niedziela, 30 listopada 2014

Rozdział XX

Aika Kiyokuro rozejrzała się po klasie, nie wierząc własnym oczom. Od rana nie poczuła na sobie spojrzenia, które tak ją irytowało. Od rana nie ujrzała nigdzie chłopaka i nie usłyszała jego głosu. Haruo Sora po prostu się nie pojawił. Odpuścił? pomyślała i mimowolnie uśmiechnęła się.
- Kiyokuro-san, byłbym naprawdę wdzięczny, gdybyś raczyła usiąść.
Dopiero, gdy usłyszała głos nauczyciela, zorientowała się, że jako jedyna wciąż stoi.
- Gomen, sensei – wymamrotała, spuszczając wzrok i usiadła.
Odwróciła głowę w stronę koleżanki z ławki. Aya rysowała coś na marginesie. Była tak zamyślona, że pewnie nawet nie zwróciła uwagi na zaistniałą sytuację (choć normalnie nie umknęłoby to jej uwadze).
- Hiou-san? – odezwała się cichutko, a ponieważ dziewczyna nawet nie zareagowała, Aika delikatnie położyła dłoń na jej ramieniu. Dopiero wtedy dhampirka podniosła głowę znad zeszytu.
- Hm? – mruknęła, wlepiając zdezorientowane spojrzenie w Niszczycielkę.
- Co ci jest? – spytała z troską w zielonych oczach.
Aya lekko pokręciła głową, bezdźwięcznie wymawiając słowo „nic” i uciekła wzrokiem daleko od dziewczyny.
Aika westchnęła. Gołym okiem było widać, że coś jest nie tak. Hiou nie potrafiła udawać.
- Aya, proszę cię… - wyszeptała, pierwszy raz zwracając się do koleżanki po imieniu.
Brunetka zwróciła oczy ku Kiyokuro. Nie chciała jej martwić swoimi problemami, ale z drugiej strony… czy to nie będzie wobec niej nie w porządku? Przygryzła wargę, zastanawiając się nad tym. Wiedziała tak wiele o Aice, a ona o niej tyle  co nic. W końcu skinęła głową.
- Porozmawiamy po lekcjach?
Na pytanie koleżanki, dhampirka zaprzeczyła.
- Dziś naprawdę nie mogę, przykro mi – odparła, upewniając się wcześniej, że nauczyciel nie zwraca na nie uwagi.
Aika utkwiła w niej podejrzliwe spojrzenie, pod wpływem którego policzki Ayi zabarwił delikatny rumieniec. Widząc go, Kiyokuro westchnęła cicho i odwróciła głowę w stronę tablicy, nie chcąc drążyć dalej tematu (za co Hiou była jej niesamowicie wdzięczna).


- Hm… ciekawe dlaczego nie przyszedł… - Rika zmarszczyła czoło, zastanawiając się nad powodem, dla którego nie ujrzała tego dnia na korytarzach Haruo.
- A czy to ważne? Grunt, że go nie ma – odrzekła Aika, nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu.
- A jeśli coś mu się stało? – spytała, patrząc z oburzeniem na przyjaciółkę.
Szatynka wzruszyła ramionami, dając tym samym do zrozumienia, że mało ją to obchodzi.
- Och, jesteś okrutna, wiesz?!
Ten dzień naprawdę był dla niej wytchnieniem. Cieszyła się, gdy mogła przejść z klasy do klasy i nikt nie zwracał na nią uwagi. Brakowało jej tego.
Chociaż… już po pierwszej lekcji zaczęła odczuwać coś na kształt wyrzutów sumienia. Może odrobinkę przegięła? W końcu chyba nie chciał źle, prawda? Z drugiej strony, ile można znosić takie zachowanie? Przecież nie raz i nie dwa prosiła, by dał jej spokój, a że nie docierało po dobroci…
- AIKAAA!!! – wrzasnęła wprost do ucha szatynce.
 Kiyokuro gwałtownie podskoczyła na ławce, odrywając się od swoich myśli.
- Nani?!
- Matko, z tobą to się można dogadać! – prychnęła i odwróciła się, krzyżując ręce na piersi na znak, że się obraża.
Aika westchnęła ciężko. Rika była jej przyjaciółką i kochała ją jak siostrę, ale momentami naprawdę męczyła Niszczycielkę. Choć trzeba też brać pod uwagę fakt, że zielonooka nie zachowywała się jak zawsze. Coraz częściej tonęła w swoich myślach, odcinając się od świata  i miała świadomość, iż jest to irytujące. W końcu sama też denerwowałaby się, rozmawiając z kimś, kto co chwila odpływa.
- Rika-chan, przepraszam, nie gniewaj się… Wiesz dobrze, że czasem mi się zdarza tak zamyślić… - powiedziała cicho przepraszającym tonem.
 Mori pokręciła głową i spojrzała na przyjaciółkę pełnymi troski, błękitnymi oczyma.
- Wiem. Tylko kiedyś zdarzało ci się to znacznie rzadziej i jestem pewna, że jest to czymś spowodowane…
Kiyokuro przygryzła wargę. Nie lubiła takich sytuacji. Chciałaby móc o wszystkim porozmawiać z przyjaciółką, ale nie mogła. Nie mogła jej w to wszystko mieszać i nie chciała tego robić. Rika miała cudowne, beztroskie oraz bezpieczne życie i Aika nie miała prawa go niszczyć.
- Rika, prosiłam, żebyś się mną nie przejmowała. Moja mama wyjechała służbowo i się o nią martwię. A w dodatku jeszcze niedawno byłam chora i trochę się stresuję zaległościami. To wszystko.
- Och, rozumiem – westchnęła blondynka. – Moje biedactwo, a ja jeszcze chciałam cię tak obciążać…
Aika odetchnęła w duchu. Wiedziała, że na jakiś czas będzie miała spokój z wyjaśnieniami. Ale o jakie obciążanie chodziło Rice?
- Mama musi wyjechać i miałam się opiekować Riną, a Charles koniecznie chciał zabrać mnie gdzieś na ten weekend i pomyślałam, że może mogłabyś zostać z małą, ale w takim wypadku…. – wyjaśniła, widząc pytające spojrzenie Kiyokuro.
Rina była siedmioletnią siostrą Riki. Ich matka miała bardzo wymagającą pracę, przez co często musiała zostawiać młodszą córkę pod opieką starszej. Aice już nieraz zdarzało się pilnować Riny w zastępstwie za przyjaciółkę i w normalnych okolicznościach z chęcią by się zgodziła, lecz w zaistniałej sytuacji nie wiedziała czy to aby na pewno bezpieczne. A co jeśli coś się stanie małej?
Zgódź się… Nie zrobią krzywdy człowiekowi… - wyszeptał w jej myślach. Aika już wcześniej zauważyła, że Szept odzywa się coraz rzadziej. Co było tego powodem? Nie wiedziała.  Z jednej strony na pewno ją to cieszyło, ale z drugiej, czuła z tego powodu dziwny niepokój.
- Nie ma problemu, Rika. Zajmę się nią – zapewniła, uśmiechając się delikatnie.
- Na pewno?
Kiyokuro pokiwała głową z uśmiechem.
- Dziękuję, Ai-chan. – Posłała przyjaciółce promienny uśmiech i przytuliła ją. Była jej naprawdę wdzięczna, choć nie czuła się najlepiej z tym, że zamierza zrzucić na nią swoje obowiązki.
- Nie ma za co, bawcie się dobrze.
Porozmawiały jeszcze przez chwilę, po czym udały się na ostatnią tego dnia lekcję.
<***>
Drobne dłonie lekko przesuwały się po klawiaturze, wydobywając z pianina najsubtelniejsze dźwięki. Jennifer w skupieniu wsłuchiwała się w odgłos kropli deszczu uderzających o szybę. Idealnie komponował się z graną przez nią melodią…
Już dawno straciła poczucie czasu, ale nie przeszkadzało jej to. Wręcz przeciwnie. Chciała czymś zapełnić te godziny, by zleciały jak najszybciej, gdyż w ogromnym dworze należącym Kazumy miała aż w nadmiarze czasu. Zwłaszcza, gdy była chora.
Oczywiście inaczej było, kiedy Shin był w domu. On nie pozwalał jej odczuć ciężaru każdej sekundy, przy nim dzień był okamgnieniem. Ale teraz została sama. Sama z myślami, od których za wszelką cenę chciała uciec.
Ten ból w oczach matki… do tej pory pod zaciśniętymi powiekami miała obraz jej twarzy. Alice powinna cierpieć. Zasłużyła na to. Jednak… dlaczego na samą myśl o tym Jennifer czuła ucisk w klatce? Dlaczego miała wrażenie, że jakaś niewidzialna, stalowa pięść zaciska się na jej sercu, próbując je zmiażdżyć? To tak strasznie bolało…
- Jennifer?
Gwałtownie przerwała melodię i odwróciła się na stołku. Na widok stojącego przy wejściu wampira odetchnęła z ulgą.
- Coś się stało? – spytał, podchodząc bliżej. – Dlaczego płaczesz?
Jasnowłosa dziewczyna podniosła dłonie do policzków i z zaskoczeniem odkryła, że były mokre od łez. Nawet nie czuła, gdy płynęły… Natychmiast je otarła i machnęła lekceważąco ręką, układając usta w słaby uśmiech.
- Tak jakoś… dobrze, że już jesteś – odpowiedziała i wstała, by ucałować męża w policzek.
Ich małżeństwo było zwykłym układem i oboje się tego trzymali. Nigdy między nimi nie było miłości. Zresztą, dla Jennifer takie pojęcie jak „miłość” nic nie znaczyło, a Shin… Cóż, być może się do niej przywiązał, ale o kochaniu nie było mowy. A drobne, czułe gesty, które z początku były tylko na pokaz, wykonywali już machinalnie, nie zastanawiając się nawet czy ktoś jest w pobliżu.
- I jak było na spotkaniu? – zapytała, posyłając mu jeden ze swoich wymuszonych uśmiechów.
Shin wziął głęboki oddech i westchnął, kręcąc głową. Spędził z nią zbyt wiele czasu, by dać się nabrać na jej sztuczki, a teraz wyraźnie widział, że najbardziej na świecie Jennifer pragnie odwrócić od siebie jego uwagę.
Znając prawdziwy powód, dla którego Kazuma ożenił się z siostrą Strażniczki, można by pomyśleć, iż uda, że nie widzi tego sztucznego uśmiechu i po prostu odpowie na pytanie, jednak Shin wcale nie zamierzał tak postępować.
Podszedł do jednej z kanap stojących w salonie i usiadł na niej, po czym przywołał do siebie dziewczynę. Kiedy już usiadła, ciesząc się w duchu, że udało jej się zmienić temat, mężczyzna spokojnym głosem oznajmił:
- Teraz powiesz mi, co się stało.
Westchnęła ciężko, wbijając wzrok w ułożone na kolanach dłonie. Powinna mu powiedzieć? Czy też może zatrzymać to dla siebie?
- Przecież mówiłam, że nic – odpowiedziała z opanowaniem.
Pokręcił głową i uniósł jej podbródek, by spojrzeć głęboko w duże, bursztynowe oczy, które nie potrafiły kłamać tak dobrze jak ich właścicielka.
- Mnie próbujesz oszukać? – Uśmiechnął się pobłażliwie. – Oboje doskonale wiemy, że nie uronisz ani jednej łzy bez wyraźnego powodu. Poza tym… pianino. Gdyby nic się nie stało, nawet nie spojrzałabyś w jego kierunku.
Jenn skinęła na potwierdzenie jego słów.
Wszystko, co mówił było prawdą. Nigdy nie rozklejała się z byle powodów. Zawsze była silna, nie okazywała słabości. A pianino… kochała je. Całą duszą je kochała, jednak równie mocno go nienawidziła. Sam widok instrumentu przywoływał jej wspomnienia dwóch radosnych dziewczynek grających na cztery ręce jakąś pogodną melodię…
- Powiesz mi, co się stało?
Jeszcze raz kiwnęła głową,
Żona Kazumy nie należała do osób, którym z łatwością przychodziło dzielenie się swymi uczuciami. Nie potrafiła i nie chciała mówić innym o tym, co działo się w jej sercu, lecz jeśli chodziło o Shina… on miał w sobie coś, co sprawiało, że musiała się mu zwierzyć. Nie wiedziała co to takiego. Może wampirza krew? A może spojrzenie, w którym czaiła się obietnica zrozumienia?
Wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić. Odpowiednie słowa zdawały się same dobierać i  tworzyć zdania.
Shin uważnie przysłuchiwał się wyznaniom dziewczyny. Zagubienie lśniące w bursztynowych oczach, ułożenie ust, ledwie słyszalne drżenie głosu, gdy mówiła o matce... to wszystko wzbudzało w mężczyźnie niepokój. Jasnowłosa w rzeczywistości nie była złą osobą i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby tylko poszła za głosem serca, wybaczyłaby rodzinie i wróciła do niej. A do tego nie mógł dopuścić. Przez cały czas dolewał oliwy do ognia, podsycał nienawiść Jennifer, a teraz… teraz miałby pozwolić na to, by wszystko poszło na marne? Nigdy!
Kiedy skończyła mówić, otarł łzę która spływała po jej policzku i z wymalowaną na twarzy troską, objął ją delikatnie.
- Moje biedactwo… - szepnął, głaszcząc ją po głowie. – Jak ona mogła tak grać na twoich uczuciach? To takie okrutne…
- C-co takiego? -  Jennifer ledwie mogła wydobyć z siebie głos. O czym on mówił? Czy… czy to możliwe, by...
- Chciała wywołać w tobie wyrzuty sumienia. Chciała, byś poczuła się winna. Nie widzisz? Przecież od początku do tego zmierza. Liczy, że wyrzuty sumienia sprawią, iż zostawisz swą zemstę, przestaniesz walczyć o to, co ci się należy i skruszona wrócisz do domu.
Słysząc słowa męża, odsunęła się od niego, by obdarzyć go pełnym niedowierzania spojrzeniem. Alice Cage? Jej matka? Ta łagodna i ciepła kobieta, tak krucha, że momentami wydawała się nierealna? Czy byłaby do tego zdolna…? Żal ścisnął ją w gardle.  
Wampir przyglądał się jej dokładnie. Widząc emocje, które malowały się na jasnej twarzy dziewczyny, miał ochotę się uśmiechnąć. Właśnie takiego efektu oczekiwał. Ten ból, smutek, żal… wszystko wskazywało na to, że mu uwierzyła.
- Nie płacz już – poprosił, widząc łzy na policzkach żony. – Musisz mi ufać. Mów mi wszystko, nawet to, co wyda ci się nieważne, a wtedy ja nie pozwolę cię skrzywdzić. Zgoda? – spytał, kładąc dłonie na jej ramionach.
Jennifer pociągnęła nosem i kiwnęła głową na znak, że się zgadza. Kazuma uśmiechnął się delikatnie i przytulił ją do siebie. Znowu panował nad sytuacją.
<***>
Chłodny wiatr przeszywał aż do szpiku kości, a powietrze było tak ciężkie i wilgotne, że wydawało się bardziej szare niż przejrzyste.
Aika okryła ramiona kocem i stanęła na werandzie, czekając na swoją małą podopieczną. Po kilku minutach zza zakrętu wyłoniła się drobna postać skacząca radośnie wokół przyjaciółki Kiyokuro. Kiedy tylko zobaczyła Aikę, natychmiast wyprzedziła swoją siostrę i pobiegła w jej kierunku.
- Neechan! – zawołała i rzuciła się na dziewczynę, niemal zwalając ją z nóg.
Szatynka zaśmiał się i pogłaskała Rinę po blond włosach. Po chwili obok pojawiła się też Rika. Popatrzyła tylko z dezaprobatą na młodszą siostrę, po czym zwróciła się do przyjaciółki:
- Jeszcze raz bardzo ci dziękuję.
- Drobiazg – odparła, nawet nie próbując odlepiać od siebie siedmiolatki.
- A ty – wskazała palcem na imotou – masz być grzeczna, jasne? Jeśli Aika mi się na ciebie poskarży, już nigdy nie pozwolę ci do niej przyjść – zagroziła.
- Akurat! Będziesz chciała gdzieś jechać i znowu przyjdę do neechan! – Rina wytknęła język w kierunku siostry i mocniej zacisnęła rączki wokół talii Aiki.
Nastolatki spojrzały najpierw na siebie, a potem na najmłodszą.
- Jeśli piśniesz choć słówko mamie… - zaczęła z groźbą wymalowaną w błękitnych oczach.
- Zastanowię się – odparła zanim Rika skończyła mówić.
- Spokój! – zarządziła Kiyokuro, a na jej polecenie obie Mori umilkły.
Rika jeszcze raz podziękowała Aice i ruszyła w swoją stronę. Rina machała siostrze, dopóki ta nie zniknęła za zakrętem.
- To co, idziemy do domu, Rina-chan? – spytał, uśmiechając się do dziewczynki.
Mała pokiwała główką i poszła za szatynką ku wejściu. Zdjęła z siebie płaszczyk i powiesiła go na wieszaku, po czym, zostawiając swój bagaż na korytarzu, pobiegła do salonu.
- A może najpierw przygotujemy ci pokój, co?
Blondynka, która już zdążyła wskoczyć na kanapę, odwróciła się w kierunku Aiki.
- A upieczemy potem ciasteczka? – zapytała z promiennym uśmiechem i żywymi iskierkami w niebieskich oczkach.
Kiyokuro zgodziła się, więc Rina pobiegła po swoją torbę zostawioną na korytarzu i w okamgnieniu znalazła się przy schodach, czekając na Aikę.
Niszczycielka pokręciła głową, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. W tym dziecku zawsze było tyle energii… A jakby tego było mało, przy Rinie każdemu poprawiał się nastrój. Dziewczynka aż zarażała radością.
Kiedy weszły już na górę, szatynka odruchowo spojrzała na drzwi prowadzące do sypialni matki. Co jeśli Rinie przyjdzie do głowy tam zajrzeć? Poprosiła małą, żeby poszła przodem, a sama uchyliła drzwi pokoju Mari i sięgnęła po klucz lezący na szafeczce, która stała tuż przy wejściu, po czym przekręciła go w zamku. Schowała kluczyk w kieszeni spodni i weszła do pokoju gościnnego.
Mori siedziała na krześle przy biurku i grzecznie czekała na swoją opiekunkę. Aika z szuflady wyciągnęła pościel i zaczęła zaścielać łóżko, słuchając przy tym opowieści Riny o szkole.
- ... i wiesz, Yasuo-kun tak mnie zdenerwował, że aż mu powiedziałam, że go nie lubię! – zakończyła swoją opowieść i z założonymi rękami czekała na reakcję swojej przybieranej oneesan.
- A nie lubisz?
- Lubię… -  mruknęła, przebierając wiszącymi w powietrzu nogami.
- No to czemu mu powiedziałaś, że go nie lubisz? – Usiadła na skraju przygotowanego już łóżka.
- Neechan, ty mnie w ogóle nie słuchasz! Przecież powiedziałam, że mnie zdenerwował!
Szatynka pokiwała głową z powagą, starając się nie roześmiać. Ach, jak bardzo chciałaby znowu być dzieckiem!
Miała zamiar już coś odpowiedzieć, kiedy do jej uszu dobiegł dźwięk zatrzymującego się samochodu. Nikt pewnie nie zwróciłby na to uwagi, ale zaniepokojona Aika podniosła się z łóżka. W końcu mieszkała przy samym lesie, tędy praktycznie nikt nie jeździł. Podeszła do okna, a jej oczom ukazało się czarne, eleganckie auto stojące przy samej furtce.
- Kochanie, dopóki cię nie zawołam, nie wychodź stąd, dobrze? – rzuciła w stronę blondyneczki, na co ona odpowiedziała coś w stylu: „Hai, neechan.” i zajęła się wyciąganiem rzeczy ze swojej torebki.
Wyszła z pokoju i zamknęła za sobą drzwi, po czym zbiegła po schodach. Odgłos pukania rozchodził się już w chwili, gdy była w połowie stopni, a teraz stawał się coraz bardziej nerwowy, jakby osoba stojąca za drzwiami była oburzona tym, że musi czekać.
Aice wcale się to nie podobało. A co jeśli to ktoś niebezpieczny? Przecież miała pod swoją opieką Rinę… Spokojnie, otwórz… - szepnął Whisper.
Kiyokuro wzięła głęboki oddech i odsunęła zasuwę, po czym niepewnie nacisnęła klamkę.
W drzwiach stała dziewczyna. Idealnie ułożone kasztanowe loki okalały jej śliczną, bladą jak płótno twarz, w której lśniły duże, zielone oczy.
- Konnichi-wa. Kiyokuro-san? – zapytała ze sztucznym uśmiechem na karminowych ustach.
Szatynka kiwnęła głową. Ta pewność siebie bijąca od dziewczyny, ta niewymuszona subtelność i dostojność w ruchach… Nie musiała czekać, aż się przedstawi. Już wiedziała, z kim ma do czynienia.
- Ja nazywam się Natsumi Sora – oznajmiła spokojnym tonem, potwierdzając tym samym przypuszczenia Niszczycielki.
- W takim razie, proszę wejść, Sora-san. – Aika przepuściła dziewczynę w drzwiach i zamknęła je za nią. – Proszę za mną – powiedziała, wyprzedzając ją i idąc w kierunku salonu. Czuła na sobie oceniające spojrzenie Sora, jednak postanowiła to zignorować. – Kawy, herbaty? – spytała, wskazując dziewczynie miejsce na kanapie.
- Nie zabawię tu aż tak długo. – Posłała Aice niby to przepraszający uśmiech.
Och, jak mi przykro… pomyślała, wpatrując się w nieproszonego gościa. Usiadłszy na fotelu, czekała, aż Natsumi postanowi podać cel swojej wizyty.
- Pewnie nie domyślasz się, co mnie sprowadza – mruknęła, mierząc gospodynię spojrzeniem, w którym można było ujrzeć pogardę. – Otóż, przychodzę tutaj tylko i wyłącznie przez wzgląd na mojego brata…
Szatynka oparła brodę na dłoni. Co też miała jej do powiedzenia siostra Haruo?
Natsumi przymknęła oczy, a gdy je otworzyła i spojrzała na Aikę, Kiyokuro wiedziała już, że koniec ze sztuczną uprzejmością.
- Myślisz, że długo jestem w stanie patrzeć na to jak mieszasz go z błotem? – syknęła.
Ach, więc o to chodzi…  przeszło jej przez myśl, a cień wyrzutów sumienia, który miała w związku z tym, jak go potraktowała, zupełnie zniknął.
- Pragnę zauważyć, że jest mieszany z błotem na własne życzenie. Ja prosiłam, żeby mi dał spokój, naprawdę nie chciałam robić mu przykrości. Nie dał – proszę bardzo!
Natsumi prychnęła i pokręciła głową, nie mogąc uwierzyć, że ma do czynienia z aż tak ciężko myślącym stworzeniem. Miała ochotę w kilku zdaniach powiedzieć Aice co o niej myśli i co jej zrobi, jeśli jeszcze raz Haruo będzie przez nią cierpiał, jednak powstrzymała się. W końcu nie chciała, by Kiyokuro wyrzuciła ją za drzwi.
- Powiedz… jak myślisz, dlaczego cię po prostu nie zostawił? – zapytała ze spokojem, którego utrzymanie wymagało od niej niemałego wysiłku.
- Po usłyszeniu odmowy stwierdził, że „ciężko znosi odrzucenia” oraz sprawi, iż zmienię zdanie.  I co ja mogę myśleć? – odpowiedziała pytaniem.
Natsumi zamilkła. Cóż, jakby nie patrzeć, rzeczywiście mogła to tak odebrać… Chociaż, myśląc logicznie, gdyby chodziło tylko o dumę, nie pozwoliłby przez tyle czasu tak się traktować.
- No dobrze, w pierwszej chwili rzeczywiście mogłaś pomyśleć, że chodzi o dumę, ale potem? Zlitujże się! Który facet przymykałby na coś takiego oko?! Zastanów się dobrze, dlaczego ignorował wszystkie twoje złośliwości?
Kiyokuro zmarszczyła brwi, patrząc na dziewczynę.
- Właściwie, to po co tu przyszłaś? – syknęła, mrożąc Sora spojrzeniem.
Przechodzi do ataku… zupełnie jakby nie mogła albo nie chciała znaleźć odpowiedzi… Żałosne. pomyślała Natsu i uśmiechnęła się drwiąco.
- A tyle się nasłuchałam jaka to cudowna, bystra i inteligentna jest Kiyokuro… Cóż albo dziś masz gorszy dzień, albo jesteś przereklamowana. Czy to nie oczywiste? Przyszłam cię uświadomić.
- Uświadomić? A czego ty mnie możesz uświadamiać? – mruknęła, puszczając mimo uszu tę pierwszą uwagę.
- Na przykład tego, jak wiele w tym momencie tracisz. Ktoś taki jak Haruo zdarza się rzadziej niż rzadko. Może nie dopuszczasz do siebie tej myśli, ale on praktycznie nie ma wad. Jest idealny i twoje życie zamieniłby w bajkę. Nie rozumiem tego, ale NAPRAWDĘ mu na tobie zależy. Odrzucając go, robisz największą głupotę o jakiej słyszałam. – Zatrzymała się, by wziąć głębszy oddech oraz dać chwilę Aice na przyswojenie swoich słów. – Poza tym, ranisz go, a ja nie pozwolę na to, by ktokolwiek krzywdził Haruo, jasne? Jeśli jeszcze raz z twojej winy będzie cierpiał, zemszczę się, a moja zemsta nie będzie krwawa. Znam o wiele bardziej eleganckie sposoby, by cię zniszczyć – zakończyła i uśmiechnęła się słodko niczym niewiniątko. – Mam nadzieję, że się zrozumiałyśmy?
Szatynka pokiwała głową. Co ta dziewczyna sobie wyobrażała?! Przychodziła do jej domu i ośmielała się wypowiadać takie słowa! Chętnie odpowiedziałaby Sora, ale po co? Wolała po prostu pozbyć się Natsumi i mieć święty spokój.
- Czy to już wszystko? – spytała, wymuszając słaby, uprzejmy uśmiech.
Siostra Haruo obdarzyła ją krzywym spojrzeniem i skinęła.
- Hai. Przekazałam ci to niezwykle uprzejmie i jeśli tego nie docenisz, obiecuję ci, że następnym razem nie będę tak miła. Mam nadzieję, że choć przez chwilę się nad tym zastanowisz. – Podniosła się z miejsca Chociaż szczerze w to wątpię…
Aika wstała, by odprowadzić dziewczynę do drzwi.
- A, i jeszcze jedno. Ani mi się waż wspominać Haruo o tym, że tu byłam, jasne? – dodała, po czym, nawet nie czekając na szatynkę, ruszyła w stronę wyjścia.
Kiedy tylko usłyszała trzask zamykanych drzwi i warkot silnika odjeżdżającego samochodu, odetchnęła z ulgą. Boże, co za straszne babsko! przeszło jej przez myśl, gdy znowu opadała na fotel.
Chociaż… może jednak warto się zastanowić nad tym, co powiedziała? Może ona miała rację? Energicznie pokręciła głową. Oczywiście, nie mogła tego tak zostawić, gdyż  wyrzuty sumienia nie dałyby jej spokoju, ale postanowiła, że zajmie się tym później. W końcu teraz miała na głowie…
- Neechan, mogę zejść? – Jak na zawołanie u szczytu schodów pojawiła się Rina.
- Tak, kochanie, chodź. – Posłała jej uśmiech.
Blondyneczka zbiegła na dół i w okamgnieniu znalazła się na kolanach Aiki.
- Możemy teraz upiec ciasteczka? – spytała, a błękitne oczka zalśniły niczym dwie gwiazdy.
Pokiwała głową, a Rina z radosnym okrzykiem zeskoczyła na podłogę i pociągnęła ją w stronę kuchni. Wszystkie inne sprawy będą musiały poczekać.
<***>
Ostatnie liście wraz z deszczem miękko opadały na ziemię. Niby nie było w tym widoku nic specjalnego, lecz sprawiał, że w serce dhampirki wdzierał się smutek, żal i tęsknota nie wiadomo za czym. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, iż mocniej ścisnęła ramię nekromanty, z którym spacerowała po miasteczku. Usłyszała ciche westchnięcie i podniosła nieco głowę, by móc spojrzeć pytająco na Hiroshiego.
- Jesteś niewdzięcznicą, moja droga – oznajmił ze smutkiem w głosie.
- Nande? – mruknęła, marszcząc brwi. O co mu mogło chodzić tym razem?
- Ja się tak staram, a ty jak zwykle wyglądasz jak chodzące nieszczęście. Ludzie jeszcze pomyślą, że masz taką minę, bo ci krzywdę robię… - Westchnął ciężko, wznosząc zbolałe spojrzenie ku górze niczym męczennik.
Hiou wbiła wzrok w ziemię, by po chwili szepnąć:
- Wiem, przepraszam…
Hiroshi stanął w miejscu, zmuszając do tego samego brunetkę. Lekko zdziwiona, uniosła oczy na swojego towarzysza. Stał teraz naprzeciw niej, wystarczająco blisko, by móc ją objąć, czy pocałować, lecz zamiast tego po prostu wpatrywał się w nią jakby była zagadką do rozszyfrowania. Przez chwilę mierzyła się z nim spojrzeniem, ale gdy tylko na twarz nekromanty wypłynął delikatny uśmiech, speszona zwiesiła głowę i schowała się po sam czubek nosa w wysokim kołnierzu płaszcza.
Ach! Tak wiele uczuć targało jej sercem, gdy znajdowała się przy nim! Z jednej strony czuła, że nie znajdzie lepszego przyjaciela. Hiroshi był po prostu idealny. Troskliwy, pełen optymizmu, którym zarażał, ale jeśli trzeba również poważny i wyrozumiały… a w dodatku był jedynym chłopakiem, którego obecność jej nie stresowała. Jego uśmiech rozjaśniał nawet najbardziej pochmurny dzień, a oczy… chciałaby móc patrzeć w nieskończoność w ten błękit nieba i zieleń morza, które w sobie łączyły… Lecz czy jeśli chodzi o nią, to nadal jest przyjaźń? W końcu czy na widok przyjaciela puls tak gwałtownie przyśpiesza? Czy to uczucie, które tak rozgrzewa jej serce i sprawia, że chciałaby bez przerwy czuć przy sobie jego obecność można nazwać „przyjaźnią”? A jeśli… jeśli się… zakochała? Co wtedy? Przecież ma tylko niecałe dwa miesiące! Co potem? Co jeśli faktycznie zaznałaby szczęścia? Czy wtedy potrafiłaby przeżyć wieczność u boku tego potwora, za którego ma wyjść?.. Chociaż, kto powiedział, że dane jej będzie szczęście? Przecież Hiroshi nie powiedział, że czuje to samo, co ona. A przynajmniej nie bezpośrednio…, przeszło jej przez myśl. Bo czy patrzyłby tak na nią gdyby nic dla niego nie znaczyła? Czy okazywałby jej tyle ciepła?.. Pokręciła głową, przymykając oczy. Zupełnie już się w tym wszystkim pogubiła. Chciałaby znaleźć odpowiedź, chciałaby móc wszystko wyjaśnić… Ale jak?
- Aya – cichy głos nekromanty sprawił, że wróciła do rzeczywistości. – Mam wrażenie, że chodzą ci po głowie jakieś głupoty – oznajmił z delikatnym uśmiechem, unoszą podbródek dziewczyny ku górze.
- Ja… ja myślę… - zaczęła, nie bardzo wiedząc co powinna powiedzieć.
- Co myślisz?
Zamilkła. Nie potrafiła od tak sobie wyznać wszystkiego, co działo się w jej sercu. Może kiedyś… ale czy „kiedyś” nie będzie za późno? Przygryzła wargę i spuściła wzrok.
- Rozumiem. Jeszcze nie czas. – Kiwnął głową i uśmiechnął się pogodnie.
Przestało padać, a gęste chmury nieco się przerzedziły, dzięki czemu świat od razu nabrał jaśniejszych barw. Ludzie wokół złożyli parasole, lecz nie chowali ich świadomi, że za chwilę deszcz może powrócić. Chłodny wiatr zamiast przeszywać do szpiku kości delikatnie orzeźwiał… Z jakiejś kawiarenki w pobliżu płynęła muzyka… Było po prostu pięknie.
- Masz ochotę zatańczyć? – spytał ni z tego, ni z owego.
- N-nani? – Zamrugała parę razy z zaskoczenia. Zanim zdążyła się zastanowić, Hiroshi rzucił parasol na najbliżej stojącą ławkę i pociągnął ją za sobą. Boże, oszalał!, pomyślała i mimo woli uśmiechnęła się subtelnie. Teramoto objął ją delikatnie i poprowadził w takt muzyki. I to był koniec. Zniknęło wszystko. Ludzie, miasteczko, cały świat, który ich otaczał…
- Wiesz co? – szepnęła, odchylając się lekko, by móc na niego spojrzeć.
- Mhm?
- Wariat z ciebie – oznajmiła i znowu wtuliła się w niego. I chyba właśnie za to cię… kocham.,  dodała w myślach.
Czuła się tak lekka… jakby nie miała żadnych zmartwień. Jakby nie istniała żadna przyszłość. Jakby było tylko „tu” i „teraz”…
Teramoto oparł policzek o głowę Ayi, uśmiechając się przy tym z czułością. To, że stanie się dla niego tak ważna czuł już w chwili, gdy ujrzał ją na cmentarzu, a przeczucie nigdy go nie myliło. Teraz trzymał w swoich ramionach największy skarb. Miałby pozwolić komuś ją skrzywdzić? Za nic! A Shirahime? Na samą myśl, że to ścierwo miałoby położyć łapy na Ayi krew się w nim gotowała. Na pewno wiedział jedno: ten facet jest martwy. I już on osobiście o to zadba…

<***>
Witam!
Tak, tak i jeszcze raz tak, rozdział miał być wieki temu... ale moje plany nie zawsze wypalają. Wybaczacie mi, nie? <3
Kolejny rozdział się pisze. I pisze się całkiem fajnie, także jest NADZIEJA, że szybko się ukaże...
Dziękuję za komentarze, jesteście naprawdę cudowne. Sama mam wiele zaległości, za które bardzo, bardzo przepraszam... ale nie wiem kiedy uda mi się nadrobić...
Jeszcze raz za wszystko przepraszam!

Pozdrawiam- Andzik

7 komentarzy:

  1. Dobra, ekstremalnie długi komentarz to raczej nie będzie, ale może to i dobrze, bo zdarza mi się wypisywać takie głupoty, że oszaleć można. Na wstępie napomknę, iż miło było WRESZCIE, po tylu DŁUGICH TYGODNIACH, A NAWET MIESIĄCACH coś u Ciebie przeczytać. :P

    Oho, to faktycznie musiało być dziwne uczucie - Aika od jakiegoś czasu (w sumie jakiego? zupełnie pogubiłam się w czasie ;_;) była „męczona” (zależy od punktu widzenia xD aczkolwiek mnie osobiście też by szlag trafił) przez Haruo, a tu nagle długo wyczekiwany spokój. Życie jak w Madrycie, co?
    Za „Gomen, sensei” pewnie by Cię w Japonii zabili. xD *głowa nabita keigo i ogólnie zawiłą honoryfikatywnością japońską*
    Jeny, Aya jest naprawdę beznadziejną kłamczuchą. Zupełnie jak ja - i nie wiem, czy się z tego cieszyć, czy też nie. Ale chyba cieszyć, to jeden z powodów, dzięki którym nie kłamię i nie muszę potem mieć wyrzutów sumienia. :D Swoją drogą, to takie miłe, że Aika się zmartwiła stanem Ayi. Znają się od niedawna, niewiele o sobie wiedzą (szczególnie, jak zauważyła Aya, Aika o niej) i w ogóle… Jakby nie patrzeć, w Aice wciąż jest wiele empatii, może nie powinna aż tak się martwić tym „odczłowieczaniem się”, choć różnie może być i pewnie będzie musiała się starać, by być prawdziwą, stuprocentową sobą.
    Ciekawe, co tam Aya bazgrała w zeszycie. xD (Czy Ty też zabijasz czas na lekcjach rysując? Jejku, jak widzę, jak ślicznie niektóre koleżanki ze studiów rysują, robię się zazdrosna! *.*)

    Wyrzuty sumienia - kolejny dowód na to, że z Aiką nie jest jeszcze tak źle. ~.^
    Żal mi Riki, bo o niczym nie ma pojęcia - znaczy dobrze, że może sobie żyć w niewiedzy, ale pewnie ciężko jej z Aiką. No i Aiki oczywiście też mi żal - z wielu różnych powodów, raczej oczywistych. Ech, to się porobiło w jej życiu… A mimo tylu spraw na głowie zgodziła się zająć Riną. No, trochę pomógł jej w tym Szept. Też zauważyłam, że ostatnio odzywa się rzadziej niż w początkowych rozdziałach opowiadania (nie pamiętam, czy przypadkiem już o tym nie wzpominałam jakoś ostatnio). I wciąż się zastanawiam, kim/czym on jest, ale cóż, mam nadzieję, że prędzej czy później ta zagadka się rozwiąże.

    Jenn i Shin to jedne z moich ulubionych postaci. Jennifer ma totalnie przerąbane, ale po części na własne życzenie, bo wystarczyłoby, jak to chyba ujął Shin, żeby poszła za głosem serca, a wybaczyłaby wszystko rodzinie i mogła z nią znów żyć, w szczęściu i dostatku, otoczona bezinteresowną miłością. Cała jej rodzina jest przecież tak czuła i w ogóle, na pewno przyjęłaby ją z powrotem i się z tego cieszyła. Na początku może co poniektórzy baliby się, czy dramat rodzinny aby na pewno się skończył, ale wszystko zmiarzałoby ku lepszemu, tak myślę. Być może Jennifer gdzieś głęboko w sobie ma nawet tę świadomość, ale duma, upór i „Och, do cholerci, jestem taka biedna!” nie pozwalają jej tych dobrych uczuć wyzwolić. To naprawdę niepokojące, jak bardzo się z tą dziewczyną utożsamiam. ^^’ Choć jest bardziej naiwna ode mnie (ekhem, przynajmniej mam taką nadzieję), ale z drugiej strony - to dzieciak (bez urazy, bo chyba jest w Twoim wieku, nie? ^^’), więc ma jeszcze do tego prawo. Chciałabym, by koniec końców przejrzała na oczy i zawróciła z obranej ścieżki, póki to jeszcze możliwe i nie została jeszcze bardziej zraniona, ale obawiam się, iż to nie wypali i zgotujesz jej niefajną, łagodnie mówiąc, przyszłość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To teraz przejdźmy do Shina. Uwielbiam gościa (Suzu, nie bij mnie znowu! Pamiętaj, że jestem starą, schorowaną babcią!), co już chyba wspominałam w poprzednim komentarzu. Jest świetny w tej swojej grze pozorów (którą i Kao, i ja uwielbiamy, jak zapewne zauważy każdy czytelnik VK i VN), ma cierpliwość świętego (jak głupio by to w tym zestawieniu nie brzmiało) i tak cudownie nic sobie nie robi z opinii społeczeństwa… Jest w stanie zrobić wszystko, byle tylko osiągnąć cel, ale jednocześnie to „wszystko” robi w wyrafinowany, spokojny, ostrożny, przemyślany sposób. No cudeńko. Porozpływałabym się na nim więcej, ale wówczas nie dożyję do Nowego Roku. ~.^ Dla czystego sumienia (*przewraca oczyma*) napomknę, że oczywiście jest chamem i stryczek mu się należy (oby niezbyt prędko! *nie mogła się powstrzymać*)! Współczuję Jenn z całego serca, choć póki co na swój sposób nie jest jej tak źle, jak by mogło być, bo bądź co bądź Shin o nią dba (tak, wiem, że robi to tylko przez wzgląd na postawiony sobie cel), więc może czuć się przez kogoś „zrozumiana”. Gorzej będzie, kiedy już (jeśli?) zorientuje się, jak jest naprawdę. Wtedy jej rozpacz/gniew (bądź jedno i drugie) będzie spotęgowane…
      Ech, tragedia, jednym słowem! ;_;

      Rina jest urocza, jak to zazwyczaj bywa z dziećmi. Od razu przyszedł mi na myśl mój brat, który w sobotę skończy osiem lat. :) A skoro już o Rinie mowa, rozmowa o Yasuo-kunie powinna dać Aice do myślenia, bo sytuacja tych dwoje siedmiolatków niebezpiecznie przypomina tę Aika&Haruo. :P Do czego to doszło, żeby szesnastolatkowie zachowywali się jak dzieci z pierwszej klasy podstawówki? xD
      Uu, a skoro już tyle tu „siostrzanych” wyrazów z japońskiego, muszę się przyczepić (przepraszam, choroba zawodowa) - „neechan” jest okej, bo jest tam przedłużenie „e” (choć „bardziej poprawny” zapis to „ē”), ale nie jesteś konsekwentna, bo już w „onesan” przedłużenia nie masz. A powinno być. I w „imoto” również -> „imōto” (bądź ewentualnie „imouto”). Wiem, że my też na początku tak pisałyśmy, może to stąd, ale cóż, teraz mam alergię na takie rzeczy. ^^’ Widzisz, co studia robią z człowiekiem? :/
      Dobra, już nie jęczę, tylko szybciutko przechodzę do Natsumi. Kao byłaby zachwycona takim autkiem. xD Ogólnie Natsu jest świetna. Szok, że tak spokojnie wszystko Aice wyłożyła, może być z siebie dumna! xD Nie do końca wiem, po czyjej stronie stanąć, bo z jednej strony doskonale rozumiem Natsu - w końcu jakieś babsko krzywdzi jej brata, no heloł! (nie wierzę, że to napisałam) - z drugiej, nie dziwię się Aice, że ma dość Haruo (choć nadal jestem za tym, by się z nim zeszła!), no bo sama też bym z takim długo nie wytrzymała. Serio, gdyby oboje się postarali, mógłby z tego być śliczny happy end, ale póki co jedno i drugie popełnia błędy, przez co doprowadzają siebie nawzajem do szału/rozpaczy. A wracając jeszcze do Natsu… No ciekawa jestem, co zrobi, jeśli Aika nie pójdzie po rozum do głowy. xD

      Usuń
    2. No i dobrze, nie byłabym sobą, gdybym nie zatrzymała się na dłużej przy Hiroshim, prawda? Tylko, kurczę, trochę mi ciężko z pewnych względów i nie wiem, co z tego wyjdzie. O ile scenki z nim zawsze wprawiały mnie w szaleńczy chichot, o tyle ta doprowadziła mnie do łez (niestety dosłownie, przyznaję się). Nie wiem, może ostatnio znów zbyt łatwo się wzruszam, nieco podobnie było z taką jedną scenką u Suzu, ale tam w trochę innym kontekście. W każdym razie, żeby nie było - scenka zacna, przeurocza i chwytająca za serce! No, w sumie jak się skupię na samym opowiadaniu, odrzucając w kąt jakieś osobiste sprawy, to może uda mi się coś konkretnego (?) napisać. A więc tak (uch, to „a więc” na początku zdania!): nic się nie zmieniło, to nadal najsłodsza para tego opowiadania. No po prostu ryjek się śmieje, a skute lodem serce nagle topnieje, ot tak, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
      „(…)tęsknota nie wiadomo za czym” (tak, tak, brakuje spacji, bo „nie wiadomo” pisze się osobno) - Oj, chyba jednak wiadomo za czym! Niestety, to trochę nieuchwytne w sytuacji Ayi - a przynajmniej tak jej się wydaje (no, mnie również by się tak wydawało - ach, ten pesymizm :/). Przykre… Mam nadzieję, iż mimo wszelkich przeciwności w końcu dogoni „to coś” i zazna w życiu trochę szczęścia, bo, jak każda Aya, ma ździebko przekichane. ^^’ Jejku, mój nick powinien się już w naszych kręgach stać zamiennikiem słowa „nieszczęście”. xD
      Aya niewdzięcznicą? Zgadzam się! Choć obecnie już zdaje sobie sprawę z tego, co czuje, więc jest, panie i panowie, wielki postęp! *rozlegają się brawa* Ech, przy tym krótkim dialogu na początku się uśmiechnęłam i zachichotałam, ale potem, przy przeprosinach Ayi, zamarłam i to był w sumie ten pierwszy cios w kierunku mojego załamania nerwowego. No bo w normalnej sytuacji Aya pewnie rzuciłaby jakąś kąśliwą uwagę czy coś, wszak tych dwoje uwielbia się droczyć małymi złośliwościami, a tutaj taka powaga i smutek, tak doskonale wyczuwalny, choć nieopisany wprost. Ot, spuszczenie wzroku i szept… Naprawdę ogarnął mnie taki żal… Co jest oczywiście idiotyczne, zważywszy na to, że to tylko opowiadanie, ale co ja poradzę, że tak się wczuwam? Podobnie jest jak piszę, o kimkolwiek w sumie. Zawsze JESTEM postacią, o której piszę i czuję to co ona. Nieważne, czy mowa o Ayi czy Tamakim (specjalnie podaję dwoje zupełnie różniących się bohaterów). Po prostu jestem tą osobą i tyle. I kiedy czytam, jest podobnie, choć nie zawsze, bo to zależy od tego, w jaki sposób jest napisane „dzieło”, do którego zaglądam. Bo nie każda książka, nie każde opowiadanie tak na mnie działa. Ale Twoje - na szczęście lub nie, ciężko się zdecydować - owszem.
      Jejku, jak tak Hiroshi po prostu patrzył na Ayę, znów się wzruszyłam. To takie cudownie niewinne i słodkie, ale na swój sposób intymne (bez dziwnych skojarzeń) - po prostu czuć tę bliskość i więź między nimi. (A przecież znają się od niedawna, nie? Ile to właściwie trwa? I jak już wypytuję, to kiedy, kurczę, zdradzisz, ile właściwie Hiroshi ma lat?! To jedna z wielu rzeczy, które nie dają mi spokoju!) A jak już jestem przy tym akapicie - tym razem wysoki kołnierz płaszcza zamiast szalika? xD Miałaś to napisane przed naszą „fejsbukową” rozmową czy też to zdanie zostało nią zainspirowane? xD Swoją drogą, jak już weszłam na nasz stały szalikowy temat, to przyznam, że też czasem zdarza mi się chować w kołnierzu, a nie w szalu (ale to tylko wtedy gdy nie jest zbyt zimno). Mimo wszystko wolę szalik, mogę się w nim zakopać po nos!

      Usuń
    3. Uch, no i dalej mamy przemyślenia Ayi. Krótko, zwięźle i na temat. Przejrzała wreszcie na oczy, choć niczego nie jest jeszcze do końca pewna, ale cóż, to normalne, tak myślę. Hejtować już jej nie będę tak jak ostatnio, bo postępy są - i to spore! Ale, kurczę, to tak słodkie i jednocześnie przejmująco smutne… Mogłabym się tu rozpisać - serio - ale wolę nie, bo prędzej czy później weszłabym na tematy osobiste, a wolę tego nie robić. Więc: cieszę się, że Aya wreszcie coś sobie uświadomiła, ale żal mi jej, bo żyje ze świadomością, że za dwa miesiące to wszystko się skończy i jej życie stanie się koszmarem. Okropieństwo…
      „Mam wrażenie, że chodzą ci po głowie jakieś głupoty” - kurczę, tu od razu chcąc nie chcąc przyszło mi na myśl VN. Ktoś powiedział coś bardzo podobnego. Chyba Kairen do Kanaru… *zastanawia się* Na chwilę zbiło mnie to wczoraj z tropu (dosłownie na chwilę, bo zaraz potem znów chciało mi się ryczeć).
      Jejku, i Hiroshi znów nie naciska. Jest tak cudownie cierpliwy i pełen empatii… No ideał, co tu dużo gadać. T^T Wariat, bo wariat, ale wspaniały. ;_;
      A ten taniec… Umarłabym ze wstydu (toć tam ludzie byli! D: ), ale pewnie głównie przez wzgląd na to, iż totalnie nie umiem tańczyć, o poczuciu rytmu już nie wspominając. ^^’ Ale Aya to inna sprawa. Jeny, oni są razem tacy uroczy… No nie mogę. Naprawdę mam ochotę machnąć różdżką i zamienić się z Ayą miejscami. Bo mimo wszystko jakoś nie mogę pozbyć się wiary - czy nawet przeświadczenia - że koniec końców doczeka się tego szczęścia, na które według Hiroshiego zasługuje. Nie twierdzę, że tak będzie - różne rzeczy się zdarzają, a w opowiadaniach to już w ogóle można polecieć, ale… Jakoś tak czuję. Po prostu. Przy Hiroshim wszystko wydaje się jakieś takie prostsze. A niemożliwe staje się możliwym.
      Ojojki! (Zaraziłaś mnie nimi!) Aya wypowiedziała… w myślach (xD) „to” słowo! Tak, tak, kocha go, jakżeby mogło być inaczej? Musiałaby być wariatką (większą od Hiroshiego xD), żeby nie zakochać się w takim cudzie. Ale mimo tej słodkiej, romantycznej otoczki, i tak na pierwszym miejscu zalał mnie smutek. Co ze mną jest nie tak? T^T
      Ostatni akapit stanowił gwóźdź do mojej trumny żałości. Ja bym się chyba dała pokroić za takiego Hiroshiego, wiesz? Mimo mojego stosunku do facetów i tak dalej. A to naprawdę wyczyn, by doprowadzić mnie do takiego stanu. Nie wiem, czy Cię za to kochać, czy nienawidzić. :P (Ale mocne słowa, gomen ne!) To wspaniałe, że Hiroshi otacza Ayę taką niesamowitą troską i miłością, choć jeszcze niewypowiedzianą wprost. No po prostu serce się kraje na myśl, że takich facetów raczej nie ma. A jak są, to dobrze się chowają. W każdym razie… Nie no, ciężko mi się wysłowić, bo miałam i mam mętlik w głowie, gdy o tym wszystkim myślę. Być traktowaną jak skarb… Kto by tego nie pragnął? Nawet najbardziej zatwardziała feministka zmiękłaby przy Hiroshim. No błagam!
      No, kochanie, bierz się do roboty, pozbądź się tego żałosnego ścierwa i pokaż Ayi, jak piękne może być życie, niech chociaż jeden z moich opowiadaniowych odpowiedników to poczuje! *znów zbiera jej się na płacz, ale ostatkiem sił cichutko dopinguje Hiroshiemu*

      Usuń
    4. Starczy, bo totalnie wymięknę. Przechodząc na chwilę do strony technicznej (nagła zmiana klimatu, a co, ile można marudzić): powtarzam to wszystkim dookoła do znudzenia, ale i tak nikt nie słucha albo tylko wydaje mu się, że słucha (xD) - w „zwłaszcza gdy/kiedy/jeżeli/jeśli/że” nie ma przecinka po „zwłaszcza”. To działa na takiej samej zasadzie jak „mimo że/iż”. ;)
      „Jeszcze raz kiwnęła głową,” - kliknął się przecinek zamiast kropki. xD „Kiedy skończyła mówić, otarł łzę która spływała po jej policzku(…)” - zgubiłaś przecinek przed „która”. „Szatynka zaśmiał się”, „(…)spytał, uśmiechając się do dziewczynki.” - „a” się zapodziało (albo Aika na chwilę zmieniła płeć xD). „(…)odparła zanim Rika skończyła mówić.” - przed „zanim” brak przecinka. ;) I ogólnie z tymi przecinkami różnie u Ciebie bywa, ale już mi się nie chce szukać kolejnych. ^^’ Co jeszcze wpadło mi w oko… O. Nie ma czegoś takiego jak „?..” Albo „…?”, albo „?...” (choć osobiście hołduję temu pierwszemu ~.^). Skąd to się ludziom wzięło, że piszą dwie kropki zamiast jednej lub trzech? :o

      Dobra, wystarczy, miało być krótko, a wyszło jak zwykle, jeny. Ale cieszę się, że nie mam zaległości w komentowaniu, tym bardziej, że doskonale zdaję sobie sprawę, że gdybym się nie rozchorowała, na komentarz czekałabyś co najmniej do „po świętach”.
      Mówisz, że kolejny rozdział się pisze - i to nawet fajnie? No miło słyszeć, tylko z tą nadzieją u Ciebie to ciężko. Ale będę łaskawa i daję Ci czas do Nowego Roku. xD (Co nie zmienia faktu, że wolałabym tyle nie czekać!) W przeciwnym razie zemsta będzie (nie)krwawa! *groźna mina*
      Cóż, pozostaje mi życzyć powodzenia…

      Jeny, muszę przestać się tak rozpisywać, bo oszaleję od dzielenia komentarzy na tyle części! >.<

      Usuń
  2. Dzięki za info!

    O! Cieszę się, że mam co poczytać! :D

    Ajajaja! Sora to ma fajną siostrę... W sensie-że stanie za nim murem. Zazdrosna jestem! Nie mam sióstr... ;( Choć pewnie narzekałabym, gdybym je miała xD Haha xD
    Tak w ogóle-Haruo to ciekawa osobistość... Mam nadzieję, że go nie uśmiercisz!
    Cóż, nie było Lucyferka... Szkoda. Ciekawe co by tym razem wymyślił...

    Jennifer-ładnie zmanipulowana przez męża... z gościa to niezły cwaniak jest... Przyznaję z niechętnym podziwem.

    Aya i Hiroshi-moja ulubiona parka! Jacy oni są słodcy! A Hiroshi i ten taniec! No super! Mrr... niedługo zacznę mruczeć jak kot z zadowolenia xD

    Cóż, ja nie Aya, nie napiszę... 4 (?) komentarzy xD Bardzo wyczerpujących zapewne xD Musisz mi to wybaczyć ^^

    Hm... Zastanawiałam się, czy mam coś jeszcze do powiedzenia, ale chyba nie...

    Jeszcze raz dzięki za info! Pozdro i weny!

    K.L.

    OdpowiedzUsuń