Pędziła przed siebie, mocniej wczepiając palce w końską
grzywę, by nie spaść z grzbietu cwałującego zwierzęcia. Nie otwierała oczu. Nie
obchodził jej fakt, że mknie na oślep poprzez ciemny, cichy i zdradziecki las.
Chciała się zgubić, znaleźć jak najdalej od posiadłości męża. Tak, by uciec od
jego spojrzenia, którym z pewnością mimowolnie, wywierał na niej presję.
Słyszała tylko urywany oddech gniadej klaczy, która niekierowana przez nikogo,
z łatwością pokonywała przeszkody.
W końcu Jennifer ściągnęła wodze, zatrzymując dyszącego
konia. Wiedziała, że Meriel gnałaby dalej tak długo, aż padłaby ze zmęczenia,
jednak kochała tę klacz i nie chciała jej skrzywdzić. Zeskoczyła zwinnie, przekładając
wodze przez głowę Meriel. Przytuliła się do niej, delikatnie głaszcząc jej
szyję.
- Przepraszam, maleńka – szepnęła i ucałowała gwiazdkę
na gniadym czole. Zdjęła ogłowie i pozwoliła zwierzęciu na swobodny spacer po
niewielkiej polanie. Miała pewność, że nie oddali się od miejsca, w którym ją
zostawi.
Przeszła kawałek dalej, dotkliwie odczuwając brak
jakiegokolwiek odzienia poza koszulą nocną i cieniutkim szlafrokiem. Kiedy
wyjeżdżała, zegar wybijał czwartą nad ranem. Nie mogła spać, a bezczynne leżenie
doprowadzało Jennifer do szaleństwa. Myśli, obrazy i głosy mieszały się w
jedno, przysparzając jej strasznego bólu. Najbardziej jednak maltretowało ją
wspomnienie przepraszającego spojrzenia Shina. Nie mogła tego znieść. Musiała
natychmiast, w tej chwili, wstać, wyjść, działać, uciekać... Zrobić cokolwiek,
by to przestało ją nękać. Nie znajdując czasu na ubranie się, wybiegła z
posiadłości drzwiami dla służby. Wpadłszy do stajni nawet nie zawracała sobie
głowy siodłaniem Meriel. Zapięła tylko ogłowie i wskoczyła na grzbiet klaczy,
która, zaniepokojona stanem swej pani, nawet nie czekała na sygnał, by wyrwać
galopem (o mały włos nie wyłamując drzwi), który miękko przeszedł w cwał.
Pokręciła głową, delikatnie masując skroń. Co się z nią
działo? Nigdy wcześniej nie pozwalała sobie na tak lekkomyślne działanie. Ale
co mogła zrobić, kiedy powietrze w sypialni dusiło ją, a obraz męża palił jej
powieki żywym ogniem?
Westchnęła cicho i opadła na resztki pnia powalonego wiele
lat wcześniej drzewa. Co miała robić teraz, gdy Starszyzna brutalnie wyrywała
ją ze złotej klatki, w której zgodnie z własną wolą została zamknięta? Nie
mogła wrócić do rodziny. Wolałaby już jak pies zdechnąć pod płotem, niż znowu
pozwolić na to, by otoczyli ją ci ludzie, z którymi prócz więzów krwi łączyła
ją czysta nienawiść.
Przygryzła wargę. Co więc miała zrobić? Urodzić... Dziecko?
Przecież to absurdalne! Jak ona, drobna, krucha i niespełna siedemnastoletnia
zwykła dziewczyna miała urodzić dziecko potężnemu wampirowi? Nie przeżyje tego.
Była pewna, że tak będzie. Czytała o związkach ludzi z wampirami. Owoc takiego
związku umierał podczas połogu. Razem z matką.
Znalazła się między Scyllą, a Charybdą. Uśmiechnęła się
ponuro, zdając sobie sprawę z tego, że jest klasycznym przykładem tragizmu antycznego.
Każde rozwiązanie prowadziło do klęski. Teraz musiała wybrać, która będzie
mniej dotkliwa: śmierć ciała czy śmierć ducha.
Mróz z większym zacięciem smagał jej skórę. Owinęła się
szczelniej szlafrokiem, jakby to mogło cokolwiek pomóc. Nie mogła wracać.
Jeszcze nie teraz.
Myślała o Shinie. Jakiej odpowiedzi on oczekiwał? Najpewniej
chciał, by wróciła do Cage, jednak kto mógł wiedzieć, co tak naprawdę roiło się
w jego umyśle? Czasem miała wrażenie, że zupełnie go nie pojmuje. Kiedy
przemawiał, coś głęboko w niej drżało z przejęciem, domagając się czujności i
podejrzliwości. To był jej mechanizm obronny, bezbłędna umiejętność oddzielania
prawdy od fałszu. Jednak już dawno przestała zawracać sobie tym głowę.
Instynkt, na którym polegała od wielu, wielu lat w przypadku Shina wariował.
Był bezużyteczny zupełnie jak kompas w obecności magnesu.
Wzięła głęboki oddech, a powietrze zakuło ją w trzewiach.
Cokolwiek miała zrobić, musiała to dobrze przemyśleć, nie mogła podjąć decyzji,
która zaważy na jej życiu pod wpływem impulsu.
Postanowiła wracać. W końcu nie dojdzie już teraz do żadnych
sensownych wniosków, a siedzenie w środku nocy w lesie w cieniutkim szlafroczku
może co najwyżej owocować w zapalenie płuc.
Przywołała klaczkę, która przybiegła do niej wdzięcznym
kłusem. Założyła uzdę i wskoczyła na grzbiet Meriel. Rozejrzała się wokół,
spostrzegając, że faktycznie się zgubiła. Nigdy jeszcze nie była w tej części
lasu. Westchnęła cicho i puściła luźno wodze, przyciskając lekko łydki do boków
konia. Meriel zawsze znajdowała drogę do domu, dlatego gdy tylko poczuła luz,
wyrywała naprzód zupełnie pewna szlaku. Jennifer zamknęła oczy, przywierając do
szyi klaczy. Miała nadzieję, że nikt nie zauważył jej zniknięcia, chociaż...
jakie to miałoby teraz znaczenie skoro niedługo i tak zniknie? Prędzej czy
później, w ten, czy w inny sposób...
<***>
Chłodna, stalowa poświata późnojesiennego dnia padała na
pomieszczenie, wyostrzając każdą krawędź i odbierając ciepło barwom. Cisza
zawieszona w nieruchomym powietrzu, tak głęboka, że nie słychać w niej było
nawet oddechu, podkreślała wszechobecną pustkę.
Aika zamrugała parę razy, niewidzącym wzrokiem wpatrując się
w jakiś nieokreślony punkt. Jak dawno temu się przebudziła? Gdyby zadała sobie
to pytanie, nie potrafiłaby na nie odpowiedzieć. Od chwili, w której wyczerpana
osunęła się na poduszki, nie była w stanie się ruszyć. Jej myśli na przemian to
skupiały się na pustce, to znów odpływały gdzieś poza świadomość. Trwała w
zawieszeniu pomiędzy okrutną rzeczywistością, a nierealną krainą, w której
zwykle snuła marzenia, a która teraz roztaczała przed nią obraz rozpaczy.
Kiedy utonęła w zapomnieniu przynoszonym przez słodki eliksir
Jonathana, miała sen. Widziała jasną, niemal świetlistą postać na tle
nieprzeniknionej czerni. Zalegająca wokół cisza echem odbijała spazmatyczny
szloch pełen nieutulonego żalu, który wyrywał się z piersi dziewczyny. Na
schowaną w drobnych dłoniach twarz opadały kosmyki blond włosów, a śnieżnobiałą
sukienkę gęsto pokrywały plamy szkarłatnej krwi. Dziewczyna oderwała dłonie od
twarzy i zdawało się, że te przepięknie błękitne oczy patrzą wprost na Aikę,
gdy Rika drżącym głosem szepcze jedno słowo: „Dlaczego?”.
Naraz otworzyła oczy. Gdy zdała sobie sprawę z tego, że wraz
z ciemnością zniknęła także jej przyjaciółka, wybuchła płaczem. Gdyby ktoś mógł
ją usłyszeć, z pewnością pękłoby mu serce. Każda dusza zdolna do współczucia
rozdarłaby się na pół, widząc ten nieprzerwany potok łez rozpaczy. Nikt jednak
nie widział niewysłowionego bólu wymalowanego na twarzy Aiki, nikt nie słyszał
żałosnego łkania. Nikt. Była sama. Zupełnie sama ze świadomością, że
przyczyniła się do bestialskiego zamordowania swoich przyjaciół.
Z chwilą, w której zupełnie opadła z sił, zastygła w
bezruchu, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Cały jej świat, nawet sny,
wszystko przykryte było grubym, żałobnym kirem.
Chciała zapytać dlaczego tak się stało, ale nie było nikogo,
kto mógłby jej odpowiedzieć. Gdzie popełniła błąd? Przecież trzymała wszystko w
tajemnicy, nigdy nie chciała wystawić przyjaciół na niebezpieczeństwo. A mimo
tego nie żyli. Czym w takim razie naraziła się Pogromcom, że zamordowali dwie
równie niewinne, co drogie jej osoby? Za co tak bardzo pragnęli ją ukarać,
zrzucając na jej barki ciężar odebranego życia? Znała odpowiedź.
To wszystko była zemsta. Odwet Dowódcy za Pogromcę, który
zastrzelił się przed jej domem. Odwet, przed którym ją ostrzegano. Poczuła pod
powiekami piekące łzy. Jak mogła być tak nierozważna, by nie wziąć sobie tego
do serca? Jak mogła zlekceważyć to ostrzeżenie?! Gdyby tylko miała taką
możliwość... oddałaby życie, żeby wszystko cofnąć i naprawić. Ale już za
późno...
Przed oczami miała tę niemal zawsze zgodną parę. Znali się od
dzieciństwa, mieli tyle wspólnych planów na przyszłość, które teraz były tylko
wspomnieniem.
Kiyokuro drgnęła niespokojnie. Czy taki los czekał każdego,
kto coś dla niej znaczył? Czy Pogromcy poprzestaną na tej już i tak zbyt
wielkiej ofierze? Obawiała się, że to dopiero początek.
Powinna wstać. Wziąć głęboki oddech, zacisnąć zęby i zrobić
coś, by z tym skończyć. Jak jednak miała tego dokonać? I przede wszystkim, po
co? Po co się podnosić, skoro znowu wyląduje na dnie, pociągając kogoś za sobą?
Już nie wstanie. Nie tym razem. Upadki zbyt wiele kosztowały. Powinna zostać tu
gdzie jest. Tak nie stanowiła dla nikogo zagrożenia, a świat z biegiem czasu
zapomni o niej i zostawi samej sobie.
Zamknij oczy... Odpłyń w nicość... Nie śnij... - wyszeptał Whisper, a ona uległa mu, nie
widząc sensu w opieraniu się.
I tak utonęła w śnie pozbawionym snów.
<***>
Aya szybko zlustrowała spojrzeniem pomieszczenie. Jej rodzice
siedzieli na kanapie w pewnym oddaleniu od siebie. Jedno nie spoglądało na
drugie i wyglądało na to, że nie zamierzają zamienić ze sobą ani słowa. I tak
było od poprzedniego dnia. Zagryzła wargę. Bolało ją serce, gdy widziała
zawziętość na ich twarzach. Zwłaszcza, że pokłócili się o nią.
Kiedy po powrocie od Aiki otworzyła drzwi do domu,
zrozumiała, że weszła w oko cyklonu. Rodzice nawet jej nie zauważyli. Maaya
krzyczała na męża, na siłę zatrzymując łzy, które uparcie cisnęły jej się do
oczu. On z kolei przyglądał jej się przez chwilę, starając się opanować gniew,
jednak w końcu nie wytrzymał i krzyknął na nią. Wtedy Maaya rozpłakała się, co
sprawiło, że Kage zacisnął usta, nie wypowiadając już więcej ani słowa,
odwrócił się na pięcie i odszedł, trzaskając drzwiami. Kobieta, nie myśląc
wiele, odwróciła się w kierunku schodów i wbiegła po nich, kończąc scenę
spektakularnym zatrzaśnięciem drzwi. Aya, która skamieniała wciąż stała w
wejściu, dopiero od przestraszonej, starej służącej dowiedziała się co zaszło.
Wzięła głęboki oddech, uniosła wyżej głowę i weszła do
prywatnego salonu, niosąc ze sobą tacę z serwisem do herbaty. Musiała z nimi
porozmawiać, dlatego poprosiła, by oboje tu przyszli. Ta sytuacja nie mogła
dłużej trwać, więc pokrzepiona przez Aikę, zebrała w sobie odwagę, aby to
wszystko wyjaśnić.
Postawiła tacę na niskim stoliku, rozstawiła filiżanki i
nalała do nich herbaty. Dopiero wtedy usiadła naprzeciw rodziców. Nie wiedziała
jak ma zacząć. Wiedziała, że chce jak najszybciej skończyć.
- Mamo, tato… Proszę
was, przestańcie. Nie mogę patrzeć na to jak się kłócicie. – Spojrzała na
nich błagalnym wzrokiem.
Maaya wbiła spojrzenie w podłogę, przygryzając dolną wargę,
ale Kage ze spokojem, którego z pewnością nie odczuwał patrzył córce w oczy.
- Aya, są sprawy,
których nie rozumiesz… - zaczął powoli wyważonym tonem.
Przerwała mu gestem. Nie chciała by kończył, bo doskonale wiedziała
co powie. Tylko by ją tym zirytował, a nie potrzebowali kolejnej kłótni.
- Zdziwiłbyś się jak
doskonale rozumiem. Ale wiesz dlaczego sądzisz, że jest inaczej? Dlatego, że
wciąż traktujesz mnie jak małe dziecko – powiedziała zaskakująco spokojnym
i pewnym głosem. – Zrozum wreszcie, że
już nim nie jestem.
Matka Ayi uniosła lekko głowę, z zaskoczeniem spoglądając na
córkę.
Kage skinął głową z powagą. Cóż innego mógł zrobić? Tym razem
nie uda się odesłać Ayi do jej pokoju, wmawiając jej, że to nie powinno
zaprzątać jej myśli. Martwiło go to.
- Córeczko, to nie
tak. My po prostu chcemy cię chronić. - Odwrócił wzrok w kierunku żony,
która pierwszy raz od poprzedniego dnia odwzajemniła jego spojrzenie.
Dziewczyna westchnęła cicho, kręcąc głową. Znała to. Teraz
się pogodzą, by zjednoczyć siły przeciw niej, chociaż.. Wątpliwość w oczach
Maayi dawała jej iskierkę nadziei.
- Wiem, tato. Ale tak
nie można. Nie mogę wiecznie żyć pod kloszem. Już niedługo nie będziecie mogli
trzymać nade mną pieczy. Kto wtedy mnie ochroni? Kto, jak nie ja sama?
Wiedziała, że to zamknie usta Kage. To jego najbardziej bała
się w tej rozmowie. Zrobiłby wszystko, żeby zrezygnowała z tego, co
postanowiła, a że miał dar przekonywania… Obawiała się, że nie da rady odeprzeć
jego jak zawsze przemyślanych i słusznych argumentów.
Tak jak się spodziewała, wziął głębszy oddech i nic nie
powiedział, odwracając od niej wzrok. Ten nieszczęsny ślub wciąż odbierał jako
swoją porażkę.
- Doceniam wszystko,
co dla mnie robicie, naprawdę. Kocham was, ale nie potrafię patrzeć jak
kłócicie się o mnie i o decyzję, którą sama powinnam podjąć.
- Tak, ale jeśli…
- Jeśli źle wybiorę? –
dokończyła i wymusiła delikatny uśmiech. –
Błędy są po to, żeby się na nich uczyć. A kiedy mam to robić, jeśli nie teraz?
Maaya niemal niedostrzegalnie skinęła głową. Wiedziała, że
matka ją popiera. Zawsze to robiła. Dlatego właśnie Maaya, mając świadomość, że właściwa
dyskusja toczy się między Ayą a Kage, nie odzywała się. To jego dziiewczyna musiała
przekonać.
Mężczyzna zacisnął szczęki, usilnie starając się znaleźć
punkt zaczepienia. Zawsze bał się, że ta chwila nadejdzie i wiedział, że nie
będzie mu łatwo. Zdawał sobie sprawę z tego, że bywał nadopiekuńczy, ale teraz,
choć wiedział, że to nierozsądne, czuł się odtrącony przez własne dziecko. A
nic tak nie bolało.
- Tato.
Podniósł wzrok na córkę. Uśmiechała się do niego lekko, z tym
kojącym spokojem, który zawsze udzielał się również jemu.
- Wiem, że jest ci
ciężko, ale spróbuj zrozumieć.
Maaya odwróciła się twarzą do męża. Położyła swoją dłoń na
jego zaciśniętych w pięść palcach.
- Kage, Aya… ma rację.
Spojrzał w zielone oczy, które patrzyły na niego tak
szczerze, że nie potrafił im odmówić. Westchnął ciężko, kręcąc głową. Zmówiły
się? Nie… Maaya była równie zaskoczona jak on prośbą Ayi o rozmowę. Od początku
brała w obronę stanowisko Ayi. Nie mógł nic na to poradzić.
- Dobrze – zaczął
powoli, widząc jednak szerszy uśmiech wypływający na usta córki, szybko dodał: -Ale najpierw powiedz mi, jak ty to
widzisz.
Odetchnęła z ulgą. Poszło łatwiej, niż się spodziewała, choć wiedziała, że gdyby nie poparcie matki niewiele by osiągnęła.
- Wszystko zaczęło się
sypać, gdy mama powiedziała ci o Hiroshim – oznajmiła, starając się
utrzymać serce na wodzy, by nie wydało jej zbyt wcześnie.
Wampir skrzywił się odruchowo. Denerwowało go to imię i
osobnik je noszący. Obiecał, że pomoże Ayi. Zamiast tego namieszał jej w głowie
do tego stopnia, że jego mała córeczka postanowiła zrzec się ochrony, którą
jako ojciec czuł się zobowiązany jej zapewnić. Nie chciał sprawić Ayi zawodu,
dlatego przełkną tę łyżkę dziegciu i skinął głową.
- Rozumiem dlaczego
się zdenerwowałeś. Boisz się, że będę tylko cierpiała, jeśli o nim nie zapomnę.
Ale… Teraz bardziej prawdopodobne jest to, że będę cierpiała, jeśli to zrobię.
Wstała z miejsca i przeszła się po pokoju, wyłamując palce ze
zdenerwowania. Miała nadzieję, że to pomoże jej się nieco uspokoić i wyrzucić z
siebie wszystko, co miała do powiedzenia.
- Aya, chyba
zapominasz…
Odwróciła się do niego i przerwała mu:
- O Shirahime? Nigdy o
nim nie zapominam. Spójrz jednak na to z tej strony: nienawidzę go, a życie z
nim będzie piekłem. Nie chcę ci robić przykrości, ale to są fakty. A Hiroshi… -
zacięła się, czując suchość w gardle, ale skoro już zaczęła, postanowiła
skończyć. Zacisnęła pięść, dodając sobie odwagi. – Tato, ja go kocham. Nigdy nie byłam niczego tak pewna. Naprawdę go
kocham. I wiem, może mnie spotkać rozczarowanie. Ale jeśli będę mogła spędzić
szczęśliwie choć resztkę tego czasu, który mi został? Odbierzesz mi to?
Zastanawiał się na tym, kiedy jego maleńka córeczka, którą tak
uwielbiał rozpieszczać dorosła? Dlaczego nie zauważył tego momentu? Musiał
przyznać sam przed sobą, że słowa Ayi mają sens. Jedynym wyjściem było zaufanie
jej postanowieniu.
- I co teraz? –
westchnął niemal z rezygnacją, spoglądając to na żonę, to na swoje dziecko.
- Powiem mu. – Jej
głos zabrzmiał tak pewnie, że przez chwilę sama nie mogła go poznać.
Musiał odpuścić. W końcu zawsze wierzył, że w życiu trzeba
wiedzieć, kiedy się wycofać. Nawet w kwestii własnych dzieci.
- Zrób to, co uważasz
za słuszne – odparł, poddając się. –
Jeśli jednak on cię skrzywdzi, zniszczę go. Gołymi rękoma go uduszę, a z tego,
co mi wiadomo, sam siebie nie wskrzesi – dodał, nie mogąc się powstrzymać.
Mimo wszystko, czuł się zazdrosny, co sobie z niechęcią
uświadomił. Absurd, pomyślał i
podniósł się z kanapy. Kiedy tylko staną na nogach, praktyczni od razu się
zachwiał, ponieważ Aya bez ostrzeżenia wpadła na niego, by móc go uścisnąć.
Uśmiechnął się delikatnie i ucałował córkę w czubek głowy.
Nic nie mówiła, bo czuła, że zaraz się rozpłacze. Nie mogła
uwierzyć, że udało jej się zakończyć ten bezsensowny spór, który ich dzielił.
Domyślała się, ile ojca kosztowało przystanie na jej prośbę. Zawsze jednak ufał
jej jak samemu sobie. Nie tylko dlatego tak bardzo go kochała, ale właśnie za
to była mu dziś naprawdę wdzięczna.
Odsunęła się lekko i spojrzała na matkę.
- Mamo… ty płaczesz? –
spytała cicho, patrząc na zalaną łzami twarz Maayi. Kage odwrócił się, żeby spojrzeć
na żonę, która dość niezdarnie próbowała poocierać łzy z policzków.
- A… wszystko przez
was! Wzruszyliście mnie, to płaczę – poskarżyła się, dalej próbując się
ogarnąć.
Kage pomógł jej wstać i przyciągnął ją lekko do siebie,
obejmując na wysokości talii.
- No już, już –
szepnął uspokajająco, a kiedy spojrzał na pełne łez oczy córki, westchnął. – Nie mów, że ty też będziesz płakać.
- Nie będę! –
powiedziała niebezpiecznie piskliwym głosem, a po chwili i ona wycierała z
twarzy mokre ślady.
- I co ja z wami mam? –
Pokręcił głową z dezaprobatą i jeszcze raz przygarnął do siebie Ayę.
Stał tak, uspokajając to jedną, to drugą. Właśnie teraz czuł,
że ma wszystko. Kochał je nad życie i nie wyobrażał sobie większego szczęścia,
niż mieć je przy sobie. Chociaż musiał dziś pozwolić swojemu dziecku na niemal
milowy krok w stronę samodzielności, wiedział, że zawsze będzie jej potrzebny.
Był w końcu jej ojcem, a takiej więzi się nie zrywa.
<***>
W komacie, w której się znajdowali służąca zapalała świece,
których blask wyciągał z zakamarków zamku najróżniejsze kształty. Niejednego
ogarniało przerażenie, gdy znajdował się w tych pokojach. Wydawało się, że w
gęstniejącym mroku cienie nabierają materialnej postaci, wiją się i pełzną
niczym żmije gotowe ukąsić. Niewielu zdawało sobie sprawę z tego, że to wcale
nie wybryk wyobraźni.
- Co mi teraz o niej powiesz, Jonathanie? - spytał z
umiarkowanym zainteresowaniem Lucyfer.
Kiedy służąca wyszła, wygodnie usadowił się na fotelu,
przekręcając strony pożółkłej od stuleci księgi. Zawsze wolał czytać w
półmroku, przy świecy, która nadawała literom miękkości, a kartom ciepłego
tonu.
Oderwał wzrok od pokaźnych rozmiarów tomu, by spojrzeć
wyczekująco na Jonathana.
Demon wziął głębszy wdech, żeby nieco się uspokoić.
Niesamowicie drażniła go ta obojętność, ale nie był na tyle głupi, by to
demonstrować. Służył Szatanowi i dobrze znał swoje miejsce. Zresztą, był na to
przygotowany, w końcu spodziewanie się czegoś innego po Lucyferze byłoby oznaką
nieprzeciętnej wręcz naiwności.
- Boję się, że po tym, co się stało już nigdy nie będzie
taka jak dawniej. To było dla niej zdecydowanie zbyt wiele, załamała się.
Brunet sięgnął po stojący na ławie kielich i pociągnął z
niego łyk wina. Uśmiechnął się we właściwy tylko sobie sposób.
- Wręcz przeciwnie. Nie mogło się złożyć korzystniej –
odparł lekko z przebiegłą iskrą w oku.
Jonathan zmarszczył brwi.
- Panie, chyba nie wszystko rozumiem...
Pobłażliwy uśmiech wypłynął na jego usta. Oczywiście, że
rozumiał. Tylko nie mógł znieść myśli, że można tak obejść się z Aiką, do
której zdążył się przywiązać.
Jonathan nadal stał przed nim wyprostowany niczym struna,
dlatego wskazał mu stojące obok krzesło.
- Sądzę, że doskonale rozumiesz – mruknął, kiedy sługa
znalazł się już na swoim miejscu. - Skoro Dowódca tak nam się przysłużył,
musimy to w pełni wykorzystać. W końcu mamy jedyną i niepowtarzalną okazję, by
obrócić tych wszystkich głupców, którzy myślą, że mogą cokolwiek skorzystać
dzięki mojej Niszczycielce przeciw Legionowi Pogromców, czyż nie?
Mężczyzna zamyślił się. Rzeczywiście, była taka możliwość, w
końcu każda informacja o Aice w liczących się kręgach prawdziwego świata była
na wagę złota. Wielu chciało pozyskać ją dla siebie i wykorzystać jej
zdolności, o których w rzeczywistości nie mieli zielonego pojęcia. I nikt nie
będzie zachwycony, gdy wyjdzie na jaw, do czego posunęli się Pogromcy.
Kiedy Jonathan skinął głową, Lucyfer uśmiechnął się chytrze.
- Niestety, jak obaj wiemy, nic tak nie wzrusza i nie
podburza do buntu istot ich pokroju jak zalane łzami, rozbite psychicznie i
niezasłużenie skrzywdzone dziewczę. Zwłaszcza, jeśli roją sobie, że to dziewczę
może im się przydać.
- Panie, chyba nie chcesz po tym co przeszła... -
zaczął, wbijając w Szatana pełne zdumienia jadowicie zielone oczy.
Zaśmiał się dźwięcznie, z rozbawieniem spoglądając na tego
biedaka.
- Wystawić ją na pokaz? Oczywiście, że chcę! Wyobraź
sobie to oburzenie, tę żądzę sprawiedliwości... Piękny lincz!
- Ale ona może się po tym nie podnieść!
Jonathan zacisnął pięści. Krew krążyła mu w żyłach szybciej
niż zwykle. Nie powinien się unosić, ale nie mógł pozwolić na to, by cierpienie
Aiki zostało wykorzystane w tak podły sposób. Gdyby nie musiała brać w tym udziału,
nie miałby nic przeciwko, ale bał się, że to ją zniszczy.
- Gwarantuję, że nic jej nie będzie, nie ma powodu, by aż
tak się rozczulać. Myślę, że nawet to do niej nie dotrze, jeśli w istocie jest
tak załamana jak twierdzisz – odparł z chłodnym, stoickim spokojem.
- Panie, daj jej trochę czasu. Straciła dwoje przyjaciół
przez tę chorą zemstę Takamiego...
- Jonathanie, przypominam ci, że nie negocjuję z tobą
warunków. Ze względu na to, że jesteś jednym z najbardziej wartościowych sług w
tym całym przybytku, wspaniałomyślnie informuję cię o moich planach –
oznajmił, posyłając blondynowi ostrzegawcze spojrzenie. - Im więcej czasu
będzie miała, tym bardziej zelżeje żal, który odczuwa. A musi być na tyle
autentyczna, żeby nikt nie posądził nas o urządzanie marnej farsy. Krótko
mówiąc, im szybciej, tym lepiej.
Nic nie wskóra, wiedział to. Jeśli Władca Piekieł coś
postanowił, jego decyzje były nieodwracalne.
- Poza tym, – podjął po chwili milczenia – moja
słodka Aika wreszcie ma możliwość przekonać się jak świat, do którego jest tak
przywiązana i ludzie, którymi przecież mianują się Pogromcy są okrutni. -
Uśmiechnął się, unosząc kielich do ust.
Demon zasępił się. Wyglądało na to, że wszystkie te działania
mają na celu przemienienie Kiyokuro w bezmyślną marionetkę, całkowicie poddaną
woli Piekła. Jednak nie potrafił tego pojąć. Wcześniej Lucyfer cenił sobie
młodą i czystą duszę dziewczyny. Fakt, że potrafiła słuchać sumienia i
przedstawiać swoje zdanie również działał na jej korzyść (choć nie miał pojęcia
dlaczego). Co się zmieniło? Dlaczego postanowił ją złamać, odwrócić od świata,
którego częścią się czuła?
Odwrócił wzrok, czując na sobie uważne spojrzenie szarych
oczu.
- Tego póki co nie musisz rozumieć – powiedział
twardo, z wyraźnie wyczuwalną władczością w głosie. - A teraz idź do niej.
Przypilnuj, żeby nie zrobiła niczego głupiego.
Podniósł się i ukłonił, wzdychając cichutko. Przypuszczał, że
nawet nie miała siły się podnieść z łóżka, a co dopiero robić coś głupiego. Ale
rozkaz był rozkazem.
Kiedy Jonathan zniknął za drzwiami, Lucyfer odetchnął
głęboko, znów zajmując się książką, którą w międzyczasie odłożył. Szybko jednak
doszedł do wniosku, że nie ma ochoty na lekturę, toteż zamknął tom i odrzucił
go na kanapę.
Wstał z fotela i przeszedł po komnacie, rozpraszając cienie,
które kuliły się i uciekały znowu w najciemniejsze kąty pomieszczenia.
Zastanawiało go czy aby na pewno niczego nie przeoczył.
Wszystko wyglądało niespodziewanie przejrzyście i nieskomplikowanie. I właśnie
dlatego powinno się udać. Ile razy w historii najprostsze rozwiązanie okazywało
się skuteczne, podczas gdy wielkie plany i misternie tkane intrygi padały, nie
doczekując się nawet próby wcielenia w życie!
Uśmiechnął się, przypominając sobie niedowierzanie i
rozdrażnienie Jonathana. Fakt, mógł mieć rację. Ciekawskie spojrzenia,
sztucznie wypowiadane kondolencje i samo to, że zraniona do żywego, bezbronna
jak dziecko miała być wystawiona na ataki tych fałszywych ścierw mogło
pogorszyć jej stan. Ba, mogłaby nawet mieć mu za złe, że wykorzystuje jej
ból... Ale nie obawiał się tego. Była młoda, wrażliwa, a w tak krótkim odstępie
czasu straciła matkę (co, jego zdaniem, stratą wielką nie było) i przyjaciół.
Jeśli nie przemawia przez nią Instynkt, zapewne nawet nie orientuje się w tym,
co dzieje się wokół niej.
Musiał wysłać zawiadomienia o spotkaniu. Klasnął w dłonie, a
kilka ozdobnych kart uniosło się z biurka i zmieniło w drobny pył, który
rozproszył się w powietrzu. Co do tego,
że przybędą wszyscy, których oczekiwał, nie miał wątpliwości. Jemu się nie
odmawiało.
Przystanął przed powieszonym na ścianie obrazem. Przedstawiał
postać kurczowo trzymającą się skały zewsząd otoczonej wzburzonymi falami.
Czarno-granatowe niebo, rozrywane błyskawicami łączyło się ze spienioną wodą.
Kobieta wznosiła głowę ku górze jak gdyby chciała błagać o ratunek. Ułożenie
ciała, wyraz twarzy... w tak niesamowicie rzeczywisty sposób oddawały rozpacz,
że niemal słyszał pozbawione nadziei błaganie o ratunek. Malarz, który
przedstawił tę scenę od wielu wieków pokutował gdzieś w podziemiach zamku. On z
pewnością wiedział czym jest głęboka rozpacz i brak nadziei.
Przymknął oczy. Zastanawiał się, co dalej będzie z Aiką.
Oczywiście, gdy już się nieco otrząśnie. Nigdy tego nie zapomni, to było jasne.
Ale czy będzie potrafiła przebaczyć? Wątpił w to. Takich rzeczy się nie
wybacza. Będzie potrafiła z tym żyć, czy zacznie szukać zemsty? A co jeśli nie
da rady się dźwignąć po tym ciosie? Co jeśli już na zawsze zostanie pogrążona w
letargu, żywa, lecz martwa dla świata? Pokręcił głową. Wszystko jeszcze było
zbyt świeże, nie powinien zaprzątać sobie tym myśli.
Odwrócił się od obrazu i wrócił na fotel. Odetchnął głęboko.
Wyraźnie przedstawiały się dwie drogi. Jeśli wszystko potoczy się jedną z nich,
osiągnie pełne zwycięstwo, jeśli drugą – odniesie porażkę.
Nigdy nie był tak spokojny o przyszłość…
<***>
Z wielkim wysiłkiem zeszła po schodach i powoli weszła do
ciemnego salonu. Otwarte okno wpuszczało do pomieszczenia wiatr, który z
dziecinną łatwością szarpał tiulowymi firankami. Chłód otulił jej ramiona,
zrywając z nich cienki, jedwabny szal. Przystanęła, biorąc głębszy wdech i
powoli ruszyła w stronę fortepianu.
Usiadła na ławeczce, lekko przeciągając opuszkami po
klawiaturze. Alice Cage uśmiechnęła się lekko, gdy wiatr rozwiał jej włosy i
przyniósł wspomnienie dwóch małych dziewczynek, grających na cztery ręce
Schuberta. Ile się wtedy naśmiały, co chwila wchodząc sobie w paradę! Do dziś
pamiętała tę nieco nierówną i momentami fałszywą Fantazję f-moll.
Zamknęła oczy, wyrównując oddech i uspokajając serce. Nie
powinna się wzruszać. Jej kruche serce mogło tego nie wytrzymać. Jak jednak tak
wrażliwa dusza jak Alice mogła się nie wzruszać? Czy miała już na zawsze
pozostać zimnym głazem, w obecności którego każdy trzymał język za zębami, by
nie powiedzieć czegoś, co złamie tę opokę? Nie potrafiła tak żyć.
Jej palce same znalazł odpowiednie dźwięki. Nie otwierając
oczu, uniosła lekko głowę, wygrywając subtelną melodię. Gładko przechodziła od legato do staccato, z wyczuciem balansowała między piano a pianissimo,
między lento a adagio…
W ten cichy utwór wkładała całe serce, wszystkie emocje, od
smutku i żalu, po wdzięczność i nieśmiało okazywaną przednutkami radość.
Niegdyś sama skomponowała tę melodię. Każdy takt, każda nuta, znak
chromatyczny… wszystko stanowiło część niej samej, wiązało się z tym, co
przeżyła, z jej osobowością. Każdy etap życia Alice był częścią wciąż
nieskończonego utworu.
Zatrzymała dłonie nad klawiaturą, kiedy poczuła dotyk na
ramieniu. Otworzyła błękitne oczy, odwracając głowę, by spojrzeć na stojącego
za nią Gabriela.
Wpatrywał się w nią tymi swoimi bursztynowymi oczyma z takim
żalem, że musiała westchnąć, uśmiechając się ze smutkiem. Zawsze dbał, żeby się
nie nadwyrężała, opiekował się nią i troszczył, by nic jej nie niepokoiło. Z
tego zmartwienia postarzał się ostatnimi czasy, co zauważyła nie bez poczucia
winy.
- Alice, miałaś
odpoczywać – przypomniał z cieniem wyrzutu w głosie.
Oczy, w których błękit momentami wchodził w turkus lśniły
niezdrowo, a blade policzki znaczył niepokojący rumieniec. To nie wróżyło
niczego dobrego. Co też jej przyszło do głowy, wstawać tak późno i schodzić na
dół, gdzie o tej porze zawsze wietrzono pokoje? I jeszcze fortepian… Doskonale
wiedział jak na nią wpływał ten instrument. Była z nim związana przez całe
życie, w końcu była artystką, ale teraz fortepian tylko przywoływał wspomnienia
porzuconej kariery i dzieciństwa bliźniaczek, kiedy z zapałem próbowały
naśladować matkę, która z finezją oraz łatwością wygrywała najbardziej
skomplikowane akordy i dwudźwięki. Pozbyłby się go z chęcią, ale wiedział, że
to może tylko bardziej zaszkodzić Alice. Przecież, jak twierdziła, ten fortepian
miał jej duszę.
- Przepraszam, nie
mogłam zasnąć. – Ścisnęła lekko jego dłoń, na co on tylko westchnął cicho.
Miała dość tego bezczynnego leżenia w łóżku, a zarówno
lekarze jak i Gabriel wciąż kazali jej wypoczywać. Budziła się i znów
zasypiała, powoli tracąc poczucie czasu i świadomość pór dnia. Nie miała
pojęcia o tym, co działo się wokół niej. Służący odwracali zakłopotane
spojrzenie, gdy o coś pytała, Gabriel spoglądał na nią z takim udręczeniem, że
sama rezygnowała z uzyskania odpowiedzi, a Fia… Właściwie kiedy ostatni raz ją
widziała?
- Gabrielu, gdzie jest
Fia? – zapytała z niepokojem w głosie.
Prześladowały ją wyrzuty sumienia. Wiedziała, że jest okropną
matką. Nie mogła pomóc Jennifer, a Fia, którą miała przy sobie nie otrzymywała
od niej żadnego wsparcia. Macierzyństwo było kolejnym polem, na którym poległa.
- Spokojnie, Alice,
jest w bibliotece – oznajmił kojącym tonem.
- O tej porze?
Zaniepokojenie na tej tak delikatnej i bladej twarzy
odciskało piętno w postaci kilku drobnych zmarszczek w okolicy ust. Jej krucha,
filigranowa postać przypominała zjawę, którą mógł rozwiać mocniejszy podmuch
wiatru. Ten widok zawsze chwytał go za serce. W chwilach takich jak te czuł, że
jeśli nie ukoi jej nadwyrężonych nerwów, Alice rozsypie się jak kryształ po
zderzeniu z ziemią.
- Widocznie się
zaczytała. Znasz Fię. – Uśmiechnął się lekko, patrząc jej w oczy.
Skinęła głową. Miał rację, znała Fię... Ale znała ją na tyle
dobrze, by wiedzieć, że nie potrafiłaby spokojnie czytać po tym, co wydarzyło
się tak niedawno. Fia obwiniała się o wszystko i nikt nie potrafił tego
zmienić.
Podniosła się, a świat nagle zawirował jej przed oczami i
gdyby nie Gabriel, z pewnością nie utrzymałaby się na nogach. Kiedy wszystko
wróciło do normy, posłała mężowi delikatny przepraszający, a zarazem wdzięczny
uśmiech. Nieraz była wręcz zażenowana słabością swojego ciała, ale nic nie
mogła na to poradzić.
- Zaprowadź mnie do
niej – poprosiła, wspierając się na jego ramieniu.
To było ostatnie, czego im było potrzeba. Alice powinna unikać
zbytniego ożywienia, a Fia wpatrywałaby się w matkę z poczuciem winy, musząc
kłamać na temat tego, czym się zajmuje.
- Do biblioteki jest
za daleko. Może lepiej odprowadzę cię już do sypialni, a Fia zajrzy do ciebie
jutro?
Chciał dać dziewczynie trochę czasu na przygotowanie się.
Tak, żeby mogła uspokoić matkę bez konieczności wymyślania na szybko jakichś
kłamstw.
Alice zamyśliła się, rozważając jego propozycję. Miał rację,
póki co nie powinna jeszcze chodzić tak daleko. A żeby odjąć mu zmartwień
musiała przede wszystkim sobie nie szkodzić.
Ku uldze Gabriela, dała się poprowadzić na górę wprost do
sypialni.
- Tylko nie czekajmy
do jutra. Poproś ją, by przyszła teraz.
Zacisnął usta, ale skinął głową, pomagając jej usiąść na
łóżku. Wyszedł z pokoju, by przyprowadzić Fię.
Alice nie czekała długo. Po paru minutach w drzwiach pojawiła
się drobna sylwetka Fii. Zapewne ojciec już poinstruował dziewczynę, by jej nie
denerwowała.
- Tak, mamo? –
odezwała się cicho.
Alice Cage posłała jej łagodny uśmiech i poklepała miejsce
obok siebie. Strażniczka podeszła powoli i usiadła na łóżku, starając się nie
unikać spojrzenia matki.
- Powiedz mi kochanie,
unikasz mnie? – zapytała spokojnie, czułym gestem odgarniając czarne
pasemko włosów z twarzy córki.
- Nie mamo, dlaczego tak
pomyślałaś? – odpowiedziała pytaniem.
Zdawała sobie sprawę z tego, że ostatnimi czasy rzadziej
wchodziła do pokoju matki i zwykle było to wtedy, gdy kobieta spała, ale robiła
to wyłącznie dla jej dobra. Gdyby przychodziła tu częściej, na pewno nie uniknęłaby
wielu pytań, na które póki co wolała nie odpowiadać. Dlatego to wezwanie ją
zaniepokoiło. Nie umiała kłamać i nie chciała tego, ale musiała przemilczeć jak
najwięcej, by nie rozbudzić w Alice nadziei, która mogła okazać się płonna.
- Och, wiesz, dawno
cię tu nie było, nie wiem nawet jak się czujesz. Nikt mi nic nie mówi, a twój
ojciec najchętniej przywiązałby mnie do łóżka – westchnęła, uśmiechając się
blado.
Fia przygryzła wargę. Mogła tylko się domyślać jak ona czuje
się w tej sytuacji. Uwielbiała wychodzić na długie spacery, doglądać ogrodu,
często wdawała się w dyskusję ze służbą… A teraz oglądała tylko te cztery
ściany i co jakiś czas wymykała się do salonu, gdy tylko nadarzała się taka
sposobność. Przecież to jak być pogrzebanym żywcem!
- U mnie wszystko w
porządku, nie masz się czym martwić. – Posłała matce uśmiech, który, miała
nadzieję, nie wydawał się sztuczny. – A
byłam u ciebie całkiem niedawno, ale spałaś i nie chciałam cię budzić –
wyjaśniła.
Kobieta pokiwała głową. Oczywiście było tak jak podejrzewała.
Nie dowie się niczego konkretnego. Warto było jednak spróbować…
- Fia, proszę cię,
chociaż ty mnie nie okłamuj. To takie frustrujące, kiedy widzisz, że coś się
dzieje, a wszyscy próbują ukryć przed tobą prawdę, nie mogę tego znieść!
Strażniczka zacisnęła dłoń na pościeli. Bazyliszek szarpnął
się gwałtownie na jej skórze, wyczuwając zdenerwowanie. Nie wiedziała co robić.
Musiała jakoś uspokoić Alice.
- Mamo, powiem ci.
Powiem ci wszystko, tylko jeszcze nie teraz. Obiecuję, że kiedy już będę wiedziała
wystarczająco dużo, dowiesz się o tym. Ale proszę cię, nie każ mi mówić tego
teraz.
Widząc, że niewiele brakuje, by Fia się rozpłakała, Alice
westchnęła ciężko, przymykając oczy. Czuła się tak bardzo zmęczona… Jednak po
chwili odezwała się spokojnie, jak gdyby serce nie próbowało rozbić jej żeber:
- Dobrze, zaczekam.
Ale pamiętaj, że obiecałaś. I… nie mów nic ojcu. Martwiłby się tylko bez
potrzeby. – Uśmiech wypłynął na jej pozbawione krwi, lekko sine usta.
Fia wyciągnęła ręce i objęła matkę, z przerażeniem
odkrywając, że jest jeszcze szczuplejsza niż ostatnim razem. Starała się nie
dopuszczać do siebie tej myśli, ale… Co będzie, jeśli ona umrze? Co wtedy
będzie z ojcem? On się nie podniesie… A Jennifer? Nie przyznawała się do tego,
ale wciąż zależało jej na matce, to było pewne. Jak ona sobie poradzi, gdy
będzie w rozpaczy? I jak to wykorzysta ten bezduszny potwór, jej mąż?
Pokręciła głową, wtulając się w ramię Alice. Nie wolno jej
tak myśleć. Ona nie umrze. Nie dopuszczą do tego.
Alice delikatnie pogłaskała córkę po głowie. Kochała ją całym
sercem. Była połową jej cudu, jedną z bliźniaczek, na których urodzenie nikt
nie dawał jej szans. Wciąż miała nadzieję, że jej siostra, Jennifer, pewnego
dnia się opamięta i wróci do nich. Zanim to jednak nadejdzie musiała skupić się
na Fii. Chciała być dla niej wsparciem.
- Pamiętaj Fia, kocham
cię. Co by się nie działo, zawsze o tym pamiętaj – wyszeptała i ucałowała
córkę w czoło, kiedy odsunęły się od siebie. Widząc drżącą brodę dziewczyny,
która sygnalizowała wybuch płaczu, dodała: -
I ani mi się waż płakać, bo i ja się rozpłaczę. A znając życie, kiedy tylko
twój ojciec usłyszy to zawodzenie, postawi na nogi pół kraju.
Fia uśmiechnęła się lekko i przetarła oczy, by przegnać z
nich łzy.
- Kocham cię, mamo
– powiedziała cicho.
Jeszcze raz pogłaskała dziewczynę po włosach.
- No dobrze, a teraz
marsz do łóżka – zarządziła tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- Ale mamo… -
zaczęła Fia, nie mogąc wyjść ze zdziwienia.
- Żadne „ale”. Masz
się wyspać, bo obawiam się, że muszę cię jutro wypożyczyć na cały dzień.
Strażniczka zmarszczyła brwi, czekając na następne słowa
kobiety.
- Nawet sobie nie
zdajesz sprawy z tego jak ja się tu nudzę. Chciałabym wyjść do ogrodu.
Fia wytrzeszczyła oczy ze zdumnienia. Czy ona oszalała?
- Ale mamo, nie wolno
ci…
- A właśnie, że wolno –
przerwała, po czym z przebiegłym uśmiechem wyjaśniła: - Zupełnie przypadkiem podsłuchałam ostatnio jak doktor mówił Gabrielowi,
że jeśli nie będzie tak wiało, a ja poczuję się lepiej, to mogę wyjść na krótki
spacer. Tylko miał mi tego nie mówić, żeby mi się „raptem” za bardzo nie
poprawiło.
Popatrzyła niepewnie na matkę. Nie wiedziała czy aby na pewno
powinna narażać się na taki wysiłek… Ale z drugiej strony, siedząc tylko w tym
pokoju, na pewno nie poczuje się lepiej.
- No dobrze… Tylko
zanim gdziekolwiek pójdziemy najpierw zapytasz lekarza, czy możesz, tak?
- Tak, tak, zapytam –
westchnęła, wykręcając oczami. – A teraz
do łóżka!
Pokręciła głową i ucałowała matkę w policzek, życząc jej
dobrej nocy.
Kiedy dziewczyna wyszła, Alice otworzyła szufladę szafki
nocnej i wyjęła z niej tabletki. Szybko przełknęła lekarstwo i położyła się.
Wcześniej nawet o tym nie myślała, ale teraz naprawdę miała ochotę, by wyjść na
zewnątrz. Chociaż może nie tyle chodziło jej o ten spacer, co o to, żeby móc
spędzić dzień z córką, która ostatnio zamknęła się w bibliotece i świecie
swoich myśli.
Zamknęła oczy, skupiając się na zwalniającym rytmie serca i
zasnęła z nadzieją, że do jutra jej się nie pogorszy.
<***>
Na zewnątrz dopiero się przejaśniło, choć dochodziła już
ósma. Aya chodziła po pokoju w tę i z powrotem. Już od jakiegoś czasu nie spała
i nie mogła spokojnie usiedzieć w miejscu. Postanowiła, że nie będzie dziś
sobie zaprzątać głowy lekcjami i, o dziwo, wcale nie czuła się z tego powodu
winna. W końcu okoliczności jak najbardziej to usprawiedliwiały
Siłą woli powstrzymywała się wczoraj, by nie pobiec
natychmiast do Hiroshiego, a dziś ledwie otworzyła oczy, z rozczarowaniem
odkryła, że jest jeszcze zbyt wcześnie na jakiekolwiek wizyty, w końcu normalni
ludzie (mniej normalni nekromanci zapewne też) jeszcze spali.
Stanęła przed lustrem, przygładzając prostą, rozkloszowaną
sukienkę z niezbyt głębokim dekoltem i rękawem trzy czwarte. Jej głęboka,
intensywna czerwień podkreślała biel skóry i ciemne włosy, a fason zaznaczał
wyraźne wcięcie w talii. Czarne rajstopy i krótkie kozaczki na obcasie
eksponowały zgrabne, smukłe nogi. Czy nie za bardzo się postarała? Co on sobie
pomyśli, kiedy zobaczy ją tak wystrojoną? Może powinna się przebrać… Pokręciła
głową. Wyglądała dobrze, jedyne co musiała, to uspokoić się.
Starając się nie hałasować, zeszła do kuchni, by zrobić sobie
herbaty. Miała wrażenie, że wszystko niebywale ciągnie się w czasie. Woda jak
na złość gotowała się przez całą wieczność, a ulubionego kubka poszukiwała
chyba przez tysiąclecia. Kiedy wreszcie udało jej się zaparzyć napój, wróciła
do pokoju i z rozczarowaniem odkryła, że nie było jej niecałe dziesięć minut.
Nie mając co ze sobą zrobić przez ten czas, sięgnęła po
książkę, jednak już po paru zdaniach odkryła, że ciąg słów nie układa się w
żadną logiczną całość i odłożyła lekturę na półkę. Może powinna coś namalować?
Wyjęła blok i ołówek, by zrobić wstępny szkic, ale zastygła z dłonią nad
kartką, nie mogąc zmusić się do wyobrażenia sobie czegoś konkretnego. Z
irytacją odsunęła się od biurka i wpatrzyła w przestrzeń. Może mogłaby
powycierać niewidzialny kurz z półek? Albo chociaż pozamiatać pustynię?
Spojrzała na zegarek i jęknęła. Matko, co
się ze mną dzieje?!
Znowu wstała i zaczęła krążyć po pokoju, mając cyferblat cały
czas na oczach. Podłe wskazówki przesuwały się tak wolno, że Ayi wydawało się,
iż robią to celowo, by ją wykończyć. Teraz
nie mogę się doczekać, a jak przyjdzie co do czego, to zapomnę języka w gębie, pomyślała
rozdrażniona.
- Kochanie, dziurę
wydepczesz. – Odwróciła się, słysząc głos matki dobiegający od strony
drzwi.
Przyglądała się jej zaspanymi oczyma, opierając się o
futrynę. Nagle Aya przypomniała sobie, że przecież rodzice niedawno położyli
się spać.
- O rety, mamo,
obudziłam was? – spytała, przykładając dłoń do ust.
Maaya wygięła usta w delikatnym uśmiechu i pokręciła głową.
- Obudziłam się na
chwilę i usłyszałam, że nie śpisz, więc postanowiłam sprawdzić co się dzieje.
Aya westchnęła i opadła na krzesło.
- Chyba troszkę się
denerwuję.
Kobieta miała ochotę się roześmiać, ale udała, że zakrywa
dłonią ziewnięcie, by to zamaskować.
- „Chyba troszkę”?
- No dobrze, bardzo
się denerwuję – przyznała, opuszczając głowę. – Chciałabym móc już iść, ale z drugiej strony, co jak spanikuję i
zrobię z siebie idiotkę?
Wampirzyca podeszła do łóżka i przysiadła na jego skraju.
- Skarbie, a może nie
martw się na zapas? Nie zrobisz z siebie idiotki, to bystry chłopak, domyśli
się co ci w duszy gra. – oznajmiła ze spokojem.
Aya rzuciła matce ponure spojrzenie.
- Och, w to nie
wątpię, domyślić się wcale nie trudno, skoro zachowuję się jak wariatka –
mruknęła.
- Ale skarbie, nie
przesadzaj, tobie się tylko tak wydaje. Poza tym, wątpię, że miałabyś sobie
poradzić gorzej od swojego ojca.
Dziewczyna wytężyła ciekawie słuch.
- Jak to?
Maaya uśmiechnęła się lekko, zadowolona, że Aya tak szybko
wpadła w zastawioną pułapkę.
- Proszę cię, twój
ojciec był wyjątkowo ciężkim przypadkiem. Pewnie myślisz, że to niemożliwe, bo
przecież zawsze jest tak zdecydowany i spokojny… Ale nawet nie zdajesz sobie
sprawy z tego, jak zbierał się w sobie, żeby mi się oświadczyć. Naprawdę, aż mi
go szkoda było. Z jednej strony wiedziałam, że do tego zmierza, ale z drugiej
myślałam, że już nigdy się nie doczekam.
Otworzyła szerzej oczy. Rzeczywiście, nigdy nie posądziłaby
ojca o to, że w takiej sprawie był tak, no cóż, niezdecydowany.
- Ale dlaczego?
Wzruszyła ramionami, mrużąc lekko zielone oczy, gdy odwróciła
się do okna.
- Bał się, że odmówię.
Niewiarygodne, prawda? Jak ktoś tak opanowany i wydawałoby się, że pewny siebie
może mieć w tej kwestii jakieś wątpliwości? A jednak miał ich całkiem sporo –
westchnęła cicho i pokręciła głową, uśmiechając się pobłażliwie do wspomnienia.
– Po pierwsze, wyglądał na zaledwie dwa,
może trzy lata starszego, ale przecież jest między nami różnica całych wieków.
Właściwie od początku wiedziałam, że jest wampirem i nie przeszkadzało mi to, a
on niemądry bał się, że nie będę chciała na stałe wiązać się z kimś takim. Poza
tym, wiedział, że musiałby mnie przemienić i był święcie przekonany, że z
czasem go za to znienawidzę. Co jest jeszcze lepsze, nie był pewny, czy ja go
naprawdę kocham, bo „jak ktoś taki jak ja może kochać kogoś takiego jak on”. A
ja każdego dnia dziękuję losowi za to, że go mam.
Aya zamyśliła się. Ona też bała się, że to uczucie działa
tylko w jedną stronę. Ale nigdy się tego nie dowie, jeśli nie porozmawia z
Hiroshim. Wiedziała to już wcześniej i była zdecydowana podjąć ryzyko. Tylko
jak?
- W każdym razie, -
kontynuowała Maaya – kiedy już jednak
miało dojść do tych oświadczyn, niewiele brakowało, a by do nich nie doszło.
Tamtego dnia było strasznie zimno, ale on upierał się, żeby wyjść na spacer.
Widać było, że bardzo mu zależy, dlatego się zgodziłam. Nie mam pojęcia ile
błądziliśmy po tym parku, ale byłam już pewna, że się wycofał i jednak nic nie
powie. Za każdym razem kiedy podejmował wątek, gubił się w połowie i prowadził
go do zupełnie innego niż zamierzony końca. Nie wiem ile razy to powtórzył.
Osiem? Może dziewięć. Tak czy siak, zdążyłam zmarznąć i byłam już na tyle poirytowana,
że kiedy znowu zaczął temat, nie wytrzymałam. – Mało brakowało, a
roześmiałaby się, jednak przypominając sobie, że Kage śpi kilka pokoi dalej i
może się obudzić, siłą woli powstrzymała się. – Stanęłam w miejscu i krzyknęłam: „Och, wyduś to wreszcie!”.
Wyobrażasz sobie? Był w takim szoku, że w końcu wydusił.
Aya wciągnęła powietrze, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Co
dziwne, bez trudu wyobraziła sobie ojca w tej sytuacji i szybko się opanowała.
Wyobrażała sobie co musiał czuć. Te wszystkie wątpliwości, niemożność ubrania
myśli w słowa… To musiało być straszne! Pokręciła głową.
- Biedny tata!
Maaya uśmiechnęła się do niej.
- Chyba jednak nie
było tak źle, skoro po wszystkim naprawdę mu ulżyło. Nie ma nic gorszego od
niepewności, dlatego nie warto czekać. Nie odwlekaj tego, im szybciej będziesz
to miała za sobą, tym lepiej.
Wiedziała, że to prawda. Ciągłe zastanawianie się „a co jeśli…”
nie prowadziło do niczego i tylko potęgowało wątpliwości.
- Tylko ja nie wiem,
czy uda mi się to powiedzieć. Wiesz jak jest – powiedziała cicho.
- Kochanie, uda się.
Nie myśl nad tym zbyt wiele, o uczuciach mówi się prosto, bez poetyckich
przenośni i zawiłych zdań. Wierzę, że sobie poradzisz.
Skinęła głową, zgadzając się z matką. Wciąż się stresowała,
ale Maaya dodała jej otuchy.
Spojrzała na zegarek. Kiedy ten czas zleciał?
- Dziękuję, mamo. – Posłała
jej wdzięczny uśmiech i wstała z krzesła.
- Ależ proszę.
Aya założyła przygotowany wcześniej czarny płaszcz. Wzięła z
szafy swój ulubiony, szeroki szalik w kratkę, w którym w razie czego zawsze
mogła się schować po sam czubek nosa.
- Nie ten. – Maaya
wstała i odebrała z jej dłoni ubranie. Przesunęła kilka wieszaków i wyjęła
szary szalik z cienkiej, ale ciepłej wełny. Zawiązała go na szyi córki, przyglądając
jej się z zadowoleniem. – Teraz jest
idealnie. – Uśmiechnęła się i odwróciła dziewczynę w stronę lustra.
Aya przechyliła głowę, przypatrując się swemu odbiciu.
Pokręciła głową, uśmiechając się z odrobiną zażenowania.
- Do czego to doszło,
żebym ja zajmowała się takimi błahostkami? – westchnęła ciężko.
Maaya zachichotała. Cóż, sama doskonale wiedziała, że w życiu
kobiety czasem nadchodzi taki czas, kiedy ma wrażenie, iż dobór właściwego
dodatku jest problemem wagi państwowej.
Wskazówki zegara wskazywały dziesiątą, Kobieta ucałowała Ayę
w policzek i pożegnała ją, życząc powodzenia.
Kiedy nie wyczuwała już jej obecności w domu, odetchnęła
głęboko. Miała nadzieję, że ten chłopak okaże się na tyle inteligentny, by
wyratować Ayę z opresji. To, że zatnie się w połowie zdania i spanikuje było
więcej niż prawdopodobne.
Lekkim krokiem wbiegła po kilku schodkach na werandę, wybijając
obcasami równy takt. Kiedy podeszła do drzwi, bez chwili zastanowienia
zapukała.
Wzięła głęboki wdech, napełniając płuca orzeźwiająco zimnym
powietrzem. Nie chciała dłużej odwlekać tej „wiekopomnej chwili”. Ona, Aya
Hiou, dziewczyna do tego stopnia pesymistycznie nastawiona do życia, że chciała
zaszyć się na jakimś pustkowi i tam, z dala od wszystkich spędzić swoją
wieczność pewna, że nie spotka jej nic dobrego, dziś stała przed drzwiami
chłopaka, który jakimś cudem wprowadzał do jej świata odrobinę radości. Gdyby
ktoś przepowiedział to kilka tygodni wcześniej, postukałaby się w czoło,
zapewniając go, że jest niespełna rozumu. Jednak
los potrafi zaskakiwać, pomyślała, uśmiechając się subtelnie.
Usłyszała przeskakującą zasuwę zamka i już po chwili
otworzyły się drzwi, w których stanął Hiroshi.
- Dzień dobry – przywitała
się z uśmiechem.
Hiroshi odpowiedział jej spokojnym, choć podejrzliwym tonem.
Przyglądał się Ayi, jakby zastanawiał się, czy aby na pewno dobrze widzi.
- Mogę wejść? –
zapytała, po chwili.
Wyglądało na to, że się otrząsnął, bo otworzył szerzej drzwi,
wpuszczając ją do środka. Pomógł jej zdjąć płaszcz i odwiesił go na wieszak,
lustrując dziewczynę uważnym spojrzeniem.
Nie do końca wiedząc co zrobić z dłońmi, splotła je,
utrzymując na wysokości talii, kiedy prowadził ją do salonu. Zaproponował coś
do picia, ale odmówiła grzecznie.
- Przepraszam jeśli
jestem za wcześnie, ale musimy porozmawiać – oznajmiła, uśmiechając się
łagodnie.
Mierzył ją spojrzeniem, ale usiadł bez słowa i dopiero kiedy
wziął głęboki wdech, rzekł:
- Chwileczkę,
wyjaśnijmy sytuację, żebym wiedział, że naprawdę jestem tego świadkiem. Powinnaś
być w szkole, ale nie jesteś. W dodatku przychodzisz tu z zupełnie nie ponurym
uśmiechem, wyglądając jak milion dolarów i twierdzisz, że musimy porozmawiać.
Wzruszyła ramionami, udając, że puściła mimo uszu ten
komplement.
- Właśnie tak.
- Kim jesteś i gdzie
jest Aya?
Wywróciła oczami. Rety, czy to było aż tak dziwne?... No
dobrze, było nawet więcej niż dziwne. Było podejrzane.
- Posłuchaj, jeśli to
dla ciebie zbyt wiele, to ja sobie pójdę i może wrócę innym razem. Z naciskiem
na „może wrócę” – odparła spokojnie, zakładając ręce.
- Wykluczone. Teraz
nie wyjdziesz stąd dopóki nie będę wiedział o co chodzi.
Skinęła głową i usiadła na kanapie w przyzwoitej odległości
od chłopaka. Przynajmniej miała gwarancję, że nie będzie mogła uciec.
Co mówiła Maaya? Najlepiej powiedzieć wszystko prosto z
serca, bez zbędnego owijania w bawełnę. Uśmiechnęła się lekko. Łatwiej
powiedzieć niż zrobić. Tym bardziej, że Hiroshi nie odrywał od niej spojrzenia.
- Miałam ci to
powiedzieć ostatnim razem, ale spanikowałam. Chodzi o to, że ja chyba, znaczy
na pewno… Ja… - Przygryzła wargę. Wygląda na to, że to był koniec jej
odwagi – Cholera, a tak dobrze szło… -
westchnęła cicho.
Hiroshi pokręcił głową i uśmiechnął się z tą łagodną
wyrozumiałością.
- Spokojnie, mamy
czas. Nie śpiesz się.
Wzięła drżący oddech i popatrzyła mu w oczy. Te nieziemskie
oczy, w których zawsze lśniło ciepło. Serce jej przyśpieszyło. Dlaczego słowa
utknęły jej w gardle? Dlaczego nie mogła nawet wyszeptać tego, co krzyczała
cała jej dusza?
- Boję się –
szepnęła, spuszczając wzrok.
- Aya, spójrz na mnie.
Czego się boisz?
Posłała mu krótkie spojrzenie i znowu uciekła nim gdzieś w
bok. Nie powie tego. Nie, jeśli będzie tak na nią patrzył.
- Nie wiem. Tak bardzo
chciałabym ci powiedzieć co czuję… Jednak boję się. Chociaż to, co mam do
powiedzenia jest tak oczywiste…
- Aya.
Spojrzała na niego. Uśmiechał się do niej tak cudownie…
Myślała, że zaraz się rozpłacze.
- Powiedz, czy będzie
ci łatwiej, jeśli ja zacznę?
Zamyśliła się i po chwili skinęła głową. Był taki wyrozumiały…
- Oczywiście nie
gwarantuję, że mamy do tego ten sam stosunek i nie chciałbym stawiać cię w
niezręcznej sytuacji – zaznaczył na wstępie to, czego obawiała się najbardziej.
– Otóż widzisz, odkąd cię tylko
zobaczyłem, wiedziałem, że chcę cię poznać. Jesteś niepowtarzalna, a to, co ja
czuję wobec ciebie… No cóż, chyba nie powinnaś mieć co do tego wątpliwości.
Kocham cię, Aya.
Zamrugała parę razy.
- Możesz powtórzyć? –
zapytała, nie dowierzając swojemu słuchowi.
- Kocham cię. Kocham
cię od samego początku.
Kilka pojedynczych łez spłynęło po bladych policzkach ku
lekko drżącym ustom.
Kiedy na nią spojrzał, ogarnęły go wątpliwości. Czyżby się
pomylił? Ostatnim czego chciał było sprawienie jej przykrości…
- Jeśli nie tego się spodziewałaś,
jeśli ty nic…
Nie dokończył, ponieważ Aya wtuliła się w niego.
- Ja… ja ciebie też
kocham… - szepnęła.
Odsunął ją od siebie,
spoglądając w szare oczy pełne łez. Przytrzymał delikatnie jej podbródek i
subtelnie musnął jej usta swoimi. Czy kiedykolwiek bardziej zdawała sobie
sprawę z tego jak bardzo go kocha? Oszalałam…,
pomyślała i uśmiechnęła się lekko.
Hiroshi odgarnął kilka kosmyków, które opadły na twarz
dziewczyny i nachylił się, chcąc ją pocałować. Zamarł jednak milimetr od jej
ust.
- Jeden moment. –
Odchylił się. – Skoro ja cię kocham i ty
mnie też… To czego się bałaś?
Wzruszyła ramionami, odwracając wzrok.
- Bałam się… że ty
mnie nie.
- Głuptasie, jak
mógłbym cię nie kochać? – roześmiał się cicho.
Nic nie powiedziała. Zamiast tego położyła głowę na jego
piersi, pozwalając się objąć. W tej chwili czuła, że nie ma na świecie nikogo,
kto mógłby być równie szczęśliwy jak ona. Za nic nie wyrzekłaby się tego
szczęścia, nawet jeśli potem może czekać ją tylko cierpienie… „Trwaj chwilo, jesteś piękna…”
<***>
Witajcie!
Na wstępie powiem, że ten rozdział to cud ferii "zimowych"! Nie wiem jak udało mi się go dokończyć - ale to cud! Nie mam pojęcia co dalej. Wiem, że zdechnę w tym semestrze. :')
Rozdział napisany ku pokrzepieniu serc studenckich po sesji, a spcjalnie dedykowany Ayi - bo wiadomo. xD
Tak... "Trwaj chwilo, jesteś piękna", to oczywiście cytat z "Fausta" Goethego. We wcześniejszej części rozdziału zostały użyte terminy muzyczne takie jak: lento i adagio (oznaczenie tempa wolnego, przy czym adagio jest odrobinę szybsze od lento), legato i staccato (oznaczenia artykulacji, legato jest grą płynną, bez przerw między dźwiękami, a staccato oznacza ostre i krótkie oddzielanie dźwięków) oraz piano i pianissimo (oznaczenia dynamiki, piano - cicho, pianissimo - bardzo cicho).
To już chyba wszystko.
Pozdrawiam - Andzik
Aj, aj, aj, to się porobiło. Rozdział pełen skrajnych emocji. Ale jakże udany! ^^
OdpowiedzUsuńBardzo, ale to bardzo żal mi Jennifer. Faktycznie jej sytuacja idealnie wpasowała się w klimat starożytnych tragedii. Totalny impas. Czego by nie zrobiła, i tak będzie źle - według niej, bo przecież w domu wszyscy by się ucieszyli, gdyby wróciła. Uch, ciekawa jestem, co zrobiłabym na jej miejscu. Gdybym aż tak nienawidziła rodziny - albo przynajmniej bym to sobie uparcie wmawiała - a musiała do niej wrócić, chyba że… wiadomo co. Oj, smuteczek. Rzeczywiście: śmierć ciała lub ducha. Jeśli o mnie chodzi, ogółem wolę śmierć ciała, ale w tym przypadku raczej wybrałabym wszystko, byle nie musieć, eee, no wiesz. *taka stara, a taka nieśmiała* Śmierć to tam już swoją drogą. Ale ogółem śmiać mi się z samej siebie chce, bo jakoś wcześniej zupełnie zapomniałam o tej ważnej sprawie, jaką jest fakt, że człowiek rodzący dziecko wampira ma marne szanse na przeżycie. Choć nie wiem, jak by się to miało do dziewczyny z rodziny, że się tak wyrażę, obciążonej Bazyliszkiem. No ale. Mniejsza z tym. W każdym razie jest mi bardzo przykro z powodu sytuacji, w jakiej znalazła się Jenn. Niby po części ze swojej winy, nikt jej się z Shinem nie kazał wiązać ani nic, ale to jeszcze dziecko, ma prawo do popełniania błędów. I jestem rozdarta, bo już nie wiem, komu kibicować: Jennifer czy Shinowi? xD
Jejku, a ta kolejna scena? Jest tak strasznie przykra, że zdołowałabyś mnie na cały dzień, gdyby potem ze smutku nie wybawiły mnie co poniektóre kolejne scenki. xD
Bardzo, ale to bardzo ładnie opisałaś tę rozpacz Aiki i stan, w jakim się znalazła. Oj, wnusiu, wnusiu, babcia robi się zazdrosna! :D A tak na poważnie… Nie no, okropnie współczuję Aice i ciekawa jestem, jak/czy się po tym pozbiera i w którą stronę się zwróci. Wybierze ścieżkę rozpaczy czy zemsty? A może znajdzie inną, hm? Czekam z niecierpliwością.
Zanim przejdę do kolejnej scenki, tak sobie nadmienię, iż to strasznie przykre, że Aya, która niedawno widziała się z Aiką i dzięki niej zebrała się na odwagę, żeby zrobić to i owo, jest nieświadoma, że w tej chwili Aika tak bardzo cierpi. No ale kto mógłby się tego spodziewać? :(
A przechodząc już do sceny Aya&Kage&Maaya: może to śmieszne, ale bardzo smutno mi się zrobiło, gdy tak czytałam o „moich” pokłóconych rodzicach. :o Takie rzeczy zdarzają się w każdym małżeństwie i jest to najzupełniej normalne, ale jakoś tak przykro mi było. I nie dziwię się wcale Ayi, że jej też było smutno i chciała to jak najszybciej rozprostować. Tym bardziej, że poszło właśnie o nią.
No tak. Kage traktuje Ayę jak dziecko, fakt. I nie dziwię mu się, bo tatusiowie często tak mają. Ale, jak tak o tym myślę… Do licha, Aya jest dzieckiem! Ma ledwie 16 lat, do jasnej ciasnej. Już kuzyn, który z tydzień temu obchodził osiemnastkę, czyli gość w Twoim wieku, dla mnie chyba zawsze będzie dzieckiem (mimo wszystko), a tu mowa o jeszcze młodszej osóbce! A jak sobie uświadomiłam, że taki mój cudowny Hiroshi ma 18 lat, tyle co właśnie skończył ten mój kuzyn… No nie, nie mogę! Toć to wszystko dzieci są! D: A przeżywają więcej niż ja przeżyłam w ciągu całego życia… Okej. ;_;
„Błędy są po to, żeby się na nich uczyć. A kiedy mam to robić, jeśli nie teraz?” - Znowu mi się smutno zrobiło. Aya to ma jednak przerąbane. Wciąż staram się wierzyć, że wszystko pójdzie jak trzeba i w ogóle, ale… Ale to opowiadanie psychopatki mającej za babcię kolejną psychopatkę… Więc niczego nie jestem pewna. ^^’’ Dlatego jak myślę o tym całym Shirahime, to mnie krew zalewa. A tak swoją drogą, ostatnio przeczytałam sobie tę scenkę z nim i Hiroshim i tak sobie po raz n-ty pomyślałam, że chciałabym więcej wiedzieć o całej rodzinie Shirahime. Ciekawa banda *tu wstaw bardzo brzydkie słowo, które pozwoli trafnie określić tych osobników*, o której tak naprawdę niewiele wiadomo. Poza tym… Ten incydent z zabójstwem przyjaciółki Ayi i niemal wpędzeniem jej samej do grobu. Jak do tego doszło? Wiadomo tylko, że Aya w jakiś sposób sprzeciwiła się Yoshiro. Ale jak? Jak doszło do całej tej masakry? I jak dokładniej wyglądały ich kontakty wcześniej? Podobno mu ufała i zgadzała się z tym, co mówił, ale szczegółów nigdy nie było. A zawsze brakuje mi takich rzeczy.
UsuńJeny, rozpisuję się nie na temat, przepraszam.
Wracając do sceny, to piękne, że rodzice tak martwią się o dziecko. Wiadomo, chcą dla Ayi jak najlepiej, ale w tej sytuacji faktycznie ciężko ogarnąć, co tym „najlepiej” się okaże. Rozumiem zarówno stanowisko Kage, jak i Maayi. Niemniej dobrze, że zwyciężyła partia matki i córki, bo przecież chodzi o Hiroshiego! :D
„Zdawał sobie sprawę z tego, że bywał nadopiekuńczy, ale teraz, choć wiedział, że to nierozsądne, czuł się odtrącony przez własne dziecko. A nic tak nie bolało.” - Smuteczek. ;_; Ale uczucie tyle zrozumiałe, co niemądre. ;)
„Wampir skrzywił się odruchowo. Denerwowało go to imię i osobnik je noszący. Obiecał, że pomoże Ayi. Zamiast tego namieszał jej w głowie do tego stopnia, że jego mała córeczka postanowiła zrzec się ochrony, którą jako ojciec czuł się zobowiązany jej zapewnić.” - No tu sobie tatuś trochę nagrabił! Choć doskonale go rozumiem i na jego miejscu myślałabym tak samo. ^^’’
Ach, no i mamy wielkie pojednanie, uśmiechy, łzy, wszystko! Jakże słodko. :D Ach, mam mieszane uczucia co do tego wszystkiego. W sensie dla mnie jako czytelniczki jest cud, miód i orzeszki, ale że zazwyczaj niebezpiecznie mocno wczuwam się w sytuację postaci, jestem zaniepokojona sytuacją Ayi i jej rodziny, tego całego zbliżającego się ślubu i w ogóle… Jak tak sobie pomyślę, ile tragedii można by było na tym polu wymyślić, to aż mnie ciarki przechodzą. Ale próbuję być optymistką i wierzyć, że Hiroshi wszystkiemu zaradzi… Jakoś. xD
Jonathan coś taki mało demonowaty, co? xD Naprawdę przywiązał się do Aiki i się o nią martwi. Biedaczek. I biedaczka. Uch, żal mi ich.
A Lucyfer… Uch, nie znoszę go. Znaczy pewnie, postać stwarzająca wiele możliwości i tak dalej, ale mimo wszystko nie lubię go. Z niejednego powodu. Ech, już się boję, co wyniknie z tego jego jakże cudownego planu… Biedna Aika… Życzę Luckowi wszystkiego najgorszego! -.-
Jejku, z Alice jest naprawdę niedobrze. ;_; Biedna! Kurczę, mam szczerą nadzieję, że jakoś się podniesie, ale… To nie wygląda dobrze. Szczerze mówiąc, nie zdziwię się, jeśli w najbliższym czasie umrze. Może to by jakoś dało Jenn do myślenia? Bądź co bądź kocha matkę, na pewno, gdzieś tam w środku. I resztę rodziny również. Nienawiść, żal… są ślepe. I tyle. Z drugiej strony, śmierć matki może właśnie totalnie załamać Jennifer, przez co zupełnie ulegnie Shinowi i beznamiętnie zrobi wszystko, co będzie chciał… Nie wątpię, że wykorzystałby ją, jak tylko się da. Ach, mistrz! Ale wredny, no.
A cóż to usiłuje zrobić Fia? Chce jakoś pomóc matce? Oby się udało!
Ogółem biedna ta rodzina. Ma przerąbane. Tak jak „moja”. Suzu, łączmy się w bólu, zapomnijmy o dzielących nas sporach pt. „Shin Kazuma”! ;_;
Taak, a przy kolejnej scenie w pociągu robiłam z siebie idiotkę. Próbowałam jakoś zakryć twarz włosami, ale nie wiem, czy się udało. W każdym razie pierwszy wybuch śmiechu przypadł tuż przed podejściem kontrolera. Nie wiem, czy zdołałam pozbyć się banana z twarzy, gdy podawałam mu bilet… A wszystko przez „(…)w końcu normalni ludzie (mniej normalni nekromanci zapewne też) jeszcze spali”! xD
UsuńPotem chichotałam, śmiejąc się z Ayi i jej nerwowego oczekiwania na ludzką porę. Nie no, wiadomo, to jak najbardziej normalne, że w takiej sytuacji miejsca sobie nie można znaleźć, ale jak tak się o tym czyta, to jest bardzo zabawne. xD I jak się dziewczyna wystroiła! No nie mogę. xD Zakochana wariatka! Ale… Ma do tego prawdo, bo, do licha, mowa o Hiroshim, helooł! :D Pewnie też bym się tak zachowywała, mimo że stara ze mnie baba. ^^’’
„Może mogłaby powycierać niewidzialny kurz z półek? Albo chociaż pozamiatać pustynię?” - Cha, cha, cha! xD Tak to skomentuję. xD (Ale tak szczerze… Znam ten ból. Choć nerwowe oczekiwanie na takie coś jak wyznanie miłości póki co mnie ominęło… szerokim łukiem.)
„Chyba troszkę się denerwuję.” - Lol. xD
Kage, mistrzu mój! Cha, cha, cha! xD Biedna córcia odziedziczyła po ojczulku niemożność rozmawiania o sprawach sercowych. xD (Bla, bla, tak się śmieje, a pewnie lepsza bym nie była… ;_;)
„(…) w życiu kobiety czasem nadchodzi taki czas, kiedy ma wrażenie, iż dobór właściwego dodatku jest problemem wagi państwowej.” - W moim życiu taki czas jeszcze nie nadszedł. Czy powinnam się z tego powodu powiesić? A może jeszcze z tym poczekać? ;_;
„Miała nadzieję, że ten chłopak okaże się na tyle inteligentny, by wyratować Ayę z opresji. To, że zatnie się w połowie zdania i spanikuje było więcej niż prawdopodobne.” - Nie ma to jak wiara matki w córkę. xD Nie no, dobrze ją zna, nie ma co! I jak cudownie przewidziała, jak rozwinie się sytuacja. xD
Jejku, jejku, jejku!!! <3 Hiroshi, nareszcie! Książę mój ty najwspanialszy, tęskniłam!!! *ze łzami rzuca się na… komputer?*
Ale dobra, zacznijmy od tego, że byłam w szoku, czytając o tym, jaka odważna była Aya. xD Dzielnie się dziewczę trzymało! :D No, do czasu. xD
Nie no, rozpłynęłam się totalnie. Ale łatwo mnie wzruszyć i zadowolić, ech! ;_; Jednak zostało we mnie sporo z romantyczki. Pewnie, tragedie i wszelakie dramaty są świetne, ale od czasu do czasu trzeba sobie zafundować coś słodkiego. I to właśnie takie było. Słodkie, urocze, „kochane”! Aya taka niewinna i zestresowana, Hiroshi taki cudowny, łagodny i wyrozumiały… Liczyłam właśnie na to, że to on pierwszy powie co trzeba. xD Jejku, nie mogę, jaki z niego słodziak. Chcę go mieć! ;_; Choć nadal się obawiam, że w życiu ukatrupiłabym go już na wstępie. Ale nie ma co gdybać, bo takie cuda po ziemi nie chodzą, niestety. ;_; Jejku, jak mnie to denerwuje, że nie umiem się wysłowić w takich momentach! Uch! Było wspaniale, dziękuję Ci, wnusiu, za tę scenkę, na którą tyle czekałam, i ogółem za cały rozdział, bo muszę przyznać, że bardzo mi umilił powrót z egzaminu, którego mogę nie zdać. T_T Wracając jeszcze na chwilę do tego fragmentu: to takie piękne. Choć na swój sposób też zabawne, bo przecież te dzieciaki ledwie od kilku tygodni się znają. xD Ale to takie ludzkie/”ludzkie”, że w takich momentach nie myśli się o czymś takim jak to, od kiedy się znają, to, że dziewczyna ma zaraz wyjść za mąż za potwora, to, że gość jest księciem, a z jego rodzicami dzieje się nie wiadomo co, to, że oboje należą do zupełnie różnych ras i mają pewne zobowiązania ze względu na pozycję, jaką zajmują… I tak dalej, i tak dalej. Tutaj jest po prostu słodko, można zapomnieć o całym świecie i właśnie pragnąć, by ta chwila trwała wiecznie. Biedactwa, szkoda, że tak być nie może, a na pewno nie już teraz. :( Obawiam się, że jeszcze wiele prób ich czeka. Ale mam nadzieję, że ich dziecięca miłość przekształci się później w dojrzałą i będą mogli spędzić ze sobą wieczność, wychowując tych swoich dwanaścioro dzieci czy ile ich tam miało być. xD
UsuńJeny, ale się rozpisałam. x_x Przepraszam, że jak zwykle nawijam głównie o Hiroshim. Ale hej, to Twoja wina, że takie cudo nad cudami stworzyłaś! :D
Cóż, jeszcze raz dziękuję za rozdział, był świetny i bardzo zróżnicowany, że się tak wyrażę. A i długość miał chyba całkiem niezłą, nie? :D Ponadto dziękuję za dedykację. <3 A co do tych wszystkich muzycznych terminów - i tak ich nie rozumiem i wnikać nie będę. Grunt, że ogarniam moje „krzaki”, jak potocznie nazywa się kanji. xD
Buziaki! Powodzenia w szkole - mam nadzieję, że będziesz miała na tyle czasu, by odpocząć i od czasu do czasu coś popisać! :D
Jejku, babciu, dziękuję za komentarz! <3
UsuńKibicuj Shinowi! On przynajmniej ma jakieś szanse na zwycięstwo! xD A tak poważnie - Jennifer jest ofiarą mojej sadystycznej wyobraźni i, no cóż, czego by nie wybrała i tak zrobię z tego dramat. Takie lajf. ^^
Ojej, bo się zarumienię! :3 Bardzo bałam się tej sceny, nie wiedziałam jak to oddać, bo nie ma słów, którymi można opisać taką tragedię. Nie powiem, że jestem zadowolona, bo zawsze można lepiej. Ale cieszę się, że według Ciebie się udała (babcia taki autorytet <3)! A sama Aika... no cóż, to wbrew pozorom, które starała się nieudolnie stwarzać, bardzo wrażliwe dziecko. ^^
Przykro mi, nie mogą być wiecznie wzorowym małżeństwem. ^^
"Toć to wszystko dzieci są!" - ...Powiedziała Aya, współautorka VK i VN, których akcja rozgrywa się gdzie? W liceum! xD
Wiesz, staram się uświadamiać moich czytelników (choć nie tylko), żeby sobie nie robili płonnych nadziei, bo wszystko zależy od tego co mi do głowy strzeli. Jak mnie życie zmiażdży, będę musiała się na kimś wyżyć, a wtedy nie ręczę za to, że kogoś ominie kara (jak wiele znaczeń ma to słowo! If you know what I mean... xD)
I zawsze chciałabyś wszystko wiedzieć za szybko! W swoim czasie, w swoim czasie!
Możesz być optymistką, ja Ci nie zabraniam. Tylko bierz pod uwagę, że ja nią nie jestem. ^^
Jonathan nigdy nie powinien był trafić do Piekła. Wszystko wina Mari! Macie jej nie lubić! :D
Ej, nie życz tak brzydko Lucjanowi, on też ma uczucia! ;_;
Alice, moje biedactwo kochane! T.T Serce mi krwawi, że muszę ją tak dręczyć, ale muszę. Czy umrze to się okaże, a Jennifer jeśli już, to bardziej obwiniałaby Fię. Znaczy, tak myślę, chociaż nie wiem. O tak, Shin niczego nie odpuści! <3
Cieszę się, że scenka spełniła swoje zadanie. Była w końcu ku pokrzepieniu serc (normalnie jak drugi Mickiewicz się czułam!). xD
A co do tych problematycznych dodatków... To nie trzeba być zakochaną wariatką, żeby to był problem. Psychopatyczne pesymistki też cierpią z tego powodu ("Mamo, czarny czy beżowy?/"Weź czarny."/"Ale beżowy ma ładniejszy wzór!"/"A czarny pasuje ci do płaszcza. Ale jak wolisz, to weź beżowy/"...Wezmę czarny." xD) i to dość często. Ale nie martw się, jeśli to dla Ciebie żadna tragedia, to znaczy, że jeszcze nie nadszedł "ten czas". xD
Wiesz, Maaya wie do czego zdolna (bądź niezdolna) jest Aya. xD
Cieszę się, że Ci się podobało. Starałam się. :3 Choć przyznaję, że łatwo z tą sielanką nie było, aż mnie troszkę mdliło od tej słodyczy. ^^" Ale ja się jeszcze odegram za to! :D
Nie ma za co, to ja dziękuję za ten cudowny komentarz! <3 Nie no, te terminy zapisałam tak jakby ktoś chciał sobie to przybliżyć, ale nie chciałoby mu się szukać. xD Ogarniaj "krzaczki", ja się zajmę nutami, gamami i innymi staccatami. xD
Dziękuję... Choć to raczej niemożliwe. T.T
Nie ma za co. :)
UsuńBiedna Jenn, z góry skazana na porażkę. ^^’ No dobra, czyli miała, ma i będzie miała przerąbane. Ciekawe z kolei, co się stanie z Shinem, bo nie zdziwię się, jeśli na przykład będzie musiał powalczyć z Bazyliszkiem. xD
Zdecydowanie zasługujesz na pochwałę za tę scenę. :) A co do Aiki, to widać, że tylko udaje taką twardą.
A daj spokój, jak czasem wracam do VK, to mnie przerażenie ogarnia, co te dzieciaki wyprawiały. xD Jeśli chodzi o VN, to szczerze mówiąc zazwyczaj wolę pisać o tych starszych postaciach typu Aya jako mężatka i matka. xD Kao też fajnie się pisze np. o dorosłych Hanie i Keiu czy coś. Za stare już jesteśmy na licealistów. :(
Wszystko w swoim czasie, czyli pewnie za kilka lat… ;_; Pomarudziłabym tu nad częstotliwością dodawania rozdziałów, ale nie mogę, bo my z Kao jesteśmy jeszcze gorsze. Patrząc na ostatni rok: duuuużo gorsze. Ja już naprawdę nie wiem, czy VN kiedykolwiek doczeka się końca…
Co do wyżywania się na postaciach… Znam to aż za dobrze. Między innymi dlatego aż tak się boję, co Ci do głowy wpadnie. Ale mimo tego staram się myśleć pozytywnie (taki tam wpływ Hiroshiego xD).
Spoko, nie przepadam za Mari. :P Ale za Luckiem też.
Biedna Alice, biedne bliźniaczki… Aż strach pomyśleć, jaką przyszłość im zgotujesz!
Hihi, faktycznie serducho pokrzepiła. :D
Wiesz, od słodyczy to nawet mnie mdliło, ale w ten taki specyficznie przyjemny sposób. :D
Mówisz, że się odegrasz? Już się boję (choć jednocześnie czekam z niecierpliwością)!
Wszystko jest możliwe… podobno. ^^’ Trzymam kciuki! Jest weekend, możesz chwilę popisać. xD
Zobaczymy! Sama nie wiem co się wydarzy. ^^
UsuńNo zobacz, ja wolę pisać o Shinie, Takedzie, Jonathanie, Lucjanie... raz, że łatwiej mi ogarnąć męski mózg, dwa, że zawsze fajnie sobie uknuć nikczemny plan, który nastolatce raczej nie wypada. ^^ Wiesz, zostaje tylko pogodzić się z przemijaniem. xD
Cicho, kiedyś to napiszę, zobaczysz! xD No właśnie... ja na przykład tęsknię za VN... Zwłaszcza za Sarą. T.T
Wiesz, nie mogę powiedzieć, że Twoje obawy są nieuzasadnione. I pozytywne myślenie tu nie pomoże. ^^
Czyli, że mogę... KILL HER WITH FIRE?! xD Szkoda, bo on jest spoko. :<
Będzie źle, krótko mówiąc.
Może mdlić w przyjemny sposób? :o Ok, nie wnikam. xD
A jak! Moja zemsta będzie krwawa i głośna! <3
No przecież mam już pół scenki, nie wymagajmy zbyt wiele! xD
Zawsze mnie to śmieszy, że nawet autor może nie wiedzieć, co się wydarzy. Ale to takie prawdziwe, mamy z Kao to samo. :D
UsuńTo czemu urodziłaś się kobietą? :P
"Kiedyś" - no właśnie. Ech, nic nie mów o VN, mam doła z tego powodu, bo jak tak dalej pójdzie, to to zostanie w takim stanie, w jakim jest i d. T^T
Taak, domyślam się...
Możesz. xD Nie jest spoko. Ale każdemu wolno lubić, kogo chce. :3
Nie wątpię. ^^'
Może, może. xD To tak jak z niektórymi słodyczami. Masz już dość, jest Ci prawie niedobrze, ale wciskasz to w siebie, bo, jakby nie patrzeć, okropnie ci smakuje. Taak. xD
Super (?)!
Taak, pół scenki to już prawie cały rozdział. xD
W trakcie zawsze zmienia się koncepcja. xD
UsuńBo lubię sukienki. xD Nie no, tak na poważnie, tworząc męską postać mogę umieścić w niej wszystkie złe cechy i nikt nie doszukuje się tam mnie. W żeńskich postaciach już by tak nie było. Poza tym, męski mózg jest mniej skomplikowaną materią. ^^
Oj, daj spokój, kiedyś skończycie, tak? My cierpliwe jesteśmy, poczekamy. ^^
<3
Ok. :3 No ja go lubię. :D
E... nie doświadczam takich doznań. xD
Tak~! <3 Niech się leje krew~! <3
Ale zawsze coś!
Nie ma to jak odpowiedź po 3 miesiącach, no ale nic to! xD O ile kojarzę, w tamtym lutowym okresie właśnie miałam egzamin stypendialny i całe to zamieszanie...
UsuńKoncepcja musi się co jakiś czas zmieniać, czasem wręcz diametralnie, żeby nudno nie było! :D
Hahah. xD Nie no, coś w tym jest, fakt. :D
Nie wiem, jednakowoż miło by było rzeczywiście to skończyć. Choć trochę ciemno to widzę.
"Niech się leje krew", co? No to czekam! :P
I widzę duże zmiany na blogu. :o Kiedy to się stało?! I kiedy rozdział? Oglądam teraz bajkę, w których jeden z bohaterów (niestety niedobry i niefajny... i stary) ma na imię Hiroshi. No i za każdym razem, jak słyszę jego imię, myślę o moim pokręconym nekromancie. Stęskniłam się. ;_;
Hey!
OdpowiedzUsuńPrzepraszam, ze dopiero teraz,ale... no ale wcześniej nie właziłam na bloga ;/
Na wstępie: dzięki za info!
Co do rozdziału: no, już nie potrafię doczekać się decyzji Jennifer. Mam wrażenie, że jej "kompas na kłamstwa" wcale się nie stępił. Tylko, że ona nie chce słuchać intuicji...
Aika! Biedne dziewczę~! Szczerze jej współczuję! A Lucek? Oj, kochany, kochany... żeby czasem Aika się przeciw tobie nie zwróciła.A coś czuję, że jak dowie się o matactwach Luca to może się zacząć niezła rozróba~!
Dalej: Aya zachowała się... cudowanie! Tzn. od początku, od rozmowy z Kage, aż po zakończenie z Hiroshim! No i kurde: historia oświadczyn Kage sprawiła, że się nieźle uśmiałam ;)
No, a teraz czas na odp do kom u mnie:
Hehehe, widać nawet wykładowcy potrafią od czasu do czasu dać nam coś ciekawego do przeczytania! :D Znam jeszcze jedną, dobrą książkę, jeśli będziecie chcieli, to wrzucę Wam recenzję :D Choć Niemcewicz... no, wymiata :D
Ja miałam dobrze prowadzoną historię w gimnazjum, bo w podstawówce i LO, to był dramat! Nuda, nuda, nuda! Więc doskonale rozumiem czemu tyle osób nie znosi historii, choć to ważny aspekt w nauczaniu no i ma rozbudzać patriotyzm (moje podejrzenia).
Yhm... Niemcewicz zrobiłby furorę, gdyby został lekturą w LO xD
Święte słowa! Zbyszewskiego zlinczowali w '39, jak wydał swoją książkę.
O proszę! Nigdy tak na to nie patrzyłam, ale... po zastanowieniu-coś w tym jest. Wyrastamy w przekonaniu, że Polska była wielkim mocarstwem i każdy trząsł przed nami portkami. A prawda jest taka, że obce mocarstwa robiły z nami co chciały. By nie wyrazić się dosadniej.
Będziesz-słowo! ;)
POzdro i weny!
K.L.
Hm...zauważyłam xD
OdpowiedzUsuńTia. sprytna, ale jaki może być król piekła?? głupi? małe szanse xD
Hm...dodatek? KIedy? O czym,? Jak i gdzie??? ;)
Oki :D Tylko muszę się za to zabrać ^^
Eh... wybacz, ale uważam, że to smutne ;( zawsze jestem przygnębiona tym, jak bardzo ludzie nie znoszą historii... Sama jej nie znosiłam aż do 13 roku życia! I boleję, że bardziej się nie przykładałam do nauki...
Cóz, nie ma co nad tym rozpaczać, czasu nie cofnę.
Hm... sądzę, że więcej by się Zbyszewskich znalazło :D
Prawda. A zwłaszcza teraz@! Obecna sytuacja polityczna niewiele różni się do tego, bo było w XVIII wieku.
Tia, wiele powstań mogło się lepiej odbyć, ale Polacy, gorąca krew... itepe i spieprzyli.
Cóz, mistrz w stwierdzaniu oczywistości to ja xD
OdpowiedzUsuńRacja, racja! Wcześniej był taki... ludzki. Owszem, to fajne i w ogóle, no ale... przeraża mnie mroczny Lucek i w sumie bardziej mi się podoba w złej wersji :)
Aha... Mam się bać? xD
Wiem, wiem... pamiętam swoje LO... Oj, jak każdy. Ja nienawidzę chemii ;/ Aha xD Spoko xD Zdarza się. Miałam takiego wykładowcę, że non stop robiłam mu na złość i udawałam debila żeby go wkurzyć xD
Oki, polityka jest passe xD
Niom xD Prawda :D
Cóż, jest intrygujący. I to doskonały czarny charakter. Jest taki... mroczny. Jestem też ciekawa, czy może być bardziej ludzki. Czy ma tylko jedną barwę-czarną.
OdpowiedzUsuńHm... Mamy sporo wspólnego :D Znam to uczucie satysfakcji :D
No, nie tylko z Ciebie. Ze mnie też. Zwłaszcz, że mam radykalne poglądy, z którymi wiele osób się nie zgadza.
O! Mój też! Wisiał na ścianie w moi gimnazjum! o.O Zapamiętałam go i pisałam w zeszytach od historii przez lata! I mam go wpisanego do zeszyty, w któym kolekcjonuje cytaty :D
No ja myślę! :D
OdpowiedzUsuńHahaha :D Może nawet w internecie ciągnie nas do ludzi podobnych??
Hehehe niom... To takie... wredne, no! Ale co poradzić? Człowiekowi lepiej, gdy ktoś kogo nie znosi obrywa.. ^^"
Cóż, Polska dla Polaków, pod warunkiem, że będzie to normalny kraj, a nie ten cyrk co mamy obecnie, gdzie obcokrajowiec ma więcej do powiedzenia niż "swój". Ale, no właśnie, łatwo o radykalizm. Owszem, i trzeba być w tym konsekwentnym.
Ano jest :D Szkoda, ze tak niewielu go rozumie...
Hm... Mickiewicz, wieszcz narodowy... Możliwe, że źle się go uczy w LO. I dlatego potem mamy takie problemy....
Hehehe xD Ja jestem przeważnie wredna. Ale wolę być miła. Oczywiście, pod warunkiem, że to nie kłoci się z szczerością xD
OdpowiedzUsuńChyba racja zawsze jest po środku. Ale ciężko przekonać do "środka" radykałów. Cóż, śmieję się i ja. Ale czasem mam ochotę iść, jebnąć tych idiotów w te puste łby i nawrzeszczeć na nich. Ciekawe, czy to by coś dało... Pomarzyć wolno xD
Hm... A racja. Mickiewicz musiał być przecież poważny, nie mógł pisać pół żartem, pół serio... A już zwłaszcza nie wolno mu było, gdyż młode pokolenia trzeba na czymś wychowywać :D
Niestety-mam taką pracę, że muszę być miła i to się zaczęło przekładać na moje życie osobiste... Ale ten kto jest miły, musi mieć twardą du**. bycie miłym nie popłaca-wiem z autopsji ;/
OdpowiedzUsuńCóż, jednak nie można się poddawać. Wtedy wygrają. "Żadna sprawa nie jest przegrana, póki choć jeden głupiec o nią walczy" -> że tak zacytuję ^^
Tia... Przykre to... Teraz sb pofantazjuję, jak oberwali bombą i jak panikują... Hm... ależ to przyjemny widok!
Hahahahaah xD Z pewnością wiedział! A skoro wiedział, to nie mógł sobie jaj z przyszłych pokoleń robić xD Toż to nie wypada xD
Cóż, mieszkam sama, więc nie mam się na kim wyżyć xD Dzięki Bogu istnieje czekolada! xD
OdpowiedzUsuńYhm... Choć bycie wrednym trzeba dawkować. Z resztą, jak wszystko :D Moja Ciotka mawia, że wszystko jest kwestią dawki (choć to odnosiło się do lekarstw), ale podejrzewam, że w życiu jest podobnie.
To też prawda. Całkiem logiczne, że nie ma sensu edukować tych ślepych, co to klapki na oczy i nic więcej ;/ No, ale, ja i tak próbuję. Taka moja natura ;) A jak odpuszczam, to tylko na chwilę. Uparta jestem, co poradzisz? xD
Właśnie :D
Ojej xD Pewnie jakbym była trochę młodsza, trochę mniej bym czytała i trochę mniej interesowała się światem, miałabym podobne spojrzenie :P
No własnie! :D
OdpowiedzUsuńCóż, ale taki mam charakter! o poradzisz? Poza tym czasem zaczynam wątpić w moje...powolanie xD
Dzięki ;)
Hahaha xD Nadzieja umiera ostatnia! ;)
K.L.
slownictwo jak wyjete z Krzyzakow albo Pana Tadeusza :) w literaturze anglojezycznej nikt sie takim nie posluguje, nie zawsze stawiaja na kolokwializmy, ale taki patos przechodzi juz przez granice smiesznosci, skarbie :)
OdpowiedzUsuńZaznaczam, że bardzo cenię sobie "Pana Tadeusza". A to jednak nie jest literatura anglojęzyczna. Ani żadna inna. To jest po prostu amatorskie opowiadanie, a że należę do poważnych (nawet bardzo poważnych) osób, to i patos jest. Nie każdemu się podoba i nie każdy musi czytać. Jeśli ktoś doceni, cieszę się bardzo, lecz piszę przede wszystkim dla siebie, skarbie. :)
UsuńPozdrawiam - Andzik
Oho! Widzę, że coś tu się pozmieniało! o.O A ja wpadłam tylko odpisać ;)
OdpowiedzUsuńPowiem Ci, że ja na tę książkę trafiłam w empiku przypadkiem!
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/260390/krew-nie-woda
Tak wrzucam, jakbyś ciekawa była :D Prawdę mówiąc, nie pamiętałam zbytnio szczegółów, więc trochę wymyśliłam, pozmieniałam nazwiska, etc. Dlatego mamy hrabiego Radziwiłła xD Poza tym-uznałam, że to będzie niezły żart, biorąc pod uwagę historię tego rodu ;)
Oki, zastanowię się nad tym. Właściwie to skracałam jak się dało ^^" bo inaczej wyszłaby mi druga książka! No, ale... nie obiecuję, że jeszcze coś napiszę! Możliwe, że tak się stanie... No, nie obiecuję!
Heh Mira taka miała być-wyrazista. Osoba, której się nie przeoczy na ulicy.
Cóż, wiarę w ludzi straciłam już dawno temu ;/ Czasem spotykam kogoś, kto ma więcej oleju w głowie, ale to zbyt rzadko, by znowu uwierzyć, ze jesteśmy "lepszym" gatunkiem.
Jakbyś miała ochotę poczytać coś politycznego i satyrycznego polecam Post-Polonię Wolskiego-można nieźle pośmiać z Polski i polityków. Typowa komedia. Choć wg mnie, trochę podszyta goryczą... Ale każdy oceni sam.
Pozdro i dzięki za komentarz :*
K.L.
Cóż, mi się ten bardziej podoba, niż poprzedni :D
OdpowiedzUsuńTo się cieszę ;)
No wieeem... Ale miałam zamiar szybko zakończyć, ale chyba... niezakończe. Na razie ;)
Cóż za pesymizm! I fatalizm! :D
Nmzc :*
Ojej, odczuwam to jako przytyk, do moich dłuuugaśnych przerwy ^^" Cóż, postaram się nie zwlekać tak długo i ruszyć tyłek. Coć nie ogarniam, że czasem mam pomysły i w godzinę mogłabym skończyć całą książkę, a czasem długie tygodnie...nic ;/ To frustrujące.
OdpowiedzUsuńHeh, ja jestem tak zmienna, że zależy od nastroju w jakim mnie zastaniesz, więc nie klasyfikuję się do jednej grupy xD
Kiran Przewrażliwiona-to cała ja ;/ Naprawdę nie lubię u sb tej cechy ;/
OdpowiedzUsuńTia... A potem się człowiek wścieka, bo nic nie może napisać!
Hahaha xD No, ja to akurat potrafię xD
Ah, to też prawda :D Niewrażliwość i nadwrażliwość- jedno i drugie do bani. Poza tym wdaje mi się, że niewrażliwość to pewnego rodzaju...upośledzenie emocjonalne.
OdpowiedzUsuńOk, na pewno chcę dokończyć pewne opowiadanie, które czeka na ten moment od...pół roku ;/
Ok, ale gonią terminy na studiach! ;/
Hahah :D Wychodzi z Ciebie optymizm :D
Krótko, zwięźle i na temat: zapraszam na r. 21 http://witch-and-the-beast.blogspot.com/ ! :D
OdpowiedzUsuńDzięki za komentarz!
OdpowiedzUsuńJezu, Andzik, nie spodziewałam się tylu miłych słów! ^^
Jak to kiedyś ujęła Aya-lubię kobiece postacie, które są silne. To takie w moim typie xD
Co Rychezy i Alaina - opowieść jest nieco wzorowana na powieści "Korona śniegu i krwi" - osobiście polecam!
Ah! To dobrze! Martwiłam się, że bez scenki na końcu nie wyjdzie dobrze!
Poza tym-staram się! Doszłam ostatnio do wniosku, że pisanie to też zawód, a skoro tak, to można go rozwijać ;)
Jeszcze raz-dzięki :*
Pozdro!
K.L.
Hahahaha :D Więc dziękuję, szczerze ^^
OdpowiedzUsuńCóż, lubię łamać stereotypy. Lubię robić coś, czego nikt się po mnie nie spodziewa. A właściwie nie lubię robić czegoś, co mi się narzuca, więc logiczne, że ide pod prąd :D Więc Rycheza stała się postacią, taką jaką chciałabym by się stała! Miała być niepokorna, nieposłuszna i uparta. Czuję dumę ^^ Udało się! ^^"
Serio? Czemu?
Yhm, chyba będę tak robić częściej. Niedomówienia są fajne :)
Dziękuję, po raz drugi :D
Cóż, to prawda, ale gdybym chciała napisać opowiadanie, gdzie księżniczka nie miałaby nic do gadania... Pewnie Rycheza nie umiałaby tego, co umiała i nawet do głowy by jej nie przyszło się buntować. A jakby przyszło... Hm... A to ciekawa myśl. Nie wiem co by się stało, moje opowieści mają to do siebie, że nawet ja nie wiem jak się zakończą xD
OdpowiedzUsuńAh, racja. Wiem o czym mówisz. Z jednej strony to śmieszne, ale z drugiej... Właśnie nie śmieszne, bo prawdziwe. Owszem, przejaskrawione, ale chole*** prawdziwy obraz rzeczywistości. Cóż, jednak mamy stosunkowy happy end, więc nadzieja nie umarła.
Cóż, na razie jestem zawalona, ale! Ale coś tam sobie skrobię. Więc powinnam coś niecoś napisać ^^ "Małe co nieco" xD