sobota, 11 czerwca 2016

Rozdział XXVI



W półmroku pokoju wyraźnie rysowały się kształty dwóch sylwetek. Drobna dziewczyna, leżąca na łóżku drżała przerażona tym, co ją czekało. Wyrywała się, naiwnie wierząc, że da radę się oswobodzić. Gdy silne dłonie ścisnęły jej nadgarstki niczym imadło, zacisnęła powieki w przypływie bólu.
- Im mniej będziesz się wyrywać, tym mniej będzie bolało. Zastanów się – szepnął głęboki, niski głos. Po chwili zastanowienia dodał ze śmiechem: - Choć tak na dobrą sprawę dla urozmaicenia nie miałbym nic przeciwko temu pozornemu oporowi. Ostatecznie i tak wszystkie ulegacie – jego ostatnie słowa przesycone były szyderczą pogardą.
Stłumiła w gardle szloch i szeroko otworzyła oczy, spotykając te na pozór łagodne, orzechowe tęczówki, które z miejsca urzekały niejedno wrażliwe serce. W jego spojrzeniu fascynacja mieszała się z rozbawieniem.
Zebrała wszystkie siły i szarpnęła się. Zdecydowane pchnięcie skutecznie ją unieruchomiło.
-To wszystko? Rozczarowujesz mnie. – Zaśmiał się cicho tuż przy jej uchu.
Przygwoździł jej ręce nad głową. Wolną dłonią przesunął po nagiej skórze pokojówki i zatrzymał ją na biodrze dziewczyny, przyciskając ją do materaca. Nie miała żadnego pola manewru.
- Yoshiro-sama, błagam… - wyszeptała roztrzęsiona, odwracając głowę w bok. Nigdy wcześniej tak się nie bała. Nie mogła na niego patrzeć. Pierwszy raz w jej życiu ktoś tak brutalnie ją traktował, pierwszy raz w życiu czuła się tak bezsilna i upokorzona. Pragnęła tylko, by to się szybko skończyło.
Nieprzeciętnie bawiła go ta rozpacz. Prawda była taka, że jeszcze się nie zdarzyło, by czyjekolwiek błagania wywoływały w nim coś prócz śmiechu. To biedne dziewczątko w akcie desperacji wierzgało jakby miało jeszcze jakiekolwiek nadzieje. Nie wiedziała, że nigdy nie odczuwał litości.
Lekko musnął ustami białą, miękką skórę ramienia i przesunął je wzdłuż obojczyka w kierunku szczupłej szyi. Zatrzymał się, gdy wyczuł mocno pulsującą żyłę. Odchylił lekko głowę i uśmiechnął do dziewczyn, po czym gwałtownie wbił kły w jej szyję.
Ze świstem wciągnęła powietrze, gdy przeszywający ból sparaliżował jej kończyny. Poczuł jak spięte do tej pory mięśnie rozluźniają się. Już nie stawiała oporu. Odarł ją z godności i woli walki.
Nie chciał zabijać tej pokojówki. Nie miał ku temu żadnego powodu, żywa mogła zapewnić mu znacznie więcej rozrywki.
Brutalnie wyrwał kły, rozszarpując ranę. Będąc wciąż pod działaniem pierwszej fali bólu, nawet tego nie poczuła.
Podniósł się i poprawił na sobie ubranie. Popatrzył na nieruchome ciało dziewczyny jakby było tylko zużytą ścierką. Już nie mógł doczekać się najbliższych dni, w których będzie mógł napawać się jej cierpieniem.
- Nie bierz tego do siebie. To nic osobistego, przyzwyczaisz się – rzucił beztrosko, zakładając marynarkę.
Wyszedł, nie zamykając za sobą drzwi. Po kilku krokach napotkał służącą.
- Posprzątaj to, byle szybko. No, chyba że zamierzasz do niej dołączyć. – Uśmiechnął się z szelmowskim błyskiem w oku i ruszył w kierunku swoich pokoi.
Wszedł do gabinetu, gdzie czekała na niego filiżanka parującej kawy. W ich rodzinnej posiadłości wszyscy chodzili jak w szwajcarskim zegarku odkąd sam zaczął o to dbać. Jego ojciec nigdy nie miał serca rozprawić się ze służbą, a zrezygnowanej matce było wszystko jedno.
Usiadł za biurkiem, uśmiechając się z zadowoleniem. Ostatnimi czasy wszystko układało się niemal perfekcyjnie. Z jego strony przygotowania do ślubu były dopięte na ostatni guzik, zostało mu już tylko odliczać dni i delektować się cierpieniem swojego przyszłego teścia. Ach, nieszczęśnik! Gdyby tylko mógł, rozerwałby Yoshiro na strzępy. Ale nie mógł. Kage doskonale wiedział, co jemu i jego małej Ayi zrobiłaby rodzina Shirahime wraz ze Starszyzną, gdyby tylko dziedzicowi jednego z tak niewielu najstarszych rodów spadł chociaż włos z głowy.
Pociągnął łyk mocnej, czarnej kawy. Drobną przeszkodą był tylko rycerzyk jego narzeczonej. Nią samą się nie przejmował, w końcu i ona pogodzi się ze swoim losem i ulegnie. Do tego czasu musiał się rozprawić z tym nekromantą. Nigdy nie zapomni mu zniewagi. Zemści się i sprawi, że Teramoto z powrotem wpełźnie do tej mogiły, z której wylazł. Był jednak perfekcjonistą, wszystko co robił było staranne i doskonałe, a co ważniejsze, załatwione w rękawiczkach. Czekał na odpowiedni moment. Przecież nikt nie mógł wiązać jego - najniewinniejszej ofiary nieodwzajemnionego uczucia - ze zbrodnią!    
Wyrównał idealnie złożony plik papieru listowego i rozłożył przed sobą kartkę. Chwycił pióro. Zapisał kilka zdań i podpisał się. Czekając aż wyschnie atrament, przyglądał się idealnemu, równemu pismu. Kiedy był pewny, że żadne ze słów się nie rozmaże, złożył list na pół i włożył do koperty.
Sięgnął po mały dzwoneczek i krótko nim potrząsnął, zerkając na zegarek. W okamgnieniu w drzwiach pojawiła się dziewczyna.
- Pięć sekund, coraz lepiej Yuriko – pochwalił, uśmiechając się z aprobatą.
Skinęła w podzięce, nie podnosząc wzroku. Kiedy wyciągnął dłoń z listem w jej stronę, podeszła i odebrała kopertę.
- Zanieś to pani. Powiedz, że bardzo mi zależy.
Dziewczyna kiwnęła głową, a kiedy pozwolił jej odejść, ukłoniła się i zniknęła równie szybko, jak się pojawiła.
Oparł się o oparcie fotela i wolno popijając kawę, zastanawiał się nad planem kolejnego wieczora. Zawsze działał według planu, nie znosił chaosu i irytowało go wszystko, co rozbijało jego harmonogram. Jutrzejszy dzień zależał od odpowiedzi, którą dostanie od matki.
Etsuko Shirahime, z domu Takeda, od lat żyła we własnym świecie, ignorując wszystko, co działo się wokół niej. Całymi dniami potrafiła wpatrywać się w krajobraz za oknem, rozmyślając nie wiadomo o czym. W głębi duszy była marzycielką, artystką, a okowy, które na nią nakładano od dzieciństwa sprawiły, że zamknęła się w sobie. Czasem odgrywała rolę żony idealnej, choć mąż był dla niej tylko niewygodnym meblem w sypialni, który skutecznie ignorowała. W drugą stronę działało to zupełnie odwrotnie. Ojciec Yoshiro widział w jego matce ucieleśnienie bóstwa, najwyższą świętość. Był na każde jej skinienie, z nabożną czcią całował podsuwaną mu białą rączkę, obejmował wąską talię lub obdarzał wiernym uśmiechem. Chociaż w tym związku tylko uśmiech był wierny. Swym chorym fantazjom dawał upust na boku, zachowując dla nieziemsko pięknej i oziębłej żony łagodną czułość. Mimo wszystkich swoich wad oboje bardzo kochali jedyne dziecko. Zawsze dawali Yoshiro wolną rękę i kryli wszystkie jego „drobne błędy”.
Uśmiechnął się lekko. Jego przyszła żona z pewnością będzie zrozpaczona swoją nową rodziną. Biedaczka, nie będzie miała tu żadnego sprzymierzeńca! A co lepsze, gdyby chciała się komuś pożalić, to i tak nikt jej nie uwierzy. W końcu uchodził za anioła.
Kiedy usłyszał ciche pukanie do drzwi, rozkazał wejść. Służąca z oczami wbitymi w ziemię weszła do środka.
- Pani dała ci odpowiedź?
Skinęła głową.
- Pani kazała przekazać, że się zgadza – oznajmiła ze spokojem cichym, choć wyraźnym głosem.
- Dziękuję, Yuriko, spisałaś się, możesz odejść.
Po zniknięciu dziewczyny jeszcze przez chwilę wpatrywał się w drzwi. Yuriko była bystra, dokładna i posłuszna. Poza tym, jej jednej mógł ufać. Pierwsza miała okazję przekonać się, że nie żartował, gdy mówił, że nie będzie tolerował żadnych sprzeciwów. Wystarczyła ta jedna lekcja, by nauczyła się dyscypliny. Od tamtej pory nie miał powodów, by na nią narzekać. Mało tego, postanowił, że przydzieli ją Ayi, kiedy ta już zamieszka w jego posiadłości.
Odwrócił się w stronę okna. Wiadomość, którą dostał bardzo go satysfakcjonowała. Jeśli matka wyrażała zgodę, mógł liczyć na niezły kabaret.
- I pomyśleć, że to tylko początek! – Zaśmiał się dźwięcznie i wstał z fotela.
Zamierzał odwiedzić matkę, by uzgodnić z nią (czy też raczej: przekazać jej) plan działania. W końcu wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik.  
<***>
Nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co działo się wokół niej. Czy to skrzypią schody pod ciężarem czyichś kroków? Czy to ktoś puka do drzwi, nawołując cicho jej imię? Czy to może wyobraźnia stroi sobie z niej żarty? Nie dbała o to.
Gasnący za oknem dzień znaczył różowawą łuną zachodzące granatem niebo. Aika wpatrywała się w słońce, którego ostatnie przebłyski prześwitywały między drzewami i choć mogłoby się wydawać, że patrzy uważnie, nie dostrzegała niczego. Nawet nie zwróciła uwagi na to, że ktoś wszedł do pokoju.
- Aika… - zaczął cichy, równie daleki, co znajomy głos.
Nie potrafiła zmusić się do tego, by spojrzeć na przybysza. Zresztą, czy był w tym jakiś sens? Mogła patrzeć i nie widzieć. Mogła słuchać, lecz nie słyszeć.
Jonathan podszedł powoli i usiadł na brzegu łóżka. Żal ściskał mu gardło, a gniew palił w piersi, gdy widział tę drobną i nieruchomą postać. Zawołał ją raz jeszcze. W końcu odwróciła się powoli. Patrzyła na niego takim wzrokiem, jak gdyby widziała go po raz pierwszy. Nie wiedział czy bardziej bolało go to puste spojrzenie, czy to jak zamierzano wykorzystać rozpacz tej kruchej istoty.
- Aika, musisz wstać.
Lucyfer postanowił zrealizować swój podły plan tego wieczora, a Jonathan miał jakoś przygotować na to Aikę. Tylko jak? Jak miał tchnąć choć odrobinę życia w to ciało z duszą sponiewieraną do granic możliwości? Jak miał powiedzieć jej do czego miała zostać wykorzystana bezbrzeżna rozpacz, w której tonęła? Jak?... Może wcale nie powinien jej mówić…
- Po co? – spytała ledwie poruszając ustami. Wbijała w niego spojrzenie jakby nie mogła zrozumieć, czego on od niej oczekuje.
- Po prostu wstań – odparł, odwracając głowę w drugą stronę.
Nie chciała się ruszać. Chciała móc już na zawsze zostać tam gdzie była. Zupełnie sama. Chociaż… Czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Ostatecznie było jej wszystko jedno.
Zsunęła z siebie pościel i ostrożnie postawiła nogi na ziemi.
- Proszę, ubierz się. – Wskazał dłonią krzesło, na którym wisiała skromnie skrojona sukienka bez zdobień.
Aika zauważyła tylko jej żałobną biel. Coś boleśnie zakuło ją w piersi. Podniosła się i nagle zdając sobie sprawę ze słabości mięśni, oparła się o ramę łóżka.
- Aika, w porządku? – spytał, zrywając się na równe nogi. Szybko jednak zdał sobie sprawę z niedorzeczności swojego pytania i odwrócił wzrok przeklinając się w myślach.
Dziewczyna nie zwróciła na to uwagi. Ba, nie wiadomo było czy w ogóle słyszała teraz jego głos. Po prostu chwyciła wieszak i powoli jak w transie ruszyła da łazienki.
Jonathan przeszedł niespokojnie po pokoju, przeczesując włosy roztargnionym gestem. Chciał oszczędzić jej bólu. Nie mogła już bardziej cierpieć, w końcu i tak była w rozsypce. Czy jednak jest zdolny jej pomóc?
Wróciła do pokoju. Nawet na moment nie zatrzymując wzroku na Jonathanie, podeszła do łóżka i opadła na nie, podciągając nogi pod brodę. Ciemne włosy w nieładzie okryły jej ramiona i zasłoniły twarz.
Sięgnął po leżącą na biurku szczotkę do włosów i usiadł obok dziewczyny. Delikatnie przeczesywał splątane pasma, przegarniając je do tyłu. Nie reagowała nawet na mocniejsze pociągnięcia. Siedziała zwinięta w kulkę, lekko oplatając łydki ramionami. Nie wiedział co powinien zrobić, co powiedzieć… W jego głowie, zupełnie jak w oczach Aiki, panowała pustka. Gdyby chociaż płakała, gdyby mogła dać upust swojej żałości, wtedy próbowałby jakoś ją uspokoić, złagodzić ten ból. Ale nie uroniła nawet jednej łzy.
Odłożył szczotkę na bok. Przez chwilę w zamyśleniu wpatrywał się w wygięte w łuk plecy Kiyokuro. Czy zawsze była tak wątła i mizerna?
- Aika, musimy już iść.
Po paru długich sekundach uniosła głowę i zeszła z łóżka. Dokąd iść? Po co? Nie zaprzątało to jej myśli. Nic nie miało znaczenia. Byle mogła już wrócić i znowu zaszyć się w swojej cichej i pustej sypialni.
Wsunęła stopy w stojące przy krześle pantofelki na płaskiej podeszwie. Odwróciła się do Jonathana. Chciała mieć to za sobą.
Wstał i podszedł do niej, przyglądając się jej uważnie. Cierpienie w ten charakterystyczny sposób odcisnęło się na twarzy Aiki, uszlachetniając łagodne rysy. Zacisnął pięści. O tak, ten widok z pewnością „wzruszy” serca tych kanalii! Podał jej ramię, które ujęła tak lekko, że ledwie poczuł dotyk drobnej dłoni.
W jednej chwili znaleźli się w Piekle.
Blondyn prowadził ją dokądś długim, prostym korytarzem. Kiyokuro nie rozglądała się. Patrzyła przed siebie, kiedy skręcili w lewo i zeszli po krętych schodach. Gdzieś w dole słyszała gwar ożywionej rozmowy, ale nie skupiła się na tym. Kiedy znaleźli się w następnym korytarzu, hałas zaczął się nasilać. Podeszli do ciężkich, drewnianych drzwi.
- Zaraz będzie po wszystkim – szepnął i pociągnął za klamkę.
Wprowadził ją do pomieszczenia.
Powinien ją uderzyć chaos, który tam panował, ale nie zwróciła na to uwagi. Zupełnie jakby wszystko to działo się gdzieś poza jej świadomością.
A działo się wiele! Lucyfer siedział u szczytu stołu, z obojętnością lustrując swoich gości, którzy w ciągu pół godziny od kulturalnej wymiany uprzejmości przeszli do zajadłego wrzasku. Jedni przez drugich pluli jadem w kierunku osoby, która nic sobie z tego nie robiła.
Dowódca Legionu siedział wyprostowany, z cierpliwą miną i pogardą w spojrzeniu przyglądając się wszystkim jakby byli tylko sforą psów, ujadających u nóg pana.
Lucyfer, gdy zobaczył Aikę, podniósł się z krzesła i podszedł do niej. Wtedy wszyscy zamilkli. Uśmiechnął się niedostrzegalnie, widząc ten nieobecny wzrok. Wyciągnął rękę, a kiedy położyła na niej swoją dłoń, poprowadził ją do stołu.
- Panie Takami, czy tak według pana wygląda zło, z którym kontakt skazał te biedne dzieci na śmierć?
Nikt nic nie powiedział. Wszyscy wpatrywali się w okrytą bielą postać dziewczyny. Wśród zgromadzonych była Miho Sora, Tadao Takeda razem z jakąś średniego wzrostu brunetką i Shinem Kazumą, kilka ważniejszych osobistości z prawdziwego świata i Śmierć, która obserwowała wszystko z boku, szepcząc coś na ucho Lilith.
Aika potrafiła tylko poprzez cienką zasłonę łez, z żalem i nienawiścią, patrzeć w oczy Takamiemu.
- Zło zawsze jest niepozorne – odparł wyważonym tonem, znosząc spojrzenie Niszczycielki.
Pan Piekła pokręcił głową i usadowił Aikę na krześle obok siebie.
- Panie Takami, wszyscy wiemy, że tu nie chodziło o zło, tylko o zemstę. W dodatku zupełnie nieuzasadnioną – odpowiedział mu Takeda.
Zmierzyli się wzrokiem. Przewodniczący Starszyzny już wcześniej powiedział mu, że będzie musiał wystąpić przeciw niemu, więc Takamiego wcale ta uwaga nie zdziwiła.
- Wy, którzy nazywacie się sprawiedliwymi i macie czelność nas umoralniać, śmieliście zamordować - bestialsko zamordować - dwoje dzieci. I po co? Po to, żeby zemścić się na innym dziecku – dodał mężczyzna o ciemnej karnacji i brązowych, niemal czarnych oczach.
- Sądzę, że sprawa jest jasna. Nie ciągnijmy dalej oskarżeń, zdecydujmy, co powinniśmy z tym zrobić – powiedziała Sora, chcąc oszczędzić Aice wysłuchiwania tych wszystkich zarzutów. W końcu była jej coś winna. Posłała szatynce współczujące spojrzenie, ale zdawało się, że niczego nie dostrzegła. Gdzie podziała się ta śmiała i stanowcza dziewczyna, którą widziała ostatnio?
- Wszystko to jest winą pana Takamiego, nie ma sensu obwiniać Pogromców, w końcu oni tylko ślepo wykonują rozkazy. Powinniśmy wnosić o odwołanie pana Takamiego z funkcji Dowódcy i wymierzenie mu stosownej wobec jego czynów kary – rzekła jakaś kobieta o baśniowo fioletowych oczach i czarnych włosach.
- Rzecz jasna, obserwatorzy Pogromców już nie będą mieli wstępu na nasze spotkania. Dodatkowo proponuję uważniej przyjrzeć się ich działaniom, które w ostatnim czasie są co najmniej niepokojące. – Takeda rzucił podejrzliwe spojrzenie Dowódcy.
Nastała chwila milczenia. Wszystkie oczy były zwrócone ku Lucyferowi. Ostatnie słowo zawsze należało do niego.
Brunet zamyślił się. Był nieco rozczarowany, że Kiyokuro nie zjawiła się na samym początku zebrania, kiedy obfitowało w niebywale barwne i ekspresyjne wypowiedzi. Cóż to było za przedstawienie! Mało brakowało, a spotkanie elity prawdziwego świata zamieniłoby się w zwykłe mordobicie! Tak jak przewidywał, zbrodnia Takamiego wywołała wielkie emocje.
Przede wszystkim, wszystkie rasy zawarły całe wieki temu niepisany pakt z ludźmi, na mocy którego dwa światy – ten prawdziwy i ten ludzki – miały istnieć obok siebie, ale nie przeplatać się. Jedynym łącznikiem między światami byli Pogromcy, ludzie nadzorujący prawdziwy świat. Ich również dotyczył pakt, w którym wyraźnie mówiło się o tym, że zwykli ludzie niemający związku z tym, co określają mianem nadprzyrodzonego, są nietykalni. Oczywiście, zdarzały się „drobne” ustępstwa. Przymykano oko na człowieka zabitego przez wampira lub takiego, który padł ofiarą wygłodniałego demona, ale przewinienie Takamiego nie pozostało bez odzewu. I bynajmniej nie miało to związku z praworządnością.
Takami był solą w oku. Nadgorliwy, sumienny, perfekcyjnie dokładny fanatyk, wykorzystujący każdą okazję, by tępić „zgniliznę tej ziemi” (jak określał szeroko przez siebie pojmowane zło). Nic dziwnego, że wszyscy chcieli się go pozbyć, a jeśli to nie wchodziło w grę, przynajmniej ograniczyć jego prawa. A czy mógł dać im lepszy pretekst?
- Jak uważasz, moja droga? – ku zaskoczeniu wielu, Lucyfer zwrócił się do Aiki.
Wszyscy zgromadzeni utkwili oczy w Kiyokuro, na co ona nie zwróciła najmniejszej uwagi. W dalszym ciągu nie odrywała wzroku od twarzy Pogromcy.
- A czy to zwróci im życie? – odpowiedziała pytaniem, na dźwięk którego w sali zapanowała absolutna cisza.
Nikt nie odpowiedział. To było oczywiste.
Aika podniosła się z krzesła i bez słowa wyszła z pomieszczenia.
- Doprawdy, interesujące doświadczenie. Miło było zobaczyć państwa w dobrym zdrowi. Oddalę się już, mam jeszcze wiele pracy… - mruknął bez cienia emocji Takami.
Wstał powoli, ku oburzeniu towarzystwa. Nikt jednak nie śmiał go zatrzymać.
Lucyfer machnął od niechcenia ręką, rzucając tym gestem Dowódcę na krzesło.
- Odejdziesz, kiedy ci na to pozwolę – oznajmił z niebywałym spokojem.
Shiro Takami wziął głęboki oddech. Nie okazywał strachu. „Choćbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę…”, powtórzył w myślach. Bezgranicznie wierzył w te święte słowa, których znaczenie już dawno wypaczył. Nie był jednak na tyle głupi, by drażnić Lucyfera. W końcu wystarczyło jedno pstryknięcie palców Pana Piekieł, by Dowódca wił się w agonii. A on nie mógł jeszcze umrzeć, w końcu zostało tyle do zrobienia…
- Jesteś niespotykanie bezczelny i niewdzięczny, Takami. Najpierw ośmieliłeś się spróbować uwięzić moją Niszczycielkę. Przymknąłem na to oko. Nie potrafiłeś tego docenić, wysłałeś do jej domu Pogromcę, który próbował ją udusić, a kiedy nie wyszło, zastrzelił się pod jej domem. Nawet to ci darowałem. A ty zabiłeś jej przyjaciół. Masz pojęcie, co zrobiłeś, do jakiego stanu ją doprowadziłeś? – Lucyfer zatrzymał się w swoim wyzutym z uczuć monologu, a po chwili kontynuował: - I po tym wszystkim masz jeszcze czelność zachowywać się w ten sposób, będąc w moim królestwie, na mojej łasce? Doprawdy, niebywałe! – Zaśmiał się gorzko, spoglądając na siedzącego naprzeciw mężczyznę.
Lucyfer wstał i położył dłonie na oparciu krzesła. Wszyscy obecni wstali. Nie wypadało siedzieć, gdy wielki Władca Piekieł stał.
- Zróbcie z nim cokolwiek chcecie. Możecie go nawet zabić. Ja nie będę brudził sobie rąk takim ścierwem – oznajmił, po czym odwrócił się i wyszedł bez słowa pożegnania. 


Kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi, zaczęła biec. Chciała być jak najdalej od tego miejsca, od tego człowieka… Jak najdalej od wszystkiego. Nie myślała o drodze, którą przemierza, po prostu biegła, a kiedy ból przeszył jej mięśnie, zatrzymała się przy najbliższych drzwiach i wpadła do środka.
Zimno wraz z ciemnością uderzyły ją niespodziewanie z taką mocą, że opadła na podłogę, nie zrobiwszy nawet dwóch kroków. Zamknęła oczy, łapiąc płytki oddech. Skuliła się w mroku, dygocząc na całym ciele.
Nie potrafiła wziąć się w garść.
Czyjeś dłonie delikatnie objęły jej drobną postać. Ktoś podniósł ją z podłogi i wziął na ręce. Nie była w stanie zareagować. Dopiero kiedy wyczuła zmianę otoczenia, otworzyła oczy.
Przygaszone światło lampy i ogień w kominku zastąpiły ciemność i chłód. Gdy została ułożona na kanapie, omiotła wzrokiem postać Lucyfera, który chwilę wcześniej trzymał ją na rękach. Nic nie mówił. Wpatrywał się w nią z taką intensywnością, że musiała odwrócić wzrok.
- Chcę już wrócić do domu – powiedziała cichym, żałośnie cichym, głosem. – Proszę…
Usiadł obok. Przez chwilę w milczeniu przyglądał się jej profilowi. Wyostrzony zarys żuchwy, ściśnięte gardło, napięte mięśnie, lekko rozwarte usta i cień rzucany na blady policzek przez rzęsy. Tak wyglądało cierpienie.
- Po co? Czy ktoś tam na ciebie czeka? Czy po tym wszystkim nadal czujesz się tam bezpieczna?
Nie umiała wykrzesać z siebie odpowiedzi na jego słowa. Przymknęła powieki, a kiedy je otworzyła, ciepłe łzy spłynęły ku brodzie.
- Proszę, pozwól mi już odejść – powtórzyła szeptem, ścierając łzy z policzka i przyglądając się im jakby ze zdziwieniem. Zupełnie jak gdyby nie wiedziała skąd się wzięły.
- Aika, odwróć się – polecił.
Odkręciła głowę. Przez chwilę patrzyła prosto w pozbawione duszy oczy diabła. Ich wyraz nie stracił na intensywności. Wciąż przewiercał ją spojrzeniem w ten odzierający z intymności sposób. Gdy tak na nią patrzył, czuła się ogołocona ze wszystkich pozorów. Zupełnie jakby miał jej wypełnione bólem i poczuciem winy serce na talerzu. Odwróciła wzrok.
- Czy ty naprawdę nie widzisz, że już masz dosyć? Że ludzie, ten gatunek, z którym tak bardzo czujesz się związana, robią wszystko, by cię zniszczyć?
Pokręciła głową. Nie chciała tego słyszeć ani o tym myśleć.
- To nieważne. Nie teraz. – Jej lekko zachrypnięty szept ledwie dało się usłyszeć w ciszy.
- Aika, zastanów się…
- Nie chcę – wpadła mu w zdanie, gwałtownie podnosząc głowę. – Nie chcę się zastanawiać. Niczego nie chcę. Błagam, dajcie mi tylko spokój…
W wątłym świetle zielone oczy lśniły od łez. Pozbawione koloru usta zadrżały lekko, jakby dziewczyna miała zamiar wybuchnąć płaczem.
Lucyfer zamilkł. Nie dał po sobie poznać rozczarowania. Wprawdzie nie udało się przeprowadzić planu w jego pierwotnej wersji, ale zawsze można było go zmodyfikować, a główny punkt wcielić w życie innym razem. W końcu co się odwlecze, to nie uciecze.
- Widzę ją w snach. Cała we krwi płacze. Potem patrzy na mnie i pyta: „dlaczego”. A ja się budzę, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Dlaczego? Dlaczego ja żyję, a ona nie? Dlaczego oboje zginęli przeze mnie? Dlaczego?
Nie było sensu w tłumaczeniu jej tego. Przyjmowała cios za ciosem, była zdruzgotana. Żadne tłumaczenia i żadne prawa rządzące prawdziwym światem nie zdołają jej pocieszyć. Potrzebowała czasu na wyciszenie się, na złapanie oddechu po tym wszystkim. Postanowił odpuścić.
Wyciągnął dłoń i delikatnie dotknął bladego policzka.
- Powinnaś odpocząć, ostatnio wiele przeszłaś – oznajmił wyrozumiałym tonem.
Nawet nie siliła się na podejrzliwość. Po prostu skinęła głową i powtórzyła prośbę:
- Mogę już wrócić do domu? Proszę.
Do pokoju wszedł wezwany przez Lucyfera  Jonathan. Rzut oka wystarczył, by mógł ocenić sytuację.
- Zabierz ją, Jonathanie – polecił, a kiedy blondyn zbliżył się, dodał: - Zadbaj o to, żeby doszła do siebie.
Jonathan pomógł Aice się podnieść i oboje rozpłynęli się w powietrzu.
Lucyfer westchnął ciężko. Nie liczył na to, że będzie łatwo. Spodziewał się jednak, że Aika wysłucha go do końca, ale, no cóż, nic na siłę. Nie chciał jej do siebie zniechęcić, nie mógł jej powiedzieć, że to tylko życie dwóch marnych ludzkich istot.
Wstał i podszedł do witryny, z której wyjął wypełnioną do połowy karafkę. Bursztynowy płyn powoli spłynął do kryształowej szklaneczki.
Jego myśli wróciły do spotkania, które odbyło się niedawno. Aika wywarła dokładnie takie wrażenie, jakiego oczekiwał. A nawet lepsze. Po prostu wyszła, wprawiając wszystkich w konsternację. Nie powiedziała nic, co potwierdzałoby, że chce zemsty, a jednocześnie jasno dała do zrozumienia jak niepowetowana szkoda została wyrządzona. Doskonale.
Zakręcił szklaneczką, wprawiając whisky słusznego rocznika w ruch. Nie musiał zastanawiać się nad tym, co postanowiono w sprawie Takamiego, to było oczywiste. Zapewne zanim spotkanie dobiegło końca, Takeda już miał dokładnie ułożoną skargę do Rady Nadzorczej Legionów. Reszta towarzystwa z pewnością wykorzystała sytuację do cna, umniejszając wpływy Takamiego. A sam Dowódca? O, ten z pewnością do końca zachował kamienną twarz, w myślach rozpływając się nad swym męczeństwem i rzucając klątwy na wszystkich tych, którzy zabrali głos na zebraniu. A w szczególności na Bogu ducha winną Aikę.
Gdyby tak się zastanowić nad poczynaniami Takamiego, to zaistniała sytuacja była po prostu śmieszna. Dowódca Legionu, mający na podorędziu świetnie wyszkolonych Pogromców, nie mógł sobie poradzić z jedną zagubioną nastolatką, a w odwecie za Pogromcę-samobójcę (którego najpewniej ruszyło sumienie) zabił dwoje innych nastolatków będących w dodatku najzwyklejszymi w świecie ludźmi. No, czapki z głów! Pogratulować intelektu!
Pokręcił głową, pociągając solidny łyk alkoholu. Czasami odnosił wrażenie, że ludzie zamiast iść na przód, uwsteczniają się w rozwoju, a przypadki takie jak Takami tylko go w tym utwierdzały.
Mimo wszystko, Lucyfer był zadowolony z takiego obrotu spraw. Jedyne, co mu było teraz potrzebne to czas. Czas, w którym jego słodka Aika mogłaby na nowo zebrać siły i myśli. Nie przeszkadzało mu to. Miał w końcu całą wieczność.

<***>

Zdenerwowana przechodziła po pokoju, wybijając obcasami rytm. Próbowała się uspokoić, wbijając długie paznokcie we wnętrze zaciśniętej w pięść dłoni, ale i to nie pomagało.
W końcu drzwi do sąsiedniego pokoju otworzyły się i Natsumi Sora ujrzała w nich swojego brata. Na pobladłej twarzy odbiło się zmartwienie, a pogodny blask, który zawsze bił z jego zielonych oczu zamarł.
Pół godziny temu matka z poważnym wyrazem twarzy zostawiła w jego dłoniach raport zwiadowcy i wyszła, nie mówiąc nikomu, dokąd się wybiera. Haruo, zaraz po tym jak mniej-więcej zorientował się w treści dokumentu, zamknął się w gabinecie, zaklinając ją, by nie ważyła się wejść za nim do środka. Znała granice, a coś w jego oczach mówiło, że wyjątkowo powinna usłuchać.
A teraz stał przed nią, wpatrując się przygnębionym wzrokiem w przestrzeń.
- Haruo, do cholery, co się stało? – zapytała, nie mogąc już dłużej znieść gęstniejącej wokół nich ciszy. Jeśli to ta mała idiotka, już jest martwa.
Bez słowa wyjaśnienia wręczył jej raport. Szybko prześledziła wzrokiem krótki tekst, a kiedy odsunęła kartkę od oczu, okazało się, że pierwszy raz od dawna nie może znaleźć słów.
Raport dotyczył morderstwa dwojga nastolatków. Niby nic nadzwyczajnego... Ale nie co dzień zdarza się mord popełniony przez Pogromców na bliskich przyjaciołach Niszczycielki Lucyfera.
Natsu zaklęła pod nosem. Zdążyła już zebrać myśli i teraz, po tej chwili zaskoczenia, przyszła pora na gniew. Była wściekła.
- Co za banda kretynów… - syknęła, zgniatając w dłoniach kartkę.
Nie znała tych dzieciaków, a za Aiką (subtelnie rzecz ujmując) nie przepadała i pewnie by jej to nie obeszło, gdyby nie wyraz twarzy Haruo. Ta troska, to zniecierpliwienie, to poczucie winy…
- Haruo? - Podeszła do niego i lekko dotknęła jego ramienia.
- Znałem ich, Natsu – oznajmił głosem zmienionym nie do poznania. Wciąż miał przed oczami uśmiech tej dziewczyny. Tak szczery i promienny…
Natsumi bez słowa wyciągnęła przed siebie ramiona i objęła go. Nie potrzebne były żadne kondolencyjne formułki. Ten uścisk znaczył dużo więcej niż puste „przykro mi”.
Jednak zdawała sobie sprawę z tego, że ta śmierć, choć wyraźnie go zasmuciła, nie była powodem jego zmartwienia.
- Gdzie poszła matka?
Haruo zmarszczył brwi, patrząc na siostrę jak gdyby nie zrozumiał pytania. Po chwili odwrócił wzrok i odparł:
- Poszła na spotkanie w tej… sprawie.
Natsumi przymrużyła oczy. Przeklęte gnidy, zawsze wykorzystają sytuację, byle tylko ugrać coś na swoją korzyść cudzym kosztem! A taka okazja zdarzała się przecież raz na milion lat albo i rzadziej! Mimo że gardziła taką polityką, nie powinna w takim momencie skupiać na tym uwagi. Odnalazła spojrzenie brata i zapytała:
- Ona tam będzie?
Nie musiała precyzować kim jest „ona”. Haruo doskonale wiedział kogo miała na myśli.
Pokręcił bezradnie głową, oznajmiając, że nie ma pojęcia.
- Matko, wyobrażasz sobie jak ona się teraz czuje? A ja, jak ostatni idiota…
 Nie dokończył. Dotknął piekącego policzka, na którym sekundę wcześniej z trzaskiem wylądowała dłoń Natsumi. Kiedy na nią spojrzał nie mógł rozstrzygnąć kto był bardziej zszokowany – on czy Natsu.
- Weź się w garść – rozkazała chłodnym tonem. – Wyrzuty sumienia to ostatnia rzecz, której nam tu teraz potrzeba. Nie zrobiłeś nic złego.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech by ochłonąć. W końcu nie co dzień policzkowała brata. Ale co innego mogła zrobić? Czekać aż wpadnie w histerię i zrobi coś szalenie głupiego? O nie, co to to nie! W tym duecie zawsze to ona szybciej odzyskiwała zimną krew i nie zamierzała pozwolić Haruo na władowanie się w kłopoty.
Po chwili ciszy chłopak przyznał siostrze rację. Nie mógł sobie pozwolić na jakikolwiek fałszywy krok.
- Muszę z nią porozmawiać. Jest zdruzgotana i zupełnie sama w tym wszystkim...
Natsu pokręciła głową. Rety, czy on w ogóle myślał nad tym, co mówi?
- Naprawdę sądzisz, że Lucyfer zostawił by ją samej sobie? Myślę, że jest w dobrych rękach. A porozmawiasz z nią potem. Chyba że wolisz pocałować klamkę, bo jestem pewna, że teraz ani myśli wpuścić cię do domu.
Co do tego nie miał wątpliwości! Lucyfer na pewno starał się namieszać jej w głowie i zostawił przy niej kogoś, kto sprawdzałby, czy ziarno padło na podatny grunt. Nie mógł do tego dopuścić! Ale Natsumi jak zawsze miała rację. Teraz zamiast pomóc mógłby jej tylko zaszkodzi. O ile w ogóle otworzyłaby mu drzwi. Westchnął. Postanowił dać jej czas. Rzecz jasna, niezbyt dużo czasu, za bardzo się o nią martwił.
- Przepraszam, Natsu. Nie myślę jasno, oczywiście, masz rację.
Natsumi, widząc, że Haruo przemyślał jej słowa, uśmiechnęła się delikatnie z ulgą. Gdyby jej nie usłuchał, nie powstrzymałaby go.
Podszedł do fotela i opadł na niego. Wyglądał jakby raptem postarzał się o kilka dobrych lat. Miał ochotę się napić, ale nie mógł sobie na to pozwolić, musiał myśleć trzeźwo.
- I co teraz zrobimy? – zapytała Natsu, kładąc wyraźny nacisk na cząstkę „my”:
Zabębnił palcami w podłokietnik fotela i wzruszył lekko ramionami.
- Poczekamy. Zobaczymy co powie matka, kiedy wróci z tego, pożal się Boże, spotkania. Będziemy mieli wtedy dość klarowny obraz sytuacji, by cokolwiek zrobić.
Kiwnęła głową, zgadzając się z nim. W końcu mówił do rzeczy.
Usiadła na drugim fotelu, zakładając nogę na nogę. Haruo potrzebował jej pomocy i nie zamierzała mu jej odmawiać. To, że nie lubiła Aiki nie miało w tej chwili znaczenia. Zastanawiało ją tylko jedno. Dlaczego tak zareagował? Przecież oboje od najmłodszych lat uczyli się samokontroli, niewiele rzeczy mogło wyprowadzić ich z równowagi. Wiedziała, że zależało mu na tej dziewczynie, ale żeby aż do tego stopnia? Chyba że…
- Haruo?
Odwrócił głowę w jej stronę. Jego twarz emanowała teraz spokojem, którego, była tego pewna, nie odczuwał.
- Tak?
- Czy ty ją kochasz?
- Słucham? – Zmarszczył brwi, skupiając na niej spojrzenie.
- Słyszałeś.
Rzeczywiście, słyszał. Tylko musiał się upewnić, że się nie przesłyszał. Dlaczego Natsu o to zapytała? Pewnie zaniepokoiła ją jego reakcja. Odetchnął i przeczesał włosy palcami, zamyślając się. Skoro już zapytała, postanowił odpowiedzieć.
Zależało mu na Aice, widział, że idzie w stronę, w którą iść nie powinna i że tylko on może ją z tej drogi zawrócić. Czy jednak ją kochał?
Pokręcił głową.
- Nie, Natsu, nie kocham. Zależy mi na niej, wiem, że muszę jej pomóc, ale to nie jest miłość. Przecież tak naprawdę nawet dobrze się nie znamy.
Poczuła ulgę. Może to głupie… Ba! „Może”, na pewno! Ale wiedziała, że gdyby Haruo potwierdził jej przypuszczenia, ciężko byłoby się jej z tym pogodzić. Już teraz nie było jej łatwo. Dlaczego? Po prostu była zazdrosna. Nie lubiła tego uczucia, gdy dzielił uwagę między nią a kogoś innego. Irytowało ją to, choć wiedziała, że to absurdalne.
Spojrzała na Haruo, który zdążył odpłynąć myślami gdzieś poza jej zasięg. Martwiła się o niego. Nie mogła się pozbyć przeczucia, że wpakuje się w jakieś kłopoty przez tę sprawę.  Mało tego, miała pewność, że to się nie może dobrze skończyć. Westchnęła ciężko. Który to raz tego dnia?
Najchętniej wybiłaby mu to wszystko z głowy, ale mimo więzi, która ich łączyła, nie miała prawa do tego stopnia ingerować w jego życie. W tym wszystkim mogła go tylko wspierać i pilnować, by nie poniosły go emocje. Cokolwiek później postanowi, nie zostawi go w tym.

<***>

Poderwała się z pościeli, słysząc trzask zamykanych drzwi i odgłos lekkiego poruszenia służby. Bez wątpienia Shin wrócił do domu.
Jennifer narzuciła na ramiona cieniutki szlafrok i owinąwszy się nim szczelnie, usiadła na skraju łóżka, oddychając ciężko i powoli.
Cały dzień nie mogła się na niczym skupić. Wszystko leciało jej z rąk, nie rozumiała znaczenia czytanych słów, co chwila gubiła tempo bądź myliła nuty dobrze znanych utworów. Kiedy opuściła ręce, zdając sobie sprawę ze swojego rozkojarzenia, poszła do sypialni, ale, co się szybko okazało, nawet sen się nad nią nie zlitował i ani myślał nadejść. Dlatego w ciszy nasłuchiwała nadejścia męża.
Przez chwilę zastanawiała się, czy nie wyjść mu naprzeciw, ale ostatecznie doszła do wniosku, że to nie ma sensu. W końcu prędzej czy później sam do niej przyjdzie, a jej wcale się nie śpieszyło.
Przez cały czas intensywnie myślała nad tym, jaką odpowiedź powinna mu dać. Sytuacja była do tego stopnia rozpaczliwa, że momentami niemal wybuchała histerycznym śmiechem. Jak mogła grać, mając tak beznadziejne karty? To nie fair. Jedyne co mogła zrobić, to wybrać mniejsze zło…. Tylko co było mniejszym złem?
Drzwi powoli, bezszelestnie uchyliły się i do sypialni wszedł Kazuma. Przywitał się i lekko musnął ustami jej czoło.
Przymknęła oczy, wdychając jego znajomy zapach. Zawsze kojarzył jej się z bezpieczeństwem i troskliwą opieką. Kiedy był blisko nie bała się niezrozumienia i samotności.
- Jak było na spotkaniu? – zapytała odruchowo.
Usiadł obok niej, odwracając wzrok. Nie miał ochoty mówić o tym żałosnym spędzie. Czekała na niego o wiele ciekawsza rozmowa, która powinna mu znacznie poprawić humor. Wiedział, że Jennifer zaplanowała ją na ten wieczór, ale najwidoczniej, biedne dziewczątko, nie potrafiła do niej przejść. Postanowił jej w tym pomóc.
- Proszę, Jennifer, zostawmy to, nie chcę do tego wracać. Co tam się działo... – Pokręcił głową.
Jennifer spojrzała na niego łagodnie. Jak mogła mu nie współczuć? Już kiedy usłyszała o tym, że musi się na nim stawić, wiedziała, że będzie to okropne przeżycie.
- W dodatku jeszcze przewodniczący Starszyzny…
- Co takiego?
W sposób wymuszony uśmiechnął się delikatnie.
- Nic, przepraszam, moja droga, nie zawracaj sobie tym głowy.
Subtelne arystokratyczne rysy jej twarzy stężały pod wpływem niepokoju.
- Nie, powiedz mi, proszę.
Westchnął. Czasami wolałby, żeby wszystko nie przychodziło mu z taką dziecinną łatwością. Może wtedy ta cała farsa sprawiałaby mu więcej przyjemności...
- Pokłóciłem się z nim. Powiedziałem mu, że potrzebujesz czasu, a on się wściekł. Nie rozumie, że takich decyzji nie podejmuje się w pięć minut, nic się dla niego nie liczy.
Matko, co za banały! Momentami ciężko było mu uwierzyć w to, że Jennifer nie wątpi w jego słowa. Przecież sam sobie by nie uwierzył. Ale, co tu dużo mówić, desperacja pozbawia człowieka zdolności logicznego myślenia.
Dziewczyna przygryzła wargę, wbijając spojrzenie bursztynowych oczu w podłogę. Wzięła głęboki, drżący oddech i cicho, tak cichutko, że ledwie poruszyła bladymi wargami oznajmiła:
- Właściwie, to ja już zdecydowałam.
Podniósł na nią „zaskoczone”, wyczekujące spojrzenie.
Skupiła się na swoich dłoniach złożonych schludnie na kolanach. Nie chciała, nie umiała na niego patrzeć. Myślała, że to będzie chociaż nieco prostsze, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu. I nie chodziło tylko o to, że to była poważna sprawa.
W gruncie rzeczy Jennifer była niezwykle przyzwoitą dziewczyną, niemal świętą (czy też aniołem, jak często nazywał ją Kazuma) jeśli chodziło o relacje damsko-męskie. Tak została wychowana, a literatura, którą chłonęła, tylko pogłębiała jej pruderyjność. Shin był jej mężem, ale tylko formalnie. Wstydziła się, nie umiała tak bezpośrednio powiedzieć mu tego, co postanowiła.
- W życiu nie myślałam, że postawisz mnie przed takim dylematem. Właściwie nie miałam żadnego pola manewru. Musiałam się nad tym dobrze zastanowić i, chociaż nie taka była umowa, chociaż strasznie się boję, zdecydowałam, że… ja… za nic do nich nie wrócę. Nawet jeśli wiąże się to z tak wysoką ceną – oznajmiła niepewnym, łamiącym się głosem.
To już było za nią. Wypuściła powietrze z płuc i odwróciła głowę.
Musiał przyznać sam przed sobą, rozczarował się. Uwielbiał kiedy wszystko szło zgodnie z planem, ale lubił na to zapracować. Był bardzo ambitny, dostanie wszystkiego jak na tacy go nie satysfakcjonowało. Liczył na to, że będzie mógł wykazać się swoim talentem do manipulacji i uda mu się przekonać Jennifer. Tymczasem Jenn najwidoczniej rozważyła wszystkie „za” i „przeciw”, po czym sama wysunęła „najkorzystniejsze” dla siebie wnioski.
Cóż, odbije to sobie następnym razem. Teraz musi okazać swą niebywałą wdzięczność.
Delikatnie odwrócił twarz żony w swoją stronę. Bursztyn jej oczu lśnił teraz od łez, aksamitne usta lekko rozwarły się w drżeniu a policzki barwy porcelany pokrył świeży, ledwie dostrzegalny rumieniec. Przeszło mu przez myśl, że jego żona przypomina lalkę. Wyjątkowo piękną lalkę.
Gdyby ktokolwiek wiedział o tym, że to tylko gra, Shin Kazuma zostałby okrzyknięty aktorem stulecia. Wierzchem dłoni pogładził miękką skórę policzka Jenn tak czule jakby miłość była mu znajoma nie tylko z definicji. Pochylił się i łagodnie, z namaszczeniem pocałował ją.
W pierwszej sekundzie drobne ciało dziewczyny zesztywniało, a gdzieś w jej podświadomości zrodził się podsycany przez strach protest. Czy to możliwe, by właśnie tu i w tej chwili zamierzał przypieczętować jej decyzję? Matko, nie! Najbardziej na świecie chciała odepchnąć go od siebie i uciec. Nieważne dokąd. Po prostu uciec. Jednak zmusiła się do pozostania na miejscu. Nigdy nie rzucała słów na wiatr, a dała Shinowi swoją zgodę. Kości zostały rzucone i nie mogła się wycofać.
Oczywiście Kazuma nie tylko wyczuł, ale i usłyszał galopujący puls dziewczyny. Była przerażona, zdawał sobie z tego sprawę. A wiedział jak łatwo można zniechęcić do siebie młodziutką i niewinną dziewczynę.
Odsunął się od niej powoli, ujął w dłonie jej maleńkie, zgrabne rączki i patrząc głęboko w załzawione oczy, ucałował najpierw jedną, potem drugą dłoń Jennifer.
- Przepraszam. I dziękuję – powiedział cicho, nadając swojemu głosowi ciepłego, głębokiego brzmienia.
Bez zbędnych słów, wstał i opuścił sypialnię Jenn z poczuciem dobrze wykonanej pracy.
Jennifer poczuła tylko ciepło łez spływających po twarzy. Podciągnęła kolana pod brodę i zaszlochała cicho.
Nie, nie żałowała swojej decyzji. Po prostu jej ciało czuło potrzebę pozbycia się emocji i to był jeden ze sposobów. Pozwalała, by łzy wielkości grochu płynęły jedna za drugą, musiała odzyskać równowagę.
Kiedy już mogła spokojnie złapać oddech, ułożyła się na łóżku, splatając dłonie i składając je na podołku. Przez chwilę bez celu wpatrywała się w sufit.
Po paru minutach zamknęła oczy i tak jak leżała, zasnęła. Opadł na nią ciężki sen pozbawiony marzeń. Taki, z którego nie łatwo się było wybudzić

<***>

Stała w przedpokoju, pustym wzrokiem spoglądając na ściany, które, mimo że tak znajome, wydawały jej się obce i wrogie. Przeszła parę kroków, zatrzymując się przy schodach. Obejrzała się przez ramię. Jonathan, niczym anioł stróż, stał w cieniu przedpokoju, wyczekująco przypatrując się jej w milczeniu.
Stał tam tylko on, ale Aika czuła na sobie dziesiątki par oczu. Ich spojrzenie oblepiało ją, śledziło każdy gest, czekając na choć jeden fałszywy krok.
Odwróciła się w stronę salonu i podeszła do okna, z którego rozciągał się widok na las. W tej ciemności czaiły się te wszystkowidzące oczy. Wpatrywała się w drzewa szarpane wiatrem, próbując spojrzeniem przeniknąć mrok. Przez wzbierający żal ledwie mogła oddychać. Nie odegnała łez, które przesłoniły jej widok na najbliższe drzewa, zmieniając je w bezkształtną, niepokojącą masę.
- Przedstawienie skończone –wycedziła przez ściśnięte gardło i gwałtownym ruchem zasłoniła okno. Tak samo postąpiła z drugim.
Jonathan w milczeniu przyglądał się dziewczynie, która w pośpiechu szczelnie zasłaniała każde okno znajdujące się w domu. Kiedy była pewna, że skończyła, wróciła do przedpokoju.
Powoli podeszła do demona i w ciemności odnalazła jego wzrok.
- Proszę, nie wpuszczaj tu nikogo. Nie chcę widzieć absolutnie nikogo. – Jej zmęczony, zachrypnięty głos był tak cichy, że ledwie mógł ją usłyszeć. W odpowiedzi skinął tylko głową.
Kiyokuro spróbowała się lekko uśmiechnąć, ale grymas na jej twarzy w niczym nie przypominał dawnego, subtelnego uśmiechu Aiki. Odwróciła się na pięcie i wbiegła po schodach, znikając w swojej sypialni.
Westchnął ciężko i wszedł do salonu, by spocząć w jednym z foteli. On również czuł się zmęczony. Miał wrażenie, że powierzone mu zadanie go przerosło.
Aika rozsypywała się na jego oczach, a fakt, że jeszcze nie może jej pomóc był niewiarygodnie frustrujący. Dziewczyna w tej chwili potrzebowała czasu. Ale to nie było wszystko.
Była jeszcze Mari. Ta Mari, którą uparcie kochał przez te wszystkie lata, która bezwzględnie wzgardziła jego miłością... Ta Mari, której prawdziwy obraz wypierał ze świadomości. Czy to możliwe, że od tak wielu lat gonił za marą? Im dłużej o tym myślał, tym bardziej przerażała go ta wizja. Bo jeśli w rzeczywistości tak było, kochał kogoś, kto od dawna nie istnieje.
Zamknął oczy, odchylając głowę. Nie mógł się nad tym zastanawiać, nie to było teraz najważniejsze. Priorytetem było teraz zajęcie się Aiką. Nie potrafił załagodzić jej żalu, ale wiedział, że nie może zostawić jej samej. Nawet pomimo tego, że nie chciała nikogo widzieć, podświadomie potrzebowała czyjejś bliskości, nie zniosłaby samotności. A on nie zniósłby, gdyby coś jej się stało.


<***>
Witajcie!
Nie będę się usprawiedliwiać. Po prostu wcześniej się nie udało. I wcale nie miały na to wpływu moje perfekcjonistyczne zapędy! xD 
Nie wiem kiedy uda mi się cokolwiek napisać, póki co toczę zażartą wojnę z nauczycielami, udaję, że przeczytałam "Ludzi bezdomnych" i w ogóle coś robię. Tak naprawdę nie mam ochoty nawet kiwać palcem. Pospałabym sobie, czy chcę tak dużo?
Ale, co ja się będę użalać... miłego czytania!

Pozdrawiam - Andzik 

5 komentarzy:

  1. Oho! Już sam początek tak z grubej rury! Aż mi mowę odebrało. Yoshiro, Yoshiro… Kocham go i nienawidzę jednocześnie. xD Nienawidzę wiadomo za co, a kocham za tę sadystyczno-perfekcjonistyczno-aktorską stronę. No, powiem Ci, że gość stwarza duże możliwości. Tyle że nagrabił sobie porządnie za to, co mówi/myśli o „mojej” rodzinie i o Hiroshim! Tego to ja nie wybaczę, o nie. Niech się gość przygotuje na łomot - jeśli nie ze strony innej postaci (najlepiej Hiroshiego <3), to z mojej, a co!
    Yuriko i inne służące są takie biedne. ;_; Mieć takiego pana… Dramat. Suzu pewnie będzie przeżywać. A sam Yoshiro pod względem podejścia do pokojówek mógłby dogadać się z Shoutą. :3
    Ech, już się boję, co ten wariat planuje… A tak swoją drogą, jak fajnie, że wreszcie coś napomknęłaś o jego rodzinie (i o nim samym). Matka żyjąca we własnym świecie, ojciec czczący ją jak bóstwo… No, no. Zresztą… Etsuko jest z rodziny Takao Takedy? Ależ ten świat mały… W tym przypadku dosłownie, bo tych czystych wampirzych rodów faktycznie jest niewiele.

    Biedna Aika, tak bardzo cierpi. ;( Prędko się raczej nie podniesie… Po czymś takim każdemu byłoby trudno żyć, z co dopiero takiej wrażliwej nastolatce, która już i tak przeżyła niemało…
    Ech, Lucek mógł sobie darować ciągnięcie ją na to zebranie. :/ No ale cel osiągnął. Zresztą, jak widzę, wszystkich cieszy możliwość pozbycia się Takamiego. Mnie też, tak szczerze. Gość ostro przesadził!
    No dobra, jednak plan Lucka nie do końca został zrealizowany, ale co się odwlecze, to nie uciecze, bo, jak sam zauważył, ma na to wieczność. Taak… Ech, dałby temu biednemu dziecku spokój, a nie. -.-

    Oo, jak miło poczytać o Wiośnie (Haru) i Lecie (Natsu)! Są świetnym rodzeństwem, tak bardzo o siebie dbają… <3 A Haruo też tak bardzo cierpi, słooodziak. ;_; Mam nadzieję, że w odpowiednim czasie uda mu się pomóc Aice.
    Nie kocha Aiki, co? No proszę. Ciekawe, czy to prawda. W sumie dobrze by było, bo to fakt, że póki co oni się prawie nie znają. Pominę fakt, że co poniektóre wampiry i nekromanci zakochują się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale hej! Oni nie mają czasu. :(

    Shin, mistrzu mój! Jejku, jak ja go kocham! Cwana bestyja, oj, cwana! I wredna jak mało kto, ale za to w jakim pięknym stylu! Coś to aktorstwo za bardzo wchodzi wampirom w krew…
    A Jenn właśnie wydała na siebie wyrok. ;_; Biedna. :( Niemniej taki scenariusz jest, co tu dużo mówić, ciekawszy. ^^’’

    Mam nadzieję, że mimo wszystko Aika jakoś się podźwignie. Że Jonathan, Haruo, Aya - ktokolwiek - jej pomoże. :( Tak mi jej żal no… T^T

    Wnusiu, cieszę się wielce, że rozdział wreszcie się ukazał i żywię nadzieję, że wraz z nadejściem wakacji nowości będą pojawiać się częściej. :P Rozdzialik jak najbardziej udany (brakowało tylko jednego - Hiroshiego - ale wspaniałomyślnie Ci wybaczę, bo bądź co bądź to nie główny bohater tego opowiadania *a szkoda*)! <3 Czekam więc z niecierpliwością na ciąg dalszy! :)
    A teraz wracam do nauki kandziów na ostatnie kolokwium!

    OdpowiedzUsuń
  2. Hey! Dzięki za info! :*
    Ja to pisać tak dużo jak Aya nie będę xD Ona powiedziała już wszystko, co sama chciałam przekazać ;)
    Ale żeby nie było: mąż Ayi, ten, Shirahime, to sadystyczny dupek. Mógłby się z Markizem de Sade dogadać... Cóż, mam nadzieję, że "rycerzyk" Ayi da mu popalić xD
    Co do Aiki-Boże! Oby tylko plan Lucka się nie powiódł! Tylko nie to!
    No i był Lucek! Mrrrr... ^^ Owszem, lubię go, to genialna postać, ale za te bezuczuciowe zagrywki chętnie bym mu w pysk dała.
    Haruo-ja tam sądzę, że okłamuje sam siebie. Albo jest nieświadomy swoich uczuć.
    Jenn-cóż, trzeba się z nią chyba pożegnać, biedne, naiwne dziewczątko...
    Shin mógłby się z Luckiem zakumplować. Nie myślałaś o tym? xD
    Pozdro!
    K.L.

    PS. co do komentarza u mnie: wymagać to jedno, ale narzucać to drugie. Zazdroszczę podejścia! Ja tam w siebie nie wierzę. I mam masę kompleksów ;/ Niestety! No, ale zaczynam z tym walczyć.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hey!
    Krew nie woda dorobiła się kontynuacji :D
    Zapraszam x)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hm... Czarownica dorobiła się kolejnego rozdziału! (próbuję być zabawna, nie wiem, czy mi wychodzi, zawsze miałam pochrzanione poczucie humoru...)
    Zapraszam!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki za oba komentarze! :*
    Chyba skupię się na Krwi, nie wodzie xD Cóż, nie wymyśliłam jeszcze kontynuacji ^^" Mam sumienie xD Coś napiszę, pytanie tylko kiedy?
    Ta Mira to mi się udała :D Mam nadzieję, że nie zawiodę oczekiwań ;)

    Cóż, dzięki, pytałam z ciekawości... i z konieczności. Magisterka wymaga ode mnie dziwacznych, nie historycznych badań ;/

    Co do Czarownicy... nie mam nawet linijki następnego rozdziału, więc nie wiem co się stanie z Vincentem... Mnie też podoba się imię "Valeria". Może jak kiedyś będę mieć córkę, to właśnie tak ją nazwę?? xD

    Pozdro!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń