środa, 30 grudnia 2015

Rozdział XXIV


Ciche tykanie zegarka, którego wskazówki już dawno minęły godzinę piętnastą łagodnie utulało ją do snu.
Całą noc oka nie zmrużyła, nie mogąc przestać myśleć o wszystkim, co wydarzyło się wieczorem. Aika Kiyokuro miała wrażenie, że ten cały przewrotny los bezczelnie śmieje się jej w twarz, odsłaniając przed nią jedną tajemnicę, która była najmniejszym elementem układanki, składającej się z wielu innych i wciąż nieodkrytych sekretów. To było strasznie frustrujące. Rozmyślania przerwała w chwili, gdy szare, chłodne światło poranka zaczęło wpadać do salonu przez nie do końca zasłonięte okna. Zdała sobie wtedy sprawę z tego, że powinna przygotować się do lekcji. Szybko jednak porzuciła tę myśl pewna, że nawet jeśli uda jej się dojść do szkoły i nie paść ze zmęczenia, to duchem i tak będzie nieobecna.
Przekręciła się na drugi bok, odwracając się plecami do okien, by światło nie padało jej na twarz. Już prawie zapadła w płytki sen, kiedy usłyszała dzwonek. Ktoś postanowił złożyć jej wizytę.
Zsunęła się z kanapy, obiecując sobie, że nieważne kto stoi teraz przed domem, zamorduje go i nie przeszkodzi jej w tym nawet tabun Pogromców. Otworzyła zamek i uchyliła drzwi. Kiedy zobaczyła swojego gościa szybko przeszła jej chęć mordu.
- Dzień dobry, Kiyokuro-san. Przepraszam, że przychodzę bez uprzedzenia, ale nie było cię w szkole i przyniosłam ci notatki – oznajmiła cicho Aya Hiou.
Szatynka przetarła oczy i otworzyła szerzej drzwi. Aya wciąż była w mundurku, więc najwidoczniej przyszła tu od razu po szkole.
- Dzień dobry, wejdź proszę.- Wpuściła ją do środka i zamknęła za nią drzwi. - Dziękuję, że przyszłaś, chociaż trzeba było nie robić sobie kłopotu.
Obie weszły do salonu. Aika zaproponowała dziewczynie coś do picia, ale ta tylko grzecznie odmówiła i usiadła na wskazanym miejscu. Wyciągnęła z torby notatki i położyła je na stoliku nieopodal dokumentów, które zostawił Jonathan. Milczała przez chwilę, po czym odezwała się cicho:
- Tak naprawdę notatki to tylko pretekst. Chciałam z tobą porozmawiać, Kiyokuro-san.
Szatynka skinęła głową i usiadła obok Ayi na kanapie. Do niedawna była pewna, że dziewczyna za nic nie będzie chciała z nią porozmawiać, więc faktyczny cel wizyty Hiou nieco ją zdziwił. Ale czy po tym wszystkim, co stało się w ostatnim czasie coś jeszcze powinno ją dziwić?
Brunetka przygryzła lekko wargę. Kiedy tylko wróciła od Hiroshiego, rzeczywiście od razu natknęła się na matkę, lecz zamiast radosnego uśmiechu dostrzegła na jej twarzy zmieszanie, smutek, ból... jednym słowem, zupełne przeciwieństwo tego, czego się spodziewała. Nie zdążyła zamienić z Maayą słowa, gdy pojawił się Kage i nieznoszącym sprzeciwu tonem nakazał jej natychmiast zjawić się w swoim gabinecie.
Krótka wymiana zdań wystarczyła, żeby zorientować się, że Maaya przekazała wszystko mężowi i że ten wcale nie skacze pod sufit z radości. Aya jeszcze nigdy go takim nie widziała. Przerażało ją to. Jej ojciec nigdy nie podnosił głosu, nigdy się nie denerwował, nie patrzył z takim żalem i pretensją... A teraz domagał się wyjaśnień. Ze łzami w oczach udało jej się wykrztusić, że nic takiego Hiroshiemu nie powiedziała. Gdyby została chwilę dłużej, zobaczyłaby, że przez twarz mężczyzny przeszedł wyraz ulgi, ale ona nie oglądając się, wybiegła z gabinetu i zamknęła się w swoim pokoju, nie mając zamiaru z nikim rozmawiać.
Nie chciała narażać matki na gniew ojca, Hiroshiego nawet nie brała pod uwagę, a Aika była poza tym wszystkim, dlatego właśnie tu przyszła. Kiyokuro jedna mogła jej wysłuchać.
- Przepraszam, że zawracam ci głowę, ale... tylko z tobą już mogę porozmawiać – odezwała się zduszonym głosem, starając się zapanować nad drżącymi dłońmi. To wszystko było dla niej niezwykle trudne, nigdy nie wyciągała spraw rodzinnych poza wąski krąg krewnych, a w dodatku nie chciała nikogo sobą martwić. Ale czy miała inne wyjście?
Widząc, w jakim stanie jest Aya, Aika delikatnie ścisnęła jej dłoń. Sprawa bez wątpienia była poważna.
- Wiesz, że zawsze możesz mi wszystko powiedzieć. Postaram się pomóc, obiecuję. Tylko spokojnie, powiedz, co się stało.
Aya kiwnęła głową i wzięła głęboki oddech. Musiała zacząć od początku. Pierwszym punktem była sprawa z Hiroshim. Dziewczyna już nieraz zabierała się za to, by opowiedzieć o tym Niszczycielce, ale za każdym razem bała się, że zostanie zrozumiana jakoś na opak... Ale czy teraz sytuacja nie była wystarczająco jasna? A przynajmniej z jej strony...
Zaczęła swoją opowieść od pierwszego spotkania z Hiroshim. Przedstawiła całe zdarzenie z najdrobniejszymi szczegółami, zupełnie jakby to wszystko działo się poprzedniego dnia. Potem zrelacjonowała jeszcze kilka spotkań i opisała koleżance postać Hiroshiego, jego charakter pełen niezliczenie wielu zalet, intelekt, poczucie humoru - jednym słowem, wyidealizowała go i wywyższyła co najmniej do rangi herosa. Z biegiem historii Aika miała przed oczami obraz tego zwariowanego nekromanty, który na wszystko ma odpowiedź i potrafi rozweselić nawet kogoś tak ponurego jak Aya. Uwadze Aiki nie umknął również fakt, że w oczach Hiou lśniły dwie małe iskierki, blade policzki lekko się zaróżowiły, a subtelny uśmiech mimowolnie co jakiś czas ozdabiał jej usta, gdy opowiadała o tym chłopaku. Ślepy by zauważył, że dziewczyna wpadła po uszy.
- Krótko mówiąc, zakochałaś się – podsumowała szatynka, usadawiając się wygodniej w rogu kanapy.
- Ch-chyba... to znaczy, tak – wydukała, chowając spojrzenie za wachlarzem gęstych rzęs.
Dziewczęta pozwoliły na to, by zapanowała cisza. Brunetka potrzebowała chwili, by zebrać się na dokończenie opowieści, a Kiyokuro w tym czasie uważnie się jej przyglądała. Ostatecznie po dłuższej chwili odezwała się:
- A problem jest w tym, że...
- Nie powinnam. Mam zostać żoną Shirahime i nie ma sposobu, bym tego uniknęła. Poza tym mój ojciec... - Pokręciła głową i zamrugała parę razy by odegnać łzy.
Aika odetchnęła głęboko. Tego właśnie się obawiała. W końcu nie spodziewała się, że Aya raptem pokocha swojego narzeczonego, którego określała mianem potwora, a sam ślub z nim uważała za upokorzenie. Hiou zaczerpnęła powietrza i drżącym głosem kontynuowała. Kiedy cała historia była już znana Niszczycielce, Aya opuściła głowę, by nie musieć spoglądać w oczy Aice. Czuła się okropnie. Nigdy i nikomu nie potrafiła się zwierzać z takich rzeczy. A co jeśli to zły adres? Co jeśli nie zostanie zrozumiana?
- Co ja mam teraz zrobić? - szepnęła.
Szatynka przygryzła wargę, spoglądając ze współczuciem na dhampirkę. Cóż mogła jej poradzić? „Nie przejmuj się, będzie dobrze”? Przecież to idiotyczne... Musiała się dobrze zastanowić.
- Przede wszystkim, twój tata nie chce dla ciebie źle. On cię kocha. Na pewno martwi się o to, że będziesz tylko bardziej cierpiała, jeśli powiesz temu chłopakowi, że go kochasz. Zrozum go, chce cię tylko chronić. Ale z drugiej strony, co jeśli mu nie powiesz? Będziesz zawsze miała do siebie żal, że nie spróbowałaś.
Aya kiwnęła głową. Zawsze wiedziała, że Kage kocha ją nad życie. Poświęciłby wszystko, by nie musiała cierpieć... ale skoro w żaden sposób nie może całkowicie jej od tego uchronić, chciałby ją odwieść od dodawania sobie trosk. Lecz czy to nie powinna być jej decyzja? Nie ma już siedmiu lat, nie może wiecznie jej tak traktować.
- Poczekaj aż opadną emocje i wtedy z nim porozmawiaj. Ale przede wszystkim, zastanów się, czy na pewno tego chcesz.
Chciała tego. Cały czas w głębi duszy o tym wiedziała. Nie mogła się oszukiwać. To prawda, bała się tego, co będzie, bała się, że spotka ją zawód, że tylko sama się zrani, że nie będzie potrafiła dalej żyć, wiedząc jak wygląda szczęście (jeśli w ogóle ją spotka, bo to, że go nigdy nie zazna również brała pod uwagę)... Ale co jeśli właśnie wspomnienie tego szczęścia będzie trzymało ją przy życiu? Co jeśli to ono da jej siłę? Miałaby to zmarnować?
Wyprostowała się i spojrzała w oczy Aice. Była jej wdzięczna. Wprawdzie nie usłyszała od niej niczego, co nie przeszłoby jej wcześniej przez myśl, ale teraz, kiedy te myśli zostały wypowiedziane, upewniła się w tym, że to ma sens.
- Dziękuję, Kiyokuro-san. Naprawdę... bardzo dziękuję.- Posłała jej delikatny, wdzięczny uśmiech.
- Nie masz za co. Naprawdę nie zrobiłam nic takiego – odparła spokojnie. Nie mówiła tego przez skromność, po prostu była tego pewna. - Ale mam do ciebie prośbę.
- Tak?
- Mogę poznać tego cud-chłopca, który zasłużył sobie na to, że opowiadasz o nim z tak rozanielonym uśmiechem? - spytała, uśmiechając się do brunetki.
Czerwień znów oblała policzki Ayi i dziewczyna z zakłopotaniem wbiła wzrok w podłogę. Rety, to aż tak widać?
- Oczywiście, Kiyokuro-san.
Niszczycielka westchnęła, słysząc znów tę oficjalną formułkę, po czym poinformowała dziewczynę, że samo imię wystarczy. Swoją drogą, wydaje się to nieco zabawne, że Hiou jest w stanie zaufać Aice do tego stopnia, by zwierzyć się z czegoś takiego, a wciąż zwraca się do niej jak do kogoś obcego. Aya w odpowiedzi pokiwała głową.
Później rozmowa zeszła na lżejsze tematy. Szatynka w tym czasie zdążyła przepisać notatki koleżanki i takim sposobem, kiedy Aya zaczęła zbierać się do powrotu, na zewnątrz już się ściemniało.
- Odprowadzę cię – zaproponowała i nawet nie czekając na zgodę, pobiegła się ubrać.
- Naprawdę nie trzeba – zapewniła Aya, jednak nie było sensu spierać się z Aiką, która już zapinała ostatnie guziki płaszcza.
Wyszły na zewnątrz, a chłodny wiatr natychmiast rozwiał im włosy i wycisnął łzy z oczu.
- Czy tu zawsze jest tak przeraźliwie zimno? - zapytała Aya, chowając się po czubek nosa w szaliku.
- Aha. Teraz jest jeszcze w miarę przyjemnie, ale poczekaj na zimę. W styczniu słowo „zimno” nabiera zupełnie nowego znaczenia.
- To bardzo... szczególne – odpowiedziała cicho, skręcając na ścieżkę prowadzącą do jej domu. Bardzo często się przeprowadzała, podróżowała po całym kraju, ale nie spotkała się jeszcze z tak zakręconą pogodą. Zawsze miała wrażenie, że coś z tym miasteczkiem jest nie do końca w porządku.
- Przyzwyczaisz się. Zimy są śnieżne i srogie, wiosną śnieg szybko topnieje i wszystko wraca do życia, w lecie nie jest zbyt upalnie, ale to jesienią jest najpiękniej. Liście opadają, wszystko usycha, umiera, szarzeje... I ten chłodny wiatr i deszcz nadające wszystkiemu tak magicznego uroku... Jest przecudownie. - Zaczerpnęła powietrza, zamyślając się i zatapiając wzrok w krajobrazie.
W jej naturze był jakiś melancholijny pierwiastek, który sprawiał, że naprawdę kochała tę porę roku. Wszystko było tak dziwne, tajemnicze, pociągające... I z każdym rokiem coraz bardziej ją fascynowało.
Aya westchnęła ciężko. Widok, który miały przed sobą bardziej przygnębiał niż zachwycał, ale każdy w czym innym odnajdywał piękno. Sama dostrzegała coś wyjątkowego w każdej porze roku.
Szły dalej w milczeniu. Parę razy gdzieś w cieniu mignęła im sylwetka Pogromcy, ale Aika nie zwracała na to uwagi.
- Nie irytuje cię to?
Aika odwróciła głowę w stronę brunetki, gdy usłyszała pytanie. Uśmiechnęła się lekko i wzruszyła ramionami spoglądając w granatowo-szare niebo pokryte chmurami.
- Może na początku troszkę. Ale teraz... niech sobie robią co chcą. Mało mnie to obchodzi.
Chwilę później znalazły się na ostatniej prostej prowadzącej do domu Hiou. Niszczycielka zatrzymała się. Nie chciała podchodzić bliżej, by nie sprowadzać Pogromców pod same drzwi domu wampirów. Rodzice Ayi już i tak musieli wyczuwać ich obecność, czym pewnie nie byli zachwyceni. Poprosiła dziewczynę, by przekazała Maayi i Kage pozdrowienia, po czym pożegnała się, uścisnąwszy Ayę i zawróciła.
<***>
- Przynieś wino. Tylko się nie ociągaj – rozkazał ostrym tonem stojący przy oknie mężczyzna.
Młodziutka dziewczyna ze strachem skinęła głową, ukłoniła się i wdzięczna losowi, że może już odejść, drobnymi kroczkami wycofała się z pomieszczenia.
Tadao Takeda westchnął z irytacją. W tych czasach tak ciężko było o dobrą służbę... Dziewczyna jednak, o dziwo, szybko się uwinęła wypełniając polecenie. Kiedy się oddaliła Przewodniczący Starszyzny mógł wreszcie wrócić do swoich rozmyślań.
W jego głowie ostatnimi czasy wciąż pojawiała się Jennifer Kazuma. Aż zbyt młoda, śliczna żona Shina. Nigdy nie przypuszczał, że można tak dobrze wykorzystać to drobne i kruche stworzonko. Do tej pory traktował ją jak zwykły kaprys Kazumy, który w końcu zawsze uchodził za dość ekscentrycznego. Tymczasem okazała się kluczowym elementem genialnego planu swojego męża.
Uśmiechnął się do siebie, nalewając wina z karafki do kieliszka. Czy jednak Shin nie napotka przeszkód na drodze do celu? Twierdził, że Jennifer nie ma wyboru i zgodzi się na wszystko. Ale czy tak było naprawdę? Czy aż tak owinął ją sobie wokół palca? Jaka w rzeczywistości była siostra Strażniczki? Spotkał ją parę razy w towarzystwie. Nie wywarła na nim wtedy żadnego wrażenia. Chłodna wobec nieprzychylnie spoglądającej na nią arystokracji, a zarazem niesamowicie dla niej uprzejma. Jednym słowem, dobrze wytresowana. Ale na tej podstawie nie mógł jej ocenić, by przewidzieć, co zrobi w sytuacji, w której postawi ją mąż. Nie miał wyjścia, musiał czekać na rozwój wydarzeń.
Ciche pytanie wdarło się nieproszone w jego myśli. Zmroził służącą spojrzeniem.
- Nie przypominam sobie, żebym cię wzywał – syknął.
Wbiła wzrok w podłogę, tłumacząc się niezręcznie, aż w końcu pokazała mu kopertę i za pozwoleniem, czym prędzej zniknęła za drzwiami.
Rozciął kremową kopertę i wyciągnął z niej króciutki list. Treść nie była zbyt interesująca, dotyczyła jakichś mało istotnych szczegółów ceremonii zaślubin Ayi Hiou i Yoshiro Shirahime, lecz sama wzmianka o tym wydarzeniu wywołała na jego twarzy uśmiech.
Doskonale znał Yoshiro, który był jednym z najwybitniejszych mistrzów gry pozorów. Niewielu wiedziało, że ten "odrzucony królewicz" jest tak naprawdę niereformowalnym sadystą, który już raz o mały włos nie zabił narzeczonej. Takeda sam pomagał zatuszować tę sprawę. Zamknął usta Hiou, a Yoshiro udzielił nagany, z której młody wampir z pewnością nic sobie nie robił. Ale cóż mógł więcej począć, skoro teoretycznie chłopak zachowywał się wzorowo? Był ciekaw jak Shirahime rozegra to dalej.
Swoją drogą, niemal współczuł Kage. Widział jak niespokojnie miota się szukając sposobu na ocalenie Ayi. Ale taki nie istniał. Nie miała wyjścia, musiała związać się z Shirahime i tylko śmierć mogła ich rozłączyć.
Westchnął, pocierając skroń. Tak wiele działo się wokół niego, że momentami nie mógł za tym wszystkim nadążyć. Analizował grę innych i prowadził swoją, która, miał nadzieję, przyniesie mu wiele korzyści. Wszystko było grą i obłudą, setki lat temu przestał się oszukiwać, że jest inaczej. Jeśli on nie wykorzysta innych, to oni wykorzystają jego. Nigdy o tym nie zapominał.
<***>
Mała dziewczynka siedziała na krześle, przyglądając się siedzącemu naprzeciw niej zielonookiemu mężczyźnie. Przechyliła głowę, nie odrywając od niego wzroku.
- Nie wiem czy to dobry pomysł – oznajmiła po chwili.
To, o co ją prosił nie było zgodne z zasadami. Oboje zdawali sobie z tego sprawę. Ona nie chciała ponosić konsekwencji za łamanie praw, a on nie chciał odpuścić.
- Nemezis, proszę cię, nie możesz mi odmówić! Wiesz dobrze, że nie narażałbym cię, gdyby to nie było ważne.
Córka Lilith westchnęła ciężko. Jonathan od jakiegoś czasu próbował ją namówić na coś, za co na pewno zostanie ukarana. Prosił o jej krew, by móc zajrzeć w zwierciadło Lucyfera.
- A ty wiesz, że kiedy Pan się o tym dowie, będzie wściekły. Ja będę w niełasce, a ciebie odsunie od Aiki-sama tak samo jak Hurmiz.
Jonathan przygryzł wargę. To był bardzo słuszny argument. Jednak nie było innego wyjścia.
- Jeśli się wyda, wezmę wszystko na siebie.
- Przysięgasz?
Skinął głową z powagą. Nikt nigdy nie traktował Nemezis poważnie. Zawsze odsyłano ją do najbardziej niewdzięcznych prac. Pilnowała dusz obłąkanych, które jak na złość rozłaziły się po całym Piekle jak plaga, była odpowiedzialna za przydział potępionych do odpowiednich części Piekła i, przede wszystkim, była naczyniem drogocennej krwi, która w połączeniu ze zwierciadłem dawała niezwykłą przewagę Lucyferowi. Nikt jednak nie dostrzegał tego, że mała jest całkiem bystra. Można ją było wykorzystać znacznie lepiej... Ale nie tym powinien się teraz zajmować.
Dziewczynka zeskoczyła z krzesła i poprowadziła Jonathana do komnaty ze zwierciadłem. Znajdowała się w odległej części zamku, dlatego droga zajęła im chwilę.
Jonathan szedł za Nemezis, przyglądając się jej z namysłem. Maleńkie ciało z napiętymi do granic możliwości mięśniami sztywno przesuwało się do przodu. Rozglądała się niepewnie, jakby za chwilę zza któregoś zakrętu miała się wyłonić postać Lucyfera. Wzbudzał w niej tak ogromny lęk, że za każdym razem, gdy tylko usłyszała jakiś szmer, zastygała przerażona.
Weszli do komnaty, zamykając za sobą bezszelestnie drzwi. Nemezis podbiegła do stolika, chwyciła leżący na nim sztylet i wróciła do Jonathana.
- Błagam, pośpiesz się – powiedziała cicho, unosząc otwartą dłoń nad taflą lustra.
Szybkim i pewnym ruchem naciął białą skórę dziewczynki. Przygryzła wargę, odwracając dłoń tak, by krople krwi szybciej spadły na powierzchnię zwierciadła. Wystarczyła chwila, by Nemezis zapadła w trans.
- Wezwij ją – polecił krótko.
Tafla ożyła i zafalowała niczym wzburzona woda. Pokryła się jasną, połyskującą srebrem mgłą, z której wyłoniła się delikatna, niemal przezroczysta postać Mari.
Zdezorientowana rozejrzała się wokół, a kiedy skierowała wzrok na Jonathana, cień smutku przemknął przez jej twarz.
- Jonathan...
Nie miał czasu na ckliwość, dlatego nie ulegając łagodnemu spojrzeniu Mari, zapytał:
- Dlaczego nie powiedziałaś Aice o Akirze?
Grymas niezadowolenia odbił się na czole kobiety. Nie spodziewała się tego.
- Dlaczego pytasz?
- Odpowiedz. Nie mamy wiele czasu.
Stanowczość w głosie demona była dla niej zaskoczeniem. W dodatku to pytanie... Nie mógł nawet patrzeć na Akirę, więc co go to obchodziło? Jednak zdecydowała się odpowiedzieć, w końcu musiał mieć powód, by o to pytać.
- Wie tyle, że nie żyje. To wystarczy – odparła cichym, odrobinę zachrypniętym głosem.
- Ale dlaczego nie powiedziałaś jej nic więcej?
Jasna postać poruszyła się niespokojnie.
- Jonathan, co ciebie to obchodzi? Zapytała raz, powiedziałam, że umarł nim się urodziła. Ja nie chciałam tego ciągnąć, a ona nie drążyła, więc uznałyśmy temat za zamknięty. Po co miałam ją karmić opowieściami o ojcu, którego i tak nigdy nie pozna? Żeby uświadomić jej co straciła?!
Nic nie odpowiedział. Przyglądał się jej z niedowierzaniem.
- Znalazła jego zdjęcie w książce i zapytała mnie kim jest ten... ten człowiek. Wyobrażasz to sobie? Nie wiedziałem nawet co jej odpowiedzieć...
- Jonathan, przykro mi...
- Przykro ci? Błagam, nie rozśmieszaj mnie... - Uśmiechnął się gorzko.
To było niewiarygodne... Spoglądała na niego ze współczuciem, bez odrobiny choćby najlżejszych wyrzutów sumienia. Nienawidził Akiry. Ale nawet on nie posunąłby się do tego, by nie powiedzieć dziecku nawet tego jak wygląda jego ojciec. Bardzo chciałby wierzyć w to, że zrobiła to dla dobra Aiki... ale nigdy nie był naiwny.
- Nemezis, odeślij ją.
- Jonathan, zaczekaj... - szepnęła wyciągając niemal zupełnie przejrzystą dłoń w jego kierunku.
Nie zamierzał jej słuchać. Rozpłynęła się w srebrzystej mgle, a on podszedł do Nemezis, by złapać ją zanim upadnie na ziemię. Wziął dziewczynkę na ręce i nie oglądając się na gładką już powierzchnię lustra, wyszedł z komnaty. Miał jeszcze jedno zadanie do wykonania.
<***>
Wszystko wokół się zatrzymało. A przynajmniej takie wrażenie odniósł Tadao Takeda, gdy znalazł się w parku. Latem to miejsce tętniło życiem, gwar rozmów oraz śmiech dzieci rozbrzmiewały aż do zachodu słońca. Teraz natomiast wszystko wydawało się nieruchome. W ciszy echem odbijały się jego kroki, a wiatr pogwizdywał jakąś melodię, przelatując między pustymi ławkami i drzewami.
Westchnął cicho i usiadł na jednej z ławek. Długa i deszczowa jesień zwiastowała mroźną zimę. Pod względem klimatu (choć nie tylko) to miasteczko było prawdziwym ewenementem. Może właśnie dlatego tak bardzo je lubił i za nic nie chciał mieszkać w innym miejscu? W dużym mieście znacznie łatwiej byłoby im funkcjonować, unikać ciekawskich ludzkich spojrzeń, a jak to wygląda w małej miejscowości każdy jest w stanie sobie wyobrazić... a może raczej: wyglądało. Teraz ludzie nie zwracali na siebie uwagi. Każdy żył swoim życiem, nie chcąc dostrzegać nic więcej. I jemu to było na rękę.
Zerknął na zegarek. Sam przyszedł przed czasem, ale teraz było już prawie dziesięć minut po umówionej godzinie. Wprost nienawidził spóźnialskich. Od zawsze wyznaczoną godzinę uważał za świętość, a spóźnienie za podły sposób okazania braku szacunku. Jednak teraz uśmiechnął się pod nosem z pogardą. Czego innego mógł się po nim spodziewać?
Na końcu alejki pojawiła się wreszcie wyczekiwana czarna postać. Dowódca Legionu zbliżał się na tyle szybko, by po paru sekundach móc stanąć naprzeciw Takedy.
Wampir spojrzał na niego z obojętnością. Oczywiste było, że nie wstanie, by go powitać, dlatego Takami bez słowa usiadł na tej samej ławce.
- Jaki ważny powód kazał ci oderwać mnie od obowiązków?
Nie śpieszył się z udzieleniem odpowiedzi. Poprawił guzik przy mankiecie płaszcza, ze spokojem rozejrzał się wokół i rzekł:
- Ostatnio znacznie uważniej przyglądam się temu, co dzieje się na świecie. Również twoim poczynaniom, Takami.
Dowódca zmarszczył brwi z rozdrażnieniem. Znał tę fałszywą żmiję na tyle dobrze, by wiedzieć, że wszystko co robi jest starannie przemyślane i ma niebłahy cel. Pytanie tylko, czego mógł chcieć?
- Przejdźmy proszę do sedna. Nie mam czasu na twoje gierki, Takeda.
- Skoro nalegasz... Z moich obserwacji wnioskuję, że nie jesteś w stanie trzeźwo ocenić sytuacji. Poza tym, działasz nie tylko na niekorzyść innych, ale także na swoją, a co za tym idzie, jesteś niepoczytalny.
Przedstawiając swoją „diagnozę” Takeda nawet nie mrugnął. Był pewien swego i czekał na reakcję rozmówcy, któremu najwidoczniej odebrało mowę.
- Chyba nie zdołam zrozumieć. Na jakiej podstawie dochodzisz do swoich... wniosków? - spytał, gdy udało mu się wyjść z osłupienia.
Uśmiechnął się lekko z przebiegłym błyskiem w oku.
- Zapewne bardzo się śpieszysz, więc ujmę to najkrócej jak się da: Kiyokuro.
Odetchnął głęboko, przymykając oczy. Tego mu tylko brakowało.
- Takeda, zostaw to. Po prostu nie mieszaj się w sprawy, które cię nie dotyczą.
Przewodniczący Starszyzny odchylił lekko głowę i wbił chłodne spojrzenie w pokryte chmurami niebo. Czy on był tak naiwny, czy najzwyczajniej w świecie udawał?
- Ta sprawa dotyczy nas wszystkich. A mnie samego może nawet w większym stopniu niż reszty – odparł głosem, w którym nie można było odnaleźć nawet cienia uczucia.
- Jakie masz podstawy, by z takim przekonaniem o tym mówić?
Zwrócił wzrok u Shiro Takamiemu i uśmiechnął się chytrze.
- Takie, że z nią rozmawiałem. I wiem, że próbowaliście ją zabić. Jak myślisz, co się stanie, gdy rozejdzie się wiadomość o tym, że dopuściliście się zamachu na tak długo wyczekiwaną Niszczycielkę?
Mięśnie na twarzy mężczyzny drgnęły nerwowo. Odruchowo zacisnął pięści.
- Szlag by to! Mała, podstępna gadzina... - wysyczał przez zaciśnięte zęby.
Takeda przyglądał mu się uważnie. Zdecydowanie był zadowolony z reakcji, jaką wywołał. Wszystko szło zgodnie z jego oczekiwaniami.
- Zastanów się dobrze, Takami. Czy zamiast z nią walczyć nie lepiej spróbować zawrzeć przymierze? W jakim celu ją zabijać, skoro żywa może przynieść znacznie więcej korzyści?
Słowa przewodniczącego nie docierały do Takamiego. Wpatrywał się w jeden punkt, tak jakby oczekiwał ujrzeć w nim wszystkie odpowiedzi.
- To na nic, Takeda. Niepotrzebnie tracisz czas.
- Ale...
- Już jest na wszystko za późno. Nie zmienię zdania. To przez nią nie żyje mój Pogromca, nie wybaczę jej tego. Nawet przez wzgląd na Mari. Ona musi zapłacić. Zresztą... już za to płaci....
Wampir wbił spojrzenie w Dowódcę. Po jego następnych słowach nie mógł zebrać myśli. Pierwszy raz od dawna nie wiedział co ma powiedzieć. Cały plan runął jak domek z kart.
- Takami... coś ty najlepszego zrobił?
<***>
Jennifer, odziana w śnieżnobiałą koszulę nocną z lekkiej tkaniny i tego samego koloru szlafrok przyozdobiony delikatną koronką, przemierzała drobnymi krokami korytarz, uważając, by nie zaplątać się w imponującej długości materiał. Wcześniej nie czuła się senna, dlatego jeszcze na chwilę zaszyła się w bibliotece, by na jednym oddechu przeczytać kilka rozdziałów romansu, którym się aktualnie zajmowała.
Wiedziała, że to niemądre, a jej mąż z pełnym politowania uśmiechem wyrażał się o jej guście (czy raczej jego braku) do literatury, ale cóż mogła poradzić? Nie wierzyła w prawdziwą miłość, a jednak tylko czytanie o losach młodych panien o czystych sercach, które dopiero po pokonaniu niezliczenie wielu przeszkód oraz zniesieniu jeszcze większej ilości cierpień odnajdywały swe przeznaczenie w ramionach równie młodych (nierzadko także przystojnych i majętnych) mężczyzn sprawiało, że Jennifer mogła zapomnieć o bożym świecie i utonąć na dobre w literackiej fikcji.
Właśnie zastanawiała się nad tym jak dalej potoczy się fabuła powieści i czy piękna bohaterka znajdzie wyjście z sytuacji, w której się znalazła, gdy z rozmyślań wyrwał ją rzadko spotykany widok.
Drzwi znajdujące się po lewej stronie, które prowadziły do sypialni Shina były uchylone. Dziewczyna doskonale znała okropną obsesję wampira na punkcie domykania drzwi, dlatego podeszła bliżej, by naprawić błąd, który zapewne popełniła jakaś służąca. Położyła dłoń na klamce i kiedy zamierzała przyciągnąć ją do siebie, usłyszała cichy głos z wnętrza pokoju:
- Jennifer, czy to ty?
Zdziwiła się, ponieważ o tej porze powinno go jeszcze nie być w domu. Z tego, co wiedziała, miał jakieś obowiązki względem Starszyzny. Szybko się opanowała, popchnęła lekko drzwi i zajrzała do sypialni, odpowiadając mu.
Trzy niewiarygodnych rozmiarów okna znajdujące się na jednej ścianie wpuszczały tyle światła tej zadziwiająco jasnej, późnojesiennej nocy, że nawet Jennifer dokładnie widziała zarówno pomieszczenie jak i swojego męża.
Siedział na ogromnym łożu z baldachimem wspieranym przez cztery hebanowe filary. Jego nieobecny wzrok tkwił gdzieś w przestrzeni, a pierś pod rozpiętą koszulą unosiła się ciężko.
- Proszę, wejdź – odezwał się głosem tak bezbarwnym i cichym, że córce Alice i Gabriela natychmiast zrobiło się słabo. Mimo wszystko podeszła powoli, zamknąwszy wcześniej drzwi. – Usiądź przy mnie – poprosił, wbijając w nią spojrzenie.
To wszystko było niepokojące. Czuła, że jeśli natychmiast stąd nie wyjdzie, usłyszy coś, czego wolałaby nie słyszeć i chociaż tak bardzo chciała zawrócić, przysiadła na brzegu pokrytego bordową narzutą łóżka. Przez moment zamierzała przerwać ciszę, która gęstniała między nimi i odbierała jej powietrze, ale uprzedził ją w tym Kazuma, który odwrócił spojrzenie i głosem tak niepodobnym do swojego rzekł:
- Jennifer… Ja nawet nie wiem jak ci to powiedzieć… - pokręcił głową z gorzkim uśmiechem na ustach.
Wzięła głęboki oddech, by nie poddać się panice. Cokolwiek to było, musiała przyjąć to ze spokojem. Co innego mogła zrobić?
Wampir ukradkiem rzucił jej jedno krótkie spojrzenie. To wystarczyło, by zyskał pewność, że ma ją w garści.
- Nieważne, co się stało, po prostu mi to powiedz. Nie zniosę niepewności. – Maska opanowania, którą przywołała na twarz skrywała odczuwany przez nią niepokój.
- Starszyzna… Starszyzna zażądała, bym cię odesłał – wyrzucił to z siebie z perfekcyjnie zagranym trudem.
Dobrze znane kontury rozmyły się w jej oczach, a świat zawirował gwałtownie. Nie przesłyszała się? Nie… Nie było takiej możliwości, choć brzmiało to nieprawdopodobnie. Jak to?! „Odesłał”?!
- D-dlaczego – wydukała, wpatrując się w niego z nadzieją na jakieś wyjaśnienia.
- Dlatego, że jestem ostatni z rodu – odparł w dalszym ciągu unikając jej wzroku.
Nigdy wcześniej cisza nie była tak głośna. To jedno zdanie wyjaśniało wszystko. To jedno zdanie burzyło świat Jennifer. Shin był ostatni z rodu. Nie miał dziedzica i biorąc pod uwagę fakt, że jego małżeństwo było paktem zawartym na zupełnie innych warunkach, nigdy nie miał go mieć. A Starszyzna nie mogła na to pozwolić. Coś tu jednak nie pasowało.
- Kiedy się ze mną ożeniłeś zdanie Starszyzny niezbyt cię obchodziło.
Chłodny ton nie wyprowadził go z roli. Był przygotowany na wszystko, ten scenariusz również przewidział.
- Nie, Jennifer. To było co innego. Starszyzna do tej pory przymykała oko na wszystko, co robiłem. Przewodniczący sądził, że to tylko głupi wybryk, dlatego wcześniej nic z tym nie zrobił. Ale teraz postawił sprawę jasno. Albo ja cię odeślę, albo oni cię wykończą – powiedział, patrząc w przerażone oczy dziewczyny. – Zrozum, nie mogę pozwolić na to, by cię skrzywdzili.
Powoli podniosła się z łóżka. Nie była w stanie wypowiedzieć nawet słowa. Podeszła do jednego z okien, drżąc na całym ciele. Wszystko było skończone.
- I co teraz? Mam wrócić do rodziny? – spytała, z całych sił powstrzymując łzy.
Dlaczego to wszystko ją spotykało? Kiedy myślała, że jest już wolna, że może dokonać swej zemsty…
- Chyba, że… - zaczął, lecz natychmiast przerwał, kręcąc głową. – Nie. To niemożliwe.
Jennifer odwróciła się gwałtownie. Czyżby był chociaż cień nadziei?
- Co takiego? – W mgnieniu oka znalazła się znów przy nim. On jednak, zamiast odpowiedzieć, pokręcił tylko głową. – Shin, błagam, powiedz mi. Zrobię wszystko, tylko nie każ mi do nich wracać!
- Nie, Jennifer. Nie mam prawa cię o to prosić.
Szybko odnalazła jego spojrzenie i ujęła dłoń w swoje drobne palce.
- Błagam… - szepnęła, pozwalając spłynąć pojedynczym łzom, których i tak nie była już w stanie wstrzymywać.
Powstrzymywanie uśmiechu przychodziło mu z trudem. Ta naiwność i desperacja… to było tak zabawne! Jednak musiał dokończyć to, co zaczął. Przygryzł wargę i odwracając od niej wzrok, rzekł z bólem:
- Musiałabyś… zapewnić mi dziedzica.
Uścisk palców dziewczyny osłabł. Skóra pobladła, usta zbielały, przez co jej postać wydała się jeszcze jaśniejsza niż zwykle. Lśniły w niej tylko bursztynowe oczy. W jednym momencie w głowie Jenn wirowało tyle myśli, że nie miała pojęcia, której się uchwycić, a już w następnym ogarniała ją pustka. Wciągnęła do płuc powietrze. Wszystko obracało się przeciw niej. Jak zwykle…
- Czy wtedy… - zaczęła słabym, niemal nierzeczywistym głosem – Czy wtedy będę mogła zostać?
Pokiwał głową w odpowiedzi. W ciszy dosłyszalny by tylko ciężki oddech Jennifer.
- Dasz mi chwilę do namysłu? – zapytała, a gdy się zgodził, wstała. Nie odeszła nawet kilku kroków, kiedy zatrzymał ją, kładąc dłonie na jej ramionach. Odwróciła się.
- Jennifer, tak bardzo cię przepraszam… - Żal w jego oczach i głosie sprawiał tak szczere wrażenie, że nie mogła mieć wątpliwości. Posłała mu delikatny wymuszony uśmiech.
- Nie przepraszaj. Nie masz za co – odparła i, wyślizgnąwszy się z jego uścisku, ruszyła do drzwi, by chwilę później zniknąć w ciemnym korytarzu.
Odetchnął głęboko, kiedy miał już pewność, że jest w swojej sypialni. Był z siebie bardzo zadowolony. Oczywiście nie miał żadnych wątpliwości co do odpowiedzi Jennifer. To biedne stworzenie zrobi wszystko, by tylko móc zostać przy nim, z dala od domu i rodziny. Może gdyby miał sumienie czułby się winny temu, że manipuluje z łatwością swoją żoną, ale jakoś nie wzbudzało w nim to większych emocji. Znał dobrze Jennifer. Jej serce, nawet jej postać w zwiewnej bieli bijąca blaskiem, upodabniały ją do anioła. Wiedział doskonale, że gdyby nie fakt, iż dziewczyna jest skończoną desperatką, owinięcie sobie wokół palca kogoś takiego nie byłoby proste. Zwłaszcza, że siostra Fii od zawsze wyczuwała fałsz.
Uśmiechnął się do siebie i wrócił na łóżko, gdzie złożywszy głowę na poduszce, wsłuchiwał się w idealną ciszę panującą w posiadłości.
<***>
Choć już od dłuższego czasu nie musiała uważać, by nikogo nie zbudzić swoimi nocnymi spacerami po domu, Aika zamknęła drzwi najciszej jak tylko potrafiła. Nocą cisza brzmiała zupełnie inaczej niż w dzień. Była częścią codziennego rytuału, w którym świat uczestniczył od zarania dziejów. Dla jednych była wytchnieniem po trudach przebytego dnia, dla innych okazją do usłyszenia własnych myśli. Jedno tylko łączyło niemal wszystkich. Cisza nocna była nienaruszalną świętością. Nawet rozmowy prowadzono wtedy szeptem, łzy wylewano bezgłośnie, a radość okazywano wyłącznie uśmiechem i blaskiem oczu. Żal byłoby dopuścić się zaniechania tej tradycji. Zwłaszcza w noc tak piękną jak ta dzisiaj.
Bezszelestnie podeszła do okna swojego pokoju i wytężyła wzrok. Mimo tak jasnego nieba, ciemność lasu była nieprzenikniona. Ale Aika nawet nie dostrzegając Pogromców, wiedziała, że oni tam są. Przyczajeni wśród leśnej gęstwiny czekali tylko, aż popełni błąd. A wtedy... cóż, najprawdopodobniej z nią skończą.
Odsunęła się od okna, usiadła na łóżku i podciągnęła kolana pod brodę, obejmując łydki ramionami. Była pewna, że tej nocy również nie zaśnie. Może po prostu za dużo myślę? Rozdrabniam się nad wszystkim, zarywam noce... I co mi to daje? Może powinnam pozwolić, żeby wszystko potoczyło się swoim torem, nie ingerując w to zupełnie... albo przynajmniej najmniej jak się tylko da? Może... ach, zbyt dużo tych "może"!, pokręciła głową jakby to mogło pomóc uciec jej od myśli. Była w martwym punkcie. Decyzje zostawały podejmowane za nią, sama miała niewielki wpływ na cokolwiek, a wszelkie próby, których dokonywała musiały wyglądać naprawdę pociesznie, gdy obserwowało się je z boku. Ot, mała, głupia dziewczynka, której się wydaje, że może dyskutować z wielkimi tego świata. To było takie dziecinne i naiwne! Fakt, nie zawsze nad sobą panowała. Czasem nie mieściło jej się w głowie jak mogła tak bezczelnie odnosić się do Lucyfera albo skąd w ogóle wytrzasnęła ten pomysł ze spotkaniem w Łączniku. Czy to drugie "ja", które gdzieś głęboko w niej tkwiło było aż tak pewne siebie i głupie? Nie była żadną femme fatale, nie nadawała się do tej roli... I dlaczego musiała w ogóle odgrywać jakąkolwiek rolę? Dosyć tego.
Pukanie do drzwi wyrwało ją z zamyślenia. To mógł być tylko on, dlatego wstała i pozwoliła mu wejść. Otworzyła usta, lecz powitanie utknęło jej w gardle.
Jonathan wyglądał jak posłaniec przynoszący Hiobowi wieść o nieszczęściu. Najwidoczniej nie wiedział jak i czy w ogóle ma się odezwać. Dziewczynę natychmiast ogarnęły najgorsze przeczucia.
- Jonathan, co się stało? - wykrztusiła w końcu, uważnie wpatrując się w demona.
Nabrał powietrza, ale w ostatniej chwili pokręcił głową. Nie potrafił jej tego powiedzieć. Nie tu. Nie w tym domu, w którym już i tak spotkało ją tyle cierpienia.
Nawet nie zauważyła momentu, w którym przenieśli się do Piekła. Z napięciem wpatrywała się w zielone oczy demona.
- Powiesz mi wreszcie, co się stało?
- Twoi przyjaciele... oni... - zaczął cicho, nie będąc w stanie dokończyć.
- Nie żyją.
Aika odwróciła się w stronę, z której dobiegał głos Lucyfera. Przez chwilę patrzyła na niego jakby nie mogła zrozumieć tego, co właśnie powiedział. Rika, Charles, oni... nie żyją?
- Jak to: nie żyją? Nie wierzę! Jonathan, powiedz, że to nie prawda! - Desperacko wlepiła w niego spojrzenie, choć nie mogła odnaleźć w wyrazie jego twarzy potwierdzenia.
Oni byli poza tym wszystkim. Dopilnowała, by się nie dowiedzieli. Nie mogli zginąć!
- Aika... to prawda. Oni nie żyją – powtórzył cicho, starając się zachować spokój.
Pokręciła energicznie głową. Nie chciała tego słuchać. To na pewno pomyłka. Nieporozumienie, czyjeś przeoczenie...
- Nie wierzę! Jak... Rika, Charles... - Cienkie strużki łez popłynęły po policzkach Niszczycielki. - Nie... Nie wierzę. Nie uwierzę, póki nie zobaczę!
- Sądzę, że nie powinnaś... - zaczął cicho, jednak zanim dokończył, sceneria już się zmieniła. Stali w opuszczonym budynku gdzieś na skraju lasu.
Aika odwróciła się i wtedy to zobaczyła. Mnóstwo pociętej folii malarskiej, pokrytej brunatną mazią, gdzieniegdzie jeszcze przypominającą krew. Zadrżała, ledwie utrzymując się na nogach. Czuła zapach tej krwi. Lepki, mdlący, przyprawiający o zawrót głowy. Nieświadomie postąpiła parę kroków, nie słysząc próśb Jonathana, by tego nie robiła. Pod bosymi stopami wyczuła zimną, śliską maź. Przymknęła powieki i zastygła, słysząc tylko niesamowicie głośne bicie swojego serca. Powoli otworzyła oczy i spuściła je na ziemię. Ciemne plamy krwi odznaczały się na jasnej jak pergamin skórze. Wyciągnęła przed siebie dłoń i odgarnęła zasłonę z folii. Upadła na kolana.
- Aika, wracaj – zawołał Jonathan, lecz miał wrażenie, że go nie słyszy.
Krew się w nim gotowała, ale nie mógł nic zrobić. Lucyfer stał tuż obok, wpatrując się w nią jakby była małpką w klatce. Uważnie obserwował każdy jej krok, gest wykonywany w szoku... Jej cierpienie najmniej go obchodziło. Ważne było tylko to jak się zachowa.
Była tam. Błękitne niczym bezchmurne niebo oczy zastygły w wyrazie przerażenia. Aika miała wrażenie, że świdrują ją oskarżycielsko, jakby pytały, dlaczego tak się stało.
- Rika-chan... - szepnęła drżącymi wargami poprzez łzy.
Ciało dziewczyny poorane było wieloma płytkimi i głębokimi ranami, z których już dawno upłynęła cała posoka. Tylko na szyi, przy długim cięciu, które musiało zadać jej śmierć jeszcze lśniła gęsta, zakrzepła krew. Ktoś ją przez długi czas torturował, a potem zaszlachtował, niczym zwierzę w rzeźni. Aika oderwała wzrok od ciała Riki i przeniosła go na Charlesa. Chłopak zginął od pchnięcia w klatkę. Poza tym nie miał żadnych obrażeń. Nie cierpiał. Nie chodziło o niego.
- Co za bestie wam to zrobiły? - spytała, nie oczekując odpowiedzi.
- Pogromcy. - Usłyszała za sobą głos Lucyfera.
Położyła dłoń na policzku Riki i lekko go pogładziła. Był tak przejmująco zimny... Nie mogła uwierzyć, że już nigdy więcej nie zobaczy na tej twarzy uśmiechu. Że już nigdy więcej z tych pozbawionych krwi ust nie popłynie radosny szczebiot. Że w tych przerażonych oczach już nigdy nie zalśnią figlarne iskierki... Ona tak bardzo kochała życie, cieszyła się każdym jego dniem. Dlaczego więc zostało jej to odebrane? Dlaczego?!
- Przepraszam, Rika-chan... tak bardzo przepraszam. To moja wina... - zaszlochała cicho, przytulając do siebie ciało przyjaciółki. Jak mogła do tego dopuścić? Wszystko było jej winą! - Przysięgam ci, że znajdę tego, kto wam to zrobił... Przysięgam...
Władca Piekieł uniósł lekko kącik ust. Wszystko składało się doskonale. Dowódca nie mógł mu się bardziej przysłużyć.
Nie mógł już dłużej na to patrzeć. Mimo zakazu, ruszył w kierunku Aiki, która łkała, wylewając łzy nad przyjaciółką.
- Aika, zostaw ją... już jej nie pomożesz – wyszeptał, kładąc dłoń na jej ramieniu.
Odwróciła się, przez łzy ledwo go poznając. Zakrwawioną ręką otarła oczy, by móc na niego spojrzeć. Czekał, aż delikatnie wypuściła z objęć ciało Riki, a wtedy podniósł ją z ziemi. Rzuciła ostatnie spojrzenie Charlesowi i omiotła wzrokiem to przesiąknięte śmiercią pomieszczenie. Nagle zrobiło jej się zimno. Tak przeraźliwie zimno, że nie mogła opanować drżenia.
- Jonathan, zabierz ją stąd i zajmij się nią – polecił Lucyfer i rozpłynął się w powietrzu.
- Chodź, zabiorę cię do domu. - Przygarnął ją lekko do siebie i w ułamku sekundy znów byli w domu Kiyokuro. W cichym, spokojnym domu, w którym powinna czuć się bezpieczna.
Przeszła parę kroków i przystanęła oglądając się za siebie. Na podłodze, w miejscach, po których przeszła wykwitły ciemne plamy krwi.
- Już dobrze, to nic takiego – powiedział cicho, uspokajającym tonem i wziął ją na ręce, żeby wnieść po schodach na górę do łazienki. Posadził dziewczynę na brzegu wanny i odwrócił się, żeby wyjść, ale zatrzymała go, zaciskając dłoń na rękawie jego marynarki.
- Nie zostawiaj mnie... - wyszeptała zachrypniętym głosem, wbijając wzrok w ziemię.
- Aika... wyjdę tylko na chwilę i zaraz wrócę. Obiecuję.
Rozluźniła uścisk i Jonathan wyszedł. Bała się zostawać sama z tym przerażonym spojrzeniem, które wyryło się w jej pamięci. Miała wrażenie, że ono za nią podąża, że te oczy wciąż wpatrują się w nią z wyrzutem. Zacisnęła powieki, wsłuchując się w ciszę.
Po chwili wrócił Jonathan. Ułożył na szafce kilka ręczników i jej szlafrok, po czym znów wyszedł, obiecując, że nie odejdzie daleko. Zszedł na dół, by pozbyć się śladów krwi, które zostawiła Aika. Nie mógł pozwolić, by znów musiała na nie patrzeć. Na jego oczach przeżywała "śmierć" matki, teraz morderstwo przyjaciół... Nie potrafiłby znaleźć słów, żeby wyrazić, jak bardzo jej współczuje. Mógł tylko się nią zająć, choć nie miał pewności czy temu podoła. Jedno wiedział na pewno. Zrobi wszystko, żeby jej pomóc.
Wyszła z łazienki i poszła do swojego pokoju. Wyciągnęła pierwszą lepszą piżamę i wciągnęła ją na siebie. Kiedy zawołała Jonathana, zjawił się natychmiast.
- Dlaczego ich to spotkało? Dlaczego musieli umrzeć? - spytała cicho.
Leżała na łóżku zwinięta w kłębek. Tak samo jak kiedyś przypominała mu małą, biedną dziewczynkę. Usiadł obok i odgarnął jej z twarzy mokre włosy. Zdążył się wcześniej przygotować. Wyciągnął z kieszeni marynarki malutki flakonik.
- Cii... nie zajmuj się tym. Nie teraz – szepnął i włożył Aice do ręki buteleczkę. - Wypij.
Otworzyła pojemniczek, przyłożyła do ust i przechyliła, a słodkawa ciecz spłynęła jej do gardła. Przymknęła oczy. Chciała zasnąć. A najlepiej zasnąć i już nigdy się nie budzić. Łzy jeszcze długo spływały jej po policzkach, ale noc pozostała cicha i piękna. Zupełnie tak, jak gdyby nic nie miało miejsca.


<***>
Witam!
Trochę mi głupio, że tak zaniedbuję to opowiadanie, ale wiadomo... szkoła, pianino, chór, angielski, korepetycje i bajery... w dodatku radosny profil humanistyczny, czyli nie ma opcji, że sobie wzory w autobusie wykuję. Nie! Lektury trzeba czytać! I łacina! Co z tego, że ogarniam coś, czego 80% klasy nie ogarnia?! Po deklinacji nie przetłumaczyłam na polski! Ja się pytam, co ja mam tam tłumaczyć?! Przypadki?! No, to jak już sobie ponarzekałam, to chciałabym powiedzieć, że nie wiem kiedy następny rozdział. Nie mam życia, Weltschmerz i te sprawy, Entschuldigung. ;_;
Ach, no tak... jeśli ktoś liczył na Hiroshiego, to przepraszam. Nie zmieścił się w limicie stron. ^^” No, ale za to są dwa trupy, przynajmniej klimat zachowany. :3
I oczywiście chciałabym życzyć wszystkim pomyślnego Nowego Roku (bo na święta już za późno...)! <3
Pozdrawiam – Andzik

Ps. Wszystkie zaległości u Was postaram się nadrobić... w czasie nieokreślonym, przepraszam! T.T
Ps.2. Poprawiałam to, ale ledwo widzę na oczy, więc pewnie zostało mnóstwo literówek. Przepraszam

19 komentarzy:

  1. Hey!

    Zacznę od rozdziału...
    Za małe literki! Ślepa jestem (nosze okulary z GRUBYMI szkłami, a i tak źle mi się czytało) i prosze o zmianę czcionki na nieco większą ;)
    Cóż, trup ściele się gęsto *krzywy uśmiech*. Tia, Hiroshi wymiata i chcę go widzieć w akcji!
    Co do całej reszty-Lucek, co ty kur** planujesz???
    No i nie tylko on. A zastanawiające jest, ze Jennifer jest taka... slepa!

    Spoko, ja też nie mam czasu ;/ Znam ten ból...

    Co do komentarza u mnie:
    co Ty masz do historii?? o.O Można. I nawet to jest ciekawe :D
    Oooo mam nadzieję! Jeden referat napisałam, nie wiem jak ruszę pracę semestralną ;/ I kolokwium. I kolejne kolokwium. I dwa zaliczenia. I... i kij z tym. Nie będę o tym myśleć do poniedziałku. Od poniedziałku zacznę rwać włosy z głowy.
    Dzięki za info :)
    Happy New Year! :*
    Pozdro!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz! <3
      Ale to się samo robi! Słowo daję, robię dużą czcionkę - dodane jest małą... Blogger mnie nienawidzi. ;_;
      Trupy to moja specjalność. Nie wiem dlaczego te są pierwsze, aż sama się sobie dziwię. :o Wszyscy coś planują... Aż sobie muszę spisywać kto i co, bo już się sama mylę. xD Ano jest ślepa. Ale desperaci tak mają. :3

      No mam całkiem sporo. Wiesz, cztery godziny tygodniowo całkiem skutecznie mi obrzydziły historię... Znaczy, bardziej chodzi o psora. To zło.
      O, zawsze to coś! I dokładnie tak, zacznij się martwić od poniedziałku! A co!

      Pozdrawiam - Andzik

      Usuń
    2. Serio??? Kochasz teatr! Wow! :D
      Opera... ^^ jak ja bym chciała iść do opery!
      Muzyka klasyczna?? Jak? Czemu?
      Ojej, widzę, że nie tylko mnie mierzi (przedpotopowe słowo) upadek moralny! Tak, zgadzam się. To ból patrzeć na tę większą część młodzieży, która o nic nie dba...
      Dzięki :*
      ah! Historię miałam dobrze prowadzoną w gimnazjum. Dlatego teraz tak bardzo lubię historię. "Historia jest nauczycielką życia"-takie hasło wisiało w sali od historii w moim gimnazjum. Zgadzam się z tym :)
      Pozdro i dzięki za komentarz! :*

      Usuń
    3. Uwielbiam! <3
      Koniecznie musisz iść! Opera jest niesamowita!
      Muzyka klasyczna to pół mojego życia.Tak naprawdę to jedyna muzyka, która ma dla mnie wartość. Słucham jej praktycznie wszędzie, w dodatku gram na pianinie, więc nie ma opcji, żebym nie ćwiczyła 2,5 - 3 godzin. ^^
      Czas umierać, powiadam! Czas umierać...

      Wiesz, nie to, że mam źle prowadzoną, bo wykład jest przejrzysty i mam po nim cholernie dobre notatki. Po prostu nie mogę znieść profesora. ^^' Ale co kto lubi. Zdecydowanie wolę WOS. :D

      Usuń
  2. Podziwiam za konsekwencję w pisaniu i oczywiście cierpliwość. A z tego co piszesz masz jeszcze dużo innych obowiązków.

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam serdecznie w moim skromnym kawałku Internetów! :)
      Szczerze, to nie ma co podziwiać. Przez 3-4 lata powstały zaledwie 24 rozdziały, więc... No, niewiele. ^^'
      Mam nadzieję, że zostaniesz tu na dłużej, choć, nie oszukujmy się, powstał mały zastój.

      Pozdrawiam - Andzik

      Usuń
  3. Zła ze mnie babcia, oj, zła. Przeszło 2 tygodnie od dodania rozdziału, a komentarza nadal nie napisałam. :( Buu. Wybacz. Jak znajdę czas, postaram się to zmienić. ;_;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale że mnie wyrozumiała wnusia, więc nie śpiesz się. Cytując klasyka, są rzeczy ważne i ważniejsze. ;)

      Usuń
    2. Pytanie, co jest tą "ważniejszą" rzeczą? :D

      Usuń
    3. Wiem, że powinnam się uczyć, ale nie mogę. x_x Klasyczny japoński odbiera mi chęć do życia, której i tak za wiele nie mam, a poza tym obejrzałam do obiadu odcinek anime, w którym, jak się okazało, zginęła moja ulubiona postać, więc mam Weltschmerz. -.-

      „Zsunęła się z kanapy, obiecując sobie, że nieważne kto stoi teraz przed domem, zamorduje go i nie przeszkodzi jej w tym nawet tabun Pogromców. Otworzyła zamek i uchyliła drzwi. Kiedy zobaczyła swojego gościa szybko przeszła jej chęć mordu.” - Nieźle się pośmiałam. xD Aya to ma jednak szczęście, choć gdybym była Aiką, niekoniecznie bym jej wybaczyła… xD
      Biedna Aya. ;_; W dobrym nastroju wróciła do domu po rozmowie z Hiroshim, a tam taka atmosfera… No i tatko rozgniewany. T^T Nie dziwię mu się w sumie, ale mimo wszystko to i tak taaakie przykre. ;( Jeny, ta rodzina ma przekichane. Zawsze, w którymkolwiek opowiadaniu by się nie pojawiła. Stworzeni, by cierpieć. x_x
      „(…)opisała koleżance postać Hiroshiego, jego charakter pełen niezliczenie wielu zalet, intelekt, poczucie humoru - jednym słowem, wyidealizowała go i wywyższyła co najmniej do rangi herosa.” - Powiedziałabym, że Aya to zakochana wariatka widząca tylko zalety obiektu westchnień, ale… No jejku, Hiroshi naprawdę taki jest! :D Idealny, co tu dużo mówić! :D (Można to uznać za obiektywne przedstawienie sprawy czy też jestem jedynie zakochaną wariatką…?)
      „Z biegiem historii Aika miała przed oczami obraz tego zwariowanego nekromanty, który na wszystko ma odpowiedź i potrafi rozweselić nawet kogoś tak ponurego jak Aya. Uwadze Aiki nie umknął również fakt, że w oczach Hiou lśniły dwie małe iskierki, blade policzki lekko się zaróżowiły, a subtelny uśmiech mimowolnie co jakiś czas ozdabiał jej usta, gdy opowiadała o tym chłopaku. Ślepy by zauważył, że dziewczyna wpadła po uszy.” - Czytając tego typu zdania, zachowuję się jak Aya. Uśmiecham się i dam sobie rękę uciąć, że oczy mi błyszczą, a kto wie, może i wiecznie blade policzki nieco się różowią? :D
      Cieszę się, że Ayi udało się wreszcie zwierzyć, a Aika tak ładnie ją wysłuchała i w ogóle. Zabawne jest też to, że, jak zauważyła Aika, Aya nadal zwraca się do niej tak oficjalnie, ale to bardzo pasuje do tych typowych wysoko urodzonych japońskich panienek + nieśmiałych dziewcząt.
      Ta pogoda… Czyżby to miasteczko znajdowało się na Hokkaido? :D

      Ech, Takeda, wredny jegomość. „Doskonale znał Yoshiro, który był jednym z najwybitniejszych mistrzów gry pozorów. Niewielu wiedziało, że ten "odrzucony królewicz" jest tak naprawdę niereformowalnym sadystą, który już raz o mały włos nie zabił narzeczonej. Takeda sam pomagał zatuszować tę sprawę. Zamknął usta Hiou, a Yoshiro udzielił nagany, z której młody wampir z pewnością nic sobie nie robił. Ale cóż mógł więcej począć, skoro teoretycznie chłopak zachowywał się wzorowo? Był ciekaw jak Shirahime rozegra to dalej.” - No wielkie dzięki za wsparcie, koleś! -.- Co za cham. T^T
      „Swoją drogą, niemal współczuł Kage. Widział jak niespokojnie miota się szukając sposobu na ocalenie Ayi. Ale taki nie istniał. Nie miała wyjścia, musiała związać się z Shirahime i tylko śmierć mogła ich rozłączyć.” - „Niemal współczuł”, pff. Życzę Takedzie takiego samego losu, zobaczyłby, jak to jest. >.< Ale idąc do dalszej części: ŚMIERĆ. Tak, tak, śmierć może ich rozłączyć i właśnie na nią po cichu (?) liczę. Nie wiem, jak to rozegrasz, ale mam nadzieję, że cokolwiek by się nie działo (a niechże i sama Aya sobie zginie, jak musi), to będzie tam dużo Hiroshiego! <3 Jakby nie było, ze śmiercią jest na ty. xD

      Chyba dawno nie było Nemezis, co? Czy to częstotliwość rozdziałów wpływa na moje odczucie czasu? ^^’

      Usuń
    4. Ach, ta Mari, same z nią problemy. To przykre, że Aika nie wie nic o ojcu. Mam nadzieję, że mimo wszystko w swoim czasie dowie się o nim wielu rzeczy i w ogóle że jakoś ogarniesz całą tę przeszłość i wszystko się rozjaśni. (Proszę, nie zwracaj uwagi na powtórzenia i inne takie, nie mam czasu ani siły zastanawiać się nad tym, co piszę. x_x)

      Co do Takedy i Takamiego… Powiem tyle: są siebie warci. -.-

      Shin, mistrzu mój! Uwielbiam gościa! Tak wredny, cwany i obłudny, a przy tym taki, taki… cudowny! Ach! Niby żal mi Jenn - i to bardzo, ale to bardzo, naprawdę! - ale Shin jest nie do podrobienia. <3 Wiadomo, to nie jest moja ulubiona postać męska, cha, cha, ale na podium na pewno by się znalazł. :D Mam nadzieję, że zanim/jeśli dobro go pokona, to zdąży sporo namieszać. :D

      Uu, wiedziałam, byłam pewna, że Rika i Charles nie żyją. Czułam to całą sobą, dlatego mnie to nie zdziwiło, ale i tak zrobiło mi się przykro. Nie byłam jakąś tam fanką tych osóbek, ale dla Aiki byli ważni, szczególnie właśnie Rika, którą tak okropnie potraktowano… Okrucieństwo w czystej postaci. T^T

      Dobra, to by było na tyle, przepraszam, że tak krótko, ale jednakowoż trochę się muszę pouczyć (albo przynajmniej poudawać, że to robię). Mam nadzieję, że jakkolwiek doda Ci to energii/zapału/weny/czegoś tam do pisania i niebawem ujrzę nowy rozdzialik (a w nim Hiroshiego!). <3 Buziaki i powodzonka w pisaniu! :*

      Usuń
    5. Babciu, wiesz, że jesteś najlepsza? <3
      Ważniejsza jest, rzecz jasna, nauka! Przecież potrzebuję znajomego japonisty, który pomoże mi sformułować akt kapitulacji dla Japonii, kiedy już podbiję cały świat! xD

      Ech, z Weltschmerzem tak to już jest... czeka za każdym rogiem, żeby dopaść człowieka!

      Babciu, zacznijmy od tego, że gdybyś była Aiką wstałabyś jak ludzie o 7, a nie o 15 kładła się spać. A z drugiej strony, to wiesz, gość rzadki i nawet lubiany, więc z zabijaniem lepiej się wstrzymać. xD
      No cóż, bywa. Tatko jest jedynym trzeźwo myślącym człowiekiem w tym domu. Na jego miejscu, to dałabym jej dowiecznościowy (neologizmy zawsze spoko <3) szlaban!Wychodzi ze skóry, żeby jej cierpienia oszczędzić, a ta się zakochuje w nekromancie, no kto to widział!
      Oj, to Twoje obiektywne przedstawienie sprawy (czy tylko mnie bawi "ocena obiektywna"? xD) jest... mało obiektywne. ^^' Ale i tak zawsze cieszy mnie Twoja reakcja na Hiroshiego, czy choćby wzmiankę o nim. <3
      No cóż, konwenanse muszą być!
      Jeszcze nie wiem gdzie to jest. Miało być dziwnie. I wyglądać jakby nad miasteczkiem wisiała klątwa... ale może być i na Hokkaido. xD

      Akurat Takeda to jedna z moich ulubionych postaci! Taka superważna, wyrachowana menda. <3 No cóż, nie licz na wsparcie, cytując moją ulubioną psorkę, "każdy ma swój problem". :3 I wiesz, babciu, życzyć można, ale on akurat, to potrafi się ustawić, przykro mi. A z tą śmiercią zobaczymy. Chociaż nie liczyłabym na radosny zgon. ^^

      Tak, nie było. Ale to jest spowodowane tym, że Nemezis jest mniej niż postacią drugoplanową. Robi tło, krótko mówiąc. :3
      Mari... to Mari, co tu dużo mówić. Jej było przykro jak mówiła o mężu, więc nie mówiła, po co drążyć temat. xD Wszystko w swoim czasie!
      Takeda jest fajniejszy! #inteligentnawypowiedźautoki xD

      Miłość do Shina zawsze spoko! <3 Jak ja się niesamowicie cieszę, że go doceniasz! <3 Oj tam, mówi się trudno, Jenn może cierpieć, nikt jej za mąż wychodzić nie kazał. xD

      Szczerze? To wszyscy to wiedzieli. A pierwsza chyba Suzu. xD Tak, okrucieństwo w czystej postaci, tak miało być! :3

      Dziękuję za komentarz, jak zwykle poprawiasz mi babciu humor! <3 Dziękuję! :3 No, to pisanie całkiem dobrze idzie, więc może (MOŻE) do końca tygodnia skończę. <3
      Powodzenia w klasycznym japońskim!

      Usuń
    6. Ja wiem. :D
      A-aha, okej, możesz na mnie liczyć. xD

      To okrutne z jego strony. :(

      No niby racja. xD
      Ech, no wiem, że tatko to jedyna trzeźwo myśląca osoba. Na jego miejscu zachowałabym się tak samo, co nie zmienia faktu, że to wszystko jest takie przykre. T^T
      Jak to, nie jestem obiektywna?! Ale przecież on naprawdę jest idealny! :D Jako postać, bo człowieka takiego momentami miałabym ochotę zamordować… Ale z drugiej strony, to by wyglądało tak, jak związek Kimiko i Takeshiego. xD
      Jak sroga zima, to tylko Hokkaido. xD Ale widać, że nad miasteczkiem wisi klątwa, dokładnie tak, jak to w myślach określiła kiedyś Aya - na którymś ze spacerków z Hiroshim, o ile mnie pamięć nie myli. ^^

      Nie no, pewnie, Takeda jest świetną mendą, tyle że zamieszany jest w „moje” sprawy rodzinne, więc muszę go na swój sposób nienawidzić. :D Ale spoko, to nie taka nienawiść jak ta Suzu do Shina. xD
      E, zgony nie muszą (nie mogą) być radosne. :D

      Tło też musi być. :D
      Ech, Mari, Mari… Brak słów. Ja rozumiem: smutek i w ogóle, no ale żeby córce nic nie powiedzieć?
      Jestem skłonna się zgodzić, że Takeda jest lepszy. xD

      Hehe, możesz na mnie liczyć z miłością do Shina. :D A Jenn… No niby racja, że sama jest sobie winna, ale ogółem to Bazyliszek namieszał, można tak powiedzieć. I to jest przykre.

      Nie ma za co, cieszę się, że poprawiłam Ci humor. A z tym pisaniem to naprawdę się postaraj, bo będę potrzebowała niezłego pocieszenia po tym dzisiejszym egzaminie. ;(

      Usuń
    7. Tak, nie zrezygnowałam z zaprowadzenia ładu i składu na świecie. Będę dyktatorem.

      Takie lajf.

      Jak to życie, babciu, całe jest przykre. Co nie zmienia faktu, że Aya i jej rodzina to postaci, które muszą mieć przechlapane. ^^
      No nie wiem. Trzeba go trochę "zepsuć". Jest za mało psychopatyczny, a zawód zobowiązuje.
      No to Hokkaido. xD TY PAMIĘTASZ TAKIE RZECZY?! :o Babciu, zadziwiasz mnie...

      *oddycha z ulgą* Uf, kamień z serca! Już się bałam, że znowu będę czytała mordercze fantazje na temat jednej z moich postaci. xD

      Chciałabym ją na dobre zabić, bo jest głupia... Ale trochę mi szkoda. Poza tym, przyda się jeszcze.

      Shin będzie mieszał. Nic mnie tak nie bawi jak jego manipulacje. :D Jasne, jego wina, że go uwięzili, a jakiejś smarkuli zachciało się być Strażniczką.xD

      Jesteś najlepsza, babciu! Pamiętaj, YOU CAN DO IT! <3

      Usuń
    8. Jestem za, może ktoś wreszcie ogarnie ten świat. Ale wiesz co? Zacznij od Polski.

      No tak, rodzina Ayi jest stworzona do tragedii. Zdecydowanie.
      No wiesz, mord już planuje (i to ze szczególnym okrucieństwem), więc jakąś tam mroczną stronę ma, co nie? I to też mi się diabelnie podoba. :D
      Pamiętam. ^^

      Spokojnie, takie rzeczy to nie ze mną. :D Mnie się możesz bać tylko jeśli zabijesz (i nie ożywisz) Hiroshiego. Wtedy rzucam to opo. xD

      Mówisz? No nic, czekam na rozwój akcji. :D

      Jej, świetnie, nie mogę się doczekać! :D Shin zawsze spoko. <3

      Usuń
    9. Oczywiście! Są jakieś priorytety!

      Bywa. ^^
      Ale to za mało. Musi być trochę bardziej psychopatyczny. xD

      Szantaż? A proszę bardzo! Nie zabiję go... Póki co. On jest mi potrzebny.

      Tak! Shin zawsze spoko! <3

      Usuń
    10. Może być bardziej psychopatyczny, nie mam nic przeciwko, czekam! <3

      W takim razie PÓKI CO nie muszę rzucać tego opowiadania. :D

      Usuń
    11. Ech dziewczyny ranicie mnie T.T Cóż muszę postać sama w swym cierpieniu i nienawiści do Shina...

      Usuń
    12. Takie życie, kochana, przykro mi! </3

      Usuń