przygryzła wargę, wbijając spojrzenie bursztynowych oczu w podłogę. Wzięła
głęboki, drżący oddech i cicho, tak cichutko, że ledwie poruszyła bladymi
wargami oznajmiła:
- Właściwie, to ja już zdecydowałam.
Podniósł
na nią „zaskoczone”, wyczekujące spojrzenie.
Skupiła
się na swoich dłoniach złożonych schludnie na kolanach. Nie chciała, nie umiała
na niego patrzeć. Myślała, że to będzie chociaż nieco prostsze, ale nie mogła
wydobyć z siebie głosu. I nie chodziło tylko o to, że to była poważna sprawa.
W
gruncie rzeczy Jennifer była niezwykle przyzwoitą dziewczyną, niemal świętą
(czy też aniołem, jak często nazywał ją Kazuma) jeśli chodziło o relacje
damsko-męskie. Tak została wychowana, a literatura, którą chłonęła, tylko
pogłębiała jej pruderyjność. Shin był jej mężem, ale tylko formalnie. Wstydziła
się, nie umiała tak bezpośrednio powiedzieć mu tego, co postanowiła.
- W życiu nie myślałam, że postawisz
mnie przed takim dylematem. Właściwie nie miałam żadnego pola manewru. Musiałam
się nad tym dobrze zastanowić i, chociaż nie taka była umowa, chociaż strasznie
się boję, zdecydowałam, że… ja… za nic do nich nie wrócę. Nawet jeśli wiąże się
to z tak wysoką ceną – oznajmiła niepewnym, łamiącym się
głosem.
To
już było za nią. Wypuściła powietrze z płuc i odwróciła głowę.
Musiał
przyznać sam przed sobą, rozczarował się. Uwielbiał kiedy wszystko szło zgodnie
z planem, ale lubił na to zapracować. Był bardzo ambitny, dostanie wszystkiego
jak na tacy go nie satysfakcjonowało. Liczył na to, że będzie mógł wykazać się
swoim talentem do manipulacji i uda mu się przekonać Jennifer. Tymczasem Jenn
najwidoczniej rozważyła wszystkie „za” i „przeciw”, po czym sama wysunęła
„najkorzystniejsze” dla siebie wnioski.
Cóż,
odbije to sobie następnym razem. Teraz musi okazać swą niebywałą wdzięczność.
Delikatnie
odwrócił twarz żony w swoją stronę. Bursztyn jej oczu lśnił teraz od łez,
aksamitne usta lekko rozwarły się w drżeniu a policzki barwy porcelany pokrył
świeży, ledwie dostrzegalny rumieniec. Przeszło mu przez myśl, że jego żona
przypomina lalkę. Wyjątkowo piękną lalkę.
Gdyby
ktokolwiek wiedział o tym, że to tylko gra, Shin Kazuma zostałby okrzyknięty
aktorem stulecia. Wierzchem dłoni pogładził miękką skórę policzka Jenn tak
czule jakby miłość była mu znajoma nie tylko z definicji. Pochylił się i
łagodnie, z namaszczeniem pocałował ją.
W
pierwszej sekundzie drobne ciało dziewczyny zesztywniało, a gdzieś w jej
podświadomości zrodził się podsycany przez strach protest. Czy to możliwe, by
właśnie tu i w tej chwili zamierzał przypieczętować jej decyzję? Matko, nie!
Najbardziej na świecie chciała odepchnąć go od siebie i uciec. Nieważne dokąd.
Po prostu uciec. Jednak zmusiła się do pozostania na miejscu. Nigdy nie rzucała
słów na wiatr, a dała Shinowi swoją zgodę. Kości zostały rzucone i nie mogła
się wycofać.
Oczywiście
Kazuma nie tylko wyczuł, ale i usłyszał galopujący puls dziewczyny. Była
przerażona, zdawał sobie z tego sprawę. A wiedział jak łatwo można zniechęcić
do siebie młodziutką i niewinną dziewczynę.
Odsunął
się od niej powoli, ujął w dłonie jej maleńkie, zgrabne rączki i patrząc
głęboko w załzawione oczy, ucałował najpierw jedną, potem drugą dłoń Jennifer.
- Przepraszam. I dziękuję –
powiedział cicho, nadając swojemu głosowi ciepłego, głębokiego brzmienia.
Bez
zbędnych słów, wstał i opuścił sypialnię Jenn z poczuciem dobrze wykonanej
pracy.
Jennifer
poczuła tylko ciepło łez spływających po twarzy. Podciągnęła kolana pod brodę i
zaszlochała cicho.
Nie,
nie żałowała swojej decyzji. Po prostu jej ciało czuło potrzebę pozbycia się emocji
i to był jeden ze sposobów. Pozwalała, by łzy wielkości grochu płynęły jedna za
drugą, musiała odzyskać równowagę.
Kiedy
już mogła spokojnie złapać oddech, ułożyła się na łóżku, splatając dłonie i
składając je na podołku. Przez chwilę bez celu wpatrywała się w sufit.
Po
paru minutach zamknęła oczy i tak jak leżała, zasnęła. Opadł na nią ciężki sen
pozbawiony marzeń. Taki, z którego nie łatwo się było wybudzić
<***>
Stała
w przedpokoju, pustym wzrokiem spoglądając na ściany, które, mimo że tak znajome,
wydawały jej się obce i wrogie. Przeszła parę kroków, zatrzymując się przy
schodach. Obejrzała się przez ramię. Jonathan, niczym anioł stróż, stał w
cieniu przedpokoju, wyczekująco przypatrując się jej w milczeniu.
Stał
tam tylko on, ale Aika czuła na sobie dziesiątki par oczu. Ich spojrzenie
oblepiało ją, śledziło każdy gest, czekając na choć jeden fałszywy krok.
Odwróciła
się w stronę salonu i podeszła do okna, z którego rozciągał się widok na las. W
tej ciemności czaiły się te wszystkowidzące oczy. Wpatrywała się w drzewa
szarpane wiatrem, próbując spojrzeniem przeniknąć mrok. Przez wzbierający żal
ledwie mogła oddychać. Nie odegnała łez, które przesłoniły jej widok na
najbliższe drzewa, zmieniając je w bezkształtną, niepokojącą masę.
- Przedstawienie skończone –wycedziła
przez ściśnięte gardło i gwałtownym ruchem zasłoniła okno. Tak samo postąpiła z
drugim.
Jonathan
w milczeniu przyglądał się dziewczynie, która w pośpiechu szczelnie zasłaniała
każde okno znajdujące się w domu. Kiedy była pewna, że skończyła, wróciła do
przedpokoju.
Powoli
podeszła do demona i w ciemności odnalazła jego wzrok.
- Proszę, nie wpuszczaj tu nikogo.
Nie chcę widzieć absolutnie nikogo. – Jej zmęczony,
zachrypnięty głos był tak cichy, że ledwie mógł ją usłyszeć. W odpowiedzi
skinął tylko głową.
Kiyokuro
spróbowała się lekko uśmiechnąć, ale grymas na jej twarzy w niczym nie
przypominał dawnego, subtelnego uśmiechu Aiki. Odwróciła się na pięcie i
wbiegła po schodach, znikając w swojej sypialni.
Westchnął
ciężko i wszedł do salonu, by spocząć w jednym z foteli. On również czuł się
zmęczony. Miał wrażenie, że powierzone mu zadanie go przerosło.
Aika
rozsypywała się na jego oczach, a fakt, że jeszcze nie może jej pomóc był
niewiarygodnie frustrujący. Dziewczyna w tej chwili potrzebowała czasu. Ale to
nie było wszystko.
Była
jeszcze Mari. Ta Mari, którą uparcie kochał przez te wszystkie lata, która
bezwzględnie wzgardziła jego miłością... Ta Mari, której prawdziwy obraz
wypierał ze świadomości. Czy to możliwe, że od tak wielu lat gonił za marą? Im
dłużej o tym myślał, tym bardziej przerażała go ta wizja. Bo jeśli w
rzeczywistości tak było, kochał kogoś, kto od dawna nie istnieje.
Zamknął
oczy, odchylając głowę. Nie mógł się nad tym zastanawiać, nie to było teraz
najważniejsze. Priorytetem było teraz zajęcie się Aiką. Nie potrafił załagodzić
jej żalu, ale wiedział, że nie może zostawić jej samej. Nawet pomimo tego, że
nie chciała nikogo widzieć, podświadomie potrzebowała czyjejś bliskości, nie
zniosłaby samotności. A on nie zniósłby, gdyby coś jej się stało.
<***>
Witajcie!
Nie będę się usprawiedliwiać. Po prostu wcześniej się nie udało. I wcale nie miały na to wpływu moje perfekcjonistyczne zapędy! xD
Nie wiem kiedy uda mi się cokolwiek napisać, póki co toczę zażartą wojnę z nauczycielami, udaję, że przeczytałam "Ludzi bezdomnych" i w ogóle coś robię. Tak naprawdę nie mam ochoty nawet kiwać palcem. Pospałabym sobie, czy chcę tak dużo?
Ale, co ja się będę użalać... miłego czytania!
Pozdrawiam - Andzik
Oho! Już sam początek tak z grubej rury! Aż mi mowę odebrało. Yoshiro, Yoshiro… Kocham go i nienawidzę jednocześnie. xD Nienawidzę wiadomo za co, a kocham za tę sadystyczno-perfekcjonistyczno-aktorską stronę. No, powiem Ci, że gość stwarza duże możliwości. Tyle że nagrabił sobie porządnie za to, co mówi/myśli o „mojej” rodzinie i o Hiroshim! Tego to ja nie wybaczę, o nie. Niech się gość przygotuje na łomot - jeśli nie ze strony innej postaci (najlepiej Hiroshiego <3), to z mojej, a co!
OdpowiedzUsuńYuriko i inne służące są takie biedne. ;_; Mieć takiego pana… Dramat. Suzu pewnie będzie przeżywać. A sam Yoshiro pod względem podejścia do pokojówek mógłby dogadać się z Shoutą. :3
Ech, już się boję, co ten wariat planuje… A tak swoją drogą, jak fajnie, że wreszcie coś napomknęłaś o jego rodzinie (i o nim samym). Matka żyjąca we własnym świecie, ojciec czczący ją jak bóstwo… No, no. Zresztą… Etsuko jest z rodziny Takao Takedy? Ależ ten świat mały… W tym przypadku dosłownie, bo tych czystych wampirzych rodów faktycznie jest niewiele.
Biedna Aika, tak bardzo cierpi. ;( Prędko się raczej nie podniesie… Po czymś takim każdemu byłoby trudno żyć, z co dopiero takiej wrażliwej nastolatce, która już i tak przeżyła niemało…
Ech, Lucek mógł sobie darować ciągnięcie ją na to zebranie. :/ No ale cel osiągnął. Zresztą, jak widzę, wszystkich cieszy możliwość pozbycia się Takamiego. Mnie też, tak szczerze. Gość ostro przesadził!
No dobra, jednak plan Lucka nie do końca został zrealizowany, ale co się odwlecze, to nie uciecze, bo, jak sam zauważył, ma na to wieczność. Taak… Ech, dałby temu biednemu dziecku spokój, a nie. -.-
Oo, jak miło poczytać o Wiośnie (Haru) i Lecie (Natsu)! Są świetnym rodzeństwem, tak bardzo o siebie dbają… <3 A Haruo też tak bardzo cierpi, słooodziak. ;_; Mam nadzieję, że w odpowiednim czasie uda mu się pomóc Aice.
Nie kocha Aiki, co? No proszę. Ciekawe, czy to prawda. W sumie dobrze by było, bo to fakt, że póki co oni się prawie nie znają. Pominę fakt, że co poniektóre wampiry i nekromanci zakochują się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale hej! Oni nie mają czasu. :(
Shin, mistrzu mój! Jejku, jak ja go kocham! Cwana bestyja, oj, cwana! I wredna jak mało kto, ale za to w jakim pięknym stylu! Coś to aktorstwo za bardzo wchodzi wampirom w krew…
A Jenn właśnie wydała na siebie wyrok. ;_; Biedna. :( Niemniej taki scenariusz jest, co tu dużo mówić, ciekawszy. ^^’’
Mam nadzieję, że mimo wszystko Aika jakoś się podźwignie. Że Jonathan, Haruo, Aya - ktokolwiek - jej pomoże. :( Tak mi jej żal no… T^T
Wnusiu, cieszę się wielce, że rozdział wreszcie się ukazał i żywię nadzieję, że wraz z nadejściem wakacji nowości będą pojawiać się częściej. :P Rozdzialik jak najbardziej udany (brakowało tylko jednego - Hiroshiego - ale wspaniałomyślnie Ci wybaczę, bo bądź co bądź to nie główny bohater tego opowiadania *a szkoda*)! <3 Czekam więc z niecierpliwością na ciąg dalszy! :)
A teraz wracam do nauki kandziów na ostatnie kolokwium!
Hey! Dzięki za info! :*
OdpowiedzUsuńJa to pisać tak dużo jak Aya nie będę xD Ona powiedziała już wszystko, co sama chciałam przekazać ;)
Ale żeby nie było: mąż Ayi, ten, Shirahime, to sadystyczny dupek. Mógłby się z Markizem de Sade dogadać... Cóż, mam nadzieję, że "rycerzyk" Ayi da mu popalić xD
Co do Aiki-Boże! Oby tylko plan Lucka się nie powiódł! Tylko nie to!
No i był Lucek! Mrrrr... ^^ Owszem, lubię go, to genialna postać, ale za te bezuczuciowe zagrywki chętnie bym mu w pysk dała.
Haruo-ja tam sądzę, że okłamuje sam siebie. Albo jest nieświadomy swoich uczuć.
Jenn-cóż, trzeba się z nią chyba pożegnać, biedne, naiwne dziewczątko...
Shin mógłby się z Luckiem zakumplować. Nie myślałaś o tym? xD
Pozdro!
K.L.
PS. co do komentarza u mnie: wymagać to jedno, ale narzucać to drugie. Zazdroszczę podejścia! Ja tam w siebie nie wierzę. I mam masę kompleksów ;/ Niestety! No, ale zaczynam z tym walczyć.
Hey!
OdpowiedzUsuńKrew nie woda dorobiła się kontynuacji :D
Zapraszam x)
Hm... Czarownica dorobiła się kolejnego rozdziału! (próbuję być zabawna, nie wiem, czy mi wychodzi, zawsze miałam pochrzanione poczucie humoru...)
OdpowiedzUsuńZapraszam!
K.L.
Dzięki za oba komentarze! :*
OdpowiedzUsuńChyba skupię się na Krwi, nie wodzie xD Cóż, nie wymyśliłam jeszcze kontynuacji ^^" Mam sumienie xD Coś napiszę, pytanie tylko kiedy?
Ta Mira to mi się udała :D Mam nadzieję, że nie zawiodę oczekiwań ;)
Cóż, dzięki, pytałam z ciekawości... i z konieczności. Magisterka wymaga ode mnie dziwacznych, nie historycznych badań ;/
Co do Czarownicy... nie mam nawet linijki następnego rozdziału, więc nie wiem co się stanie z Vincentem... Mnie też podoba się imię "Valeria". Może jak kiedyś będę mieć córkę, to właśnie tak ją nazwę?? xD
Pozdro!
K.L.