sobota, 18 stycznia 2014

Rozdział XIII



W milczeniu patrzył jak odchodziła. Czy on się przesłyszał? Czy ona naprawdę go o to poprosiła? Zerwał się z miejsca.
-Iie.- powiedział, doganiając ją.
Wbiła w niego spojrzenie, z którego biły jednocześnie determinacja i błaganie.
-Jonathan, proszę cię.
-Nie, Aika. Nie mogę.- pokręcił głową.
-Jeśli chodzi o moją matkę, to...- zaczęła ściszonym głosem.
-Nie pomyślałaś o tym, że tu chodzi o ciebie, a nie o twoją matkę?- spytał, wymuszając spokojny ton.
-O mnie?
Choć było to dziwne uczucie, choć znał ją od niedawna, przywiązał się do niej. I nie potrafiłby jej zabić z zimną krwią. Gdyby to zrobił, nie wybaczyłby sobie do końca swych dni. A poza tym, choć faktycznie nie chodziło tu o jej matkę, to jak mógłby zgładzić kogoś o oczach tak podobnych do oczu Mari? Ale jak miał jej to powiedzieć? Jak ona by to odebrała, gdyby on, demon, ten, który zaprzepaścił swą duszę,  wyjawił jej, co było prawdziwym powodem jego odmowy?
-Przysięgałem, że będę cię chronił. Ja nie rzucam słów na wiatr.
Delikatnie, niemal niezauważalnie, kącik jej ust drgnął.
-A co, jeśli zwolnię cię z przysięgi?- zapytała, mierząc go opanowanym spojrzeniem.
Demon powoli pokręcił głową.
-Przysięga sługi Piekła jest bardziej wiążąca niż podpisany krwią pakt.
Aika westchnęła. Musiał mieć dobry powód, by nie chcieć jej zabić. Bo w życiu nie uwierzyłaby, że tylko jakaś tam przysięga powstrzymuje go przed spełnieniem jej prośby. Wzięła głęboki oddech. Każdą przysięgę da się obejść. Tylko musiała wiedzieć, gdzie tkwił haczyk.
 -Powiadasz, że przysięgałeś mnie chronić, tak?
Skinął głową, a na twarzy dziewczyny pojawił się delikatny uśmiech.
-W takim razie, nic nie stoi na przeszkodzie, byś wypełnił moją prośbę.
-Aika, o czym ty mówisz?- spytał cicho, spoglądając na nią uważnie.
-Instynkt przejmie nade mną kontrolę. A jak przypuszczam, w moim umyśle nie ma miejsca dla nas dwojga. Zrobi ze mnie mordercę.  Wtedy już nie będę sobą i z czystym sumieniem będziesz mógł zabić to, co ze mnie zostanie.- powiedziała spokojnie.
Pokręcił głową.
-Nie, Aika. W tym wypadku nie możesz liczyć na moją pomoc.
Widząc, że nie przekona go w żaden sposób, na razie dała za wygraną. Nie odzywając się, weszła do kuchni, gdzie zajęła się przygotowywaniem posiłku dla Fii.
<***>
Wpatrzone w przestrzeń oczy Fii zaszkliły się. Jak mogła pozwolić na to, by ktoś trzeci, ktoś zupełnie obcy, wmieszał się w jej wojnę z siostrą? Miała zasadę: wszystko zostaje w rodzinie. I sama tę zasadę złamała. Oczywiście, zdawała sobie sprawę z tego, że już dawno byłaby marionetką w rękach siostry i była wdzięczna Niszczycielce za wszystko co dla niej zrobiła, ale… nie powinno jej tu być. Nie powinna narażać nikogo na gniew Jennifer. W ogóle nikt nigdy nie powinien dowiedzieć się o ich konflikcie. 
Usłyszała pukanie, a po chwili zza drzwi wyjrzała Kiyokuro.
-Mogę?
Brunetka skinęła głową. Aika weszła, zamykając za sobą drzwi i postawiła tacę na stoliku obok łóżka.
-Dziękuję ci za wszystko, ale chyba nie zdołam nic przełknąć.- odsunęła od siebie tacę i spojrzała przepraszająco na Kiyokuro.
-Chociaż spróbuj.- poprosiła i usiadła obok niej.
Fia westchnęła ciężko i zaczęła grzebać pałeczkami w swojej porcji. Po chwili wahania spróbowała.
-Powiedz mi… czy tak jest zawsze, gdy tylko wyjdziesz z domu?- spytała łagodnie.
Pokręciła przecząco głową
-Tylko gdy zapomnę medalionu.- odpowiedziała- Został stworzony w XIX wieku. Jedna ze Strażniczek zaklęła w nim swoją duszę, by chronił jej następczynie przed tymi, którzy chcą posiąść moc bazyliszka.- wyjaśniła, widząc  pytające spojrzenie dziewczyny.
-Ale co się wtedy stało? Dlaczego nie miałaś go przy sobie?
Cage uśmiechnęła się ponuro.
-W dzisiejszych czasach ciężko o dobrą służbę. Jennifer przekupiła jedną z pokojówek, która dolała księżycowego napoju do mojej herbaty, a w nocy zdjęła mi medalion i wyprowadziła z domu. Kiedy się ocknęłam, słudzy Jennifer już tam byli. Jedynym wyjściem była ucieczka i modlitwa o to, że bazyliszek zdąży na czas. O tym, że ich zgubię nawet nie marzyłam, bo widzisz, Jennifer również ma niezwykłą zdolność. Wyczuwa mnie na setki kilometrów. Przed nią nie można się ukryć.- odsunęła od siebie tacę i podziękowała Aice.
-Możesz mi wytłumaczyć, czym jest ten księżycowy napój?
-To bardzo rzadki eliksir. Kwiaty, z których się go robi zakwitają raz do roku w pełni księżyca i tylko kilka osób na całym świecie potrafi go uwarzyć. Wystarczy kropla, by stracić własną wolę. Przestaje działać dopiero, gdy odetchnie się nocnym powietrzem.
-Zadała sobie aż tyle trudu tylko po to, by zdobyć twoją moc?
Pokręciła głową i odwróciła spojrzenie. Nie powinna wyjawiać tego nikomu. Już i tak powiedziała zbyt wiele. Jednak… zawsze dusiła to w sobie. Nigdy przed nikim się nie otwierała. Wszystkie uczucia, wszystkie problemy paliły ją od środka, domagając się, by wreszcie komuś się zwierzyła.
-Tutaj nie chodzi już tylko o moją moc. Dla niej to sprawa honoru. Kiedyś obiecała, że moja moc będzie jej mocą, albo zginie. A Jennifer zawsze dotrzymywała danego słowa. A poza tym… to nie jest pierwsza lepsza umiejętność. Bazyliszek sieje spustoszenie wśród nieśmiertelnych. Jego spojrzenie unicestwiło setki aniołów, demonów i innych istot magicznych. Władza nad nim oznacza władzę absolutną.
Nic nie mówiąc, Aika spojrzała w stronę okna. Ściemniało się, a rzęsisty deszcz powoli przemieniał się w mżawkę.
-Wielka moc jest równa wielkiej odpowiedzialności. Czy ona nie rozumie, że to nie błogosławieństwo? Nie rozumie, że to jest jak klątwa?- spytała cicho, nie odrywając spojrzenia od krajobrazu za oknem.
-Ona tego nie zrozumie. Jennifer zawsze taka była. Dopóki nie przekona się na własnej skórze, nie uwierzy, iż jest to przekleństwo.
Niszczycielka westchnęła ciężko. Mimo że ciemność powoli wlewała się do pokoju, żadnej nie przeszło przez myśl zapalić światło.
-Kiyokuro-san…
-Tak?
-Boję się o ciebie. Ona nie daruje ci tego, że się wtrąciłaś.
-Nie przejmuj się tym. Jak już mówiłam, nic mi nie zrobi. Uwierz mi na słowo, nawet kontrola nad bazyliszkiem, nawet honor nie jest wart tego, by zadzierać z Lucyferem.
Strażniczka odwróciła wzrok. Wieści szybko się rozchodziły. W ich świecie nie było chyba nikogo, kto nie słyszałby o Aice Kiyokuro, potężnej Niszczycielce Lucyfera, która to zniszczy wszystko w co wierzyli naiwni ludzie. Jednak ta drobna, wyrozumiała dziewczyna o spokojnym, łagodnym spojrzeniu w niczym nie przypominała tej bezwzględnej Niszczycielki z opowieści.
-Nie mogę uwierzyć w to, że jesteś tą, która ma rzucić świat do stóp tego diabła.- powiedziała cicho.
-Widzisz, nic nie jest takie jakim się wydaje. Tylko, że… nie wiem, czy mam ochotę stać się bezmyślnym narzędziem w jego rękach.- mówiąc to, zamknęła oczy.
-Masz dobre serce. A ludzie o dobrych sercach nie poddają się tak szybko cudzej woli. Zwłaszcza jeśli jest to wola samego Szatana.
Nie otwierając oczu, uśmiechnęła się gorzko.
-Brzmi to bardzo pocieszająco, tylko widzisz… ja nie jestem człowiekiem. Już w chwili narodzin miałam swoje przeznaczenie. Nie dano mi wyboru.- wstała i podniosła tacę, po czym podeszła do drzwi- Odpocznij. I nie zadręczaj się więcej myślami o swojej siostrze. Tu nie przyjdzie.- uśmiechnęła się delikatnie i zniknęła za drzwiami.
<***>
-Jonathan.- do jego uszu dobiegł szept.
 Jego dźwięk, spokojny, łagodny ton poznałby nawet wśród tysięcy innych głosów. Odwrócił się powoli w stronę, z której dobiegał.
Stała tam. Krucha, delikatna istota, której oddał serce. Z niemal niewidocznym uśmiechem na twarzy i niewysłowionym smutkiem w oczach.
-Mari…
Subtelna postać powoli zbliżała się do niego. Bał się, że jeśli chociażby drgnie, kobieta rozpłynie się w półmroku, niczym sen. Wszelkie słowa utknęły mu w gardle. Bo niby co mógł powiedzieć, gdy stała przed nim Mari Kiyokuro- uosobienie wszystkiego co piękne i dobre na tym świecie?
-Dziękuję i…- szeptała posyłając mu ciepły, choć pełen żalu uśmiech- Przepraszam.
Położyła dłoń na jego policzku. Choć nie spodziewał się cokolwiek poczuć, chłód jej skóry był tak znajomy, tak rzeczywisty, że aż zwątpił w to, iż widział tylko duszę swej ukochanej.  
-Za co, Mari? Za co mi dziękujesz, za co mnie przepraszasz?- spytał przykrywając jej dłoń swoją.
-To ja powinnam być teraz przy moim dziecku. To ja powinnam ją wspierać, doradzać jej, a zamiast tego… całą odpowiedzialnością obarczyłam ciebie. Przepraszam cię za to, a jednocześnie dziękuję. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego opiekuna dla Aiki.
Jej szczery uśmiech był dla niego aż zbyt wielkim wynagrodzeniem. Ucałował jej dłoń i przymknął oczy, by po chwili obdarzyć ją łagodnym spojrzeniem.
-Mari… jak długo jeszcze zamierzasz pozostać w tym stanie? Jak długo jeszcze zamierzasz być poza ciałem?
-Nie wiem, to już nie zależy ode mnie.- odpowiedziała, skutecznie uciekając od niego wzrokiem- Kiedyś ci to wyjaśnię, a teraz…- przerwała wpół zdania i zamarła.
Szybko podążył za jej wzrokiem.
-Z kim rozmawiałeś?- zapytała Aika.
Wychylała się przez balustradę, uważnie studiując pomieszczenie. Jej spojrzenie przebiegło przez salon, lecz ani razu nie zatrzymało się na Mari.
-Nie widzi mnie. Próbowałam z nią porozmawiać, ale… nie mogłam. Osłania ją jakaś bariera, przez którą nie mogę się przebić.- szepnęła rozżalona kobieta.
-Jonathan?- zeszła po schodach i stanęła naprzeciw niego- Jonathan, wszystko w porządku?- mrużąc oczy, uważnie mu się przyglądała.
-Tak.- odpowiedział krótko.
-Ktoś tu był?- rozejrzała się wokół podejrzliwie.
-Nie.
-Tak… tylko jest jeden problem.- mruknęła, ani na chwilę nie tracąc czujności- Nie wierzę ci.
-Jesteś przewrażliwiona.- odpowiedział ze spokojem godnym stoika.
-Jonathan, proszę cię, nie rób ze mnie idiotki. Pytam po raz ostatni, z kim rozmawiałeś?- syknęła, posyłając mu ostre spojrzenie.
-Z nikim nie rozmawiałem. Musiało ci się coś przywidzieć. Przecież bym cię nie okłamał- zapewnił.
W odpowiedzi tylko prychnęła. Przymknęła oczy, wsłuchując się w ciszę. Po chwili podniosła powieki.
-Mniejsza o to, chciałam tylko prosić, żebyś jeszcze raz przemyślał moją prośbę.
-Aika…
-Nic nie mów. Po prostu, przemyśl to.- powiedziała cicho i z westchnieniem potarła skroń- To wszystko tak mnie męczy… Tak bardzo męczy…- szepnęła, odwróciła się i powoli zaczęła wchodzić po schodach.
-Aika?
Popatrzyła na niego przez ramię i uśmiechnęła się bez cienia wesołości.
-Spokojnie, skończyłam z myślami samobójczymi. Teraz idę knuć nikczemny plan oszukania wszystkich dookoła, łącznie z przeznaczeniem.
Odprowadził ją wzrokiem, po czym spojrzał na jej matkę. Łza błysnęła na jej niemal przezroczystym policzku.
-Moja biedna córeczka…
Jej postać z każdą chwilą stawała się coraz bledsza. Spojrzała na swoje już prawie niewidoczne dłonie i westchnęła.
-Proszę, powtarzaj jej, że ją kocham. Najbardziej na świecie…- wyszeptała i jej duch całkiem rozpłynął się w powietrzu.
Jonathan długo jeszcze wpatrywał się w miejsce, w którym przed chwilą stała, po czym opadł na fotel. Sięgnął po stojącą obok butelkę whiskey. Przyglądając się jej dokładnie, westchnął i napełnił szklankę.
<***>
Szatynka padła na łóżko. Była wściekła. Tak bezsilnie wściekła, że miała ochotę się rozpłakać, rwąc włosy z głowy. A najgorsze w tej jej wściekłości było to, że pojawiła się bez powodu. Tak jak w jednej chwili była wszystkim zmęczona, tak w drugiej ogarniał ją gniew.
-Cholera jasna, co jest nie tak?!- krzyknęła i wbiła spojrzenie w sufit, najwyraźniej oczekując na odpowiedź.
Wszystko idzie zgodnie z planem…- szepnął Whisper.
-Jakim planem?!
Cisza.
-Nie no, zwariuję! Odpowiadaj!- wysyczała niczym żmija.
Moim planem, Niszczycielko… moim planem…- odpowiedział hipnotyzujący szept.
-Twoim? A kimże ty jesteś, by mieć jakieś plany?
Jestem częścią ciebie…
-I co planujesz?- spytała beznamiętnie.
Cii… wszystko w swoim czasie, moja słodka… a teraz… śpij.- szepnął łagodnie. Aika bezwładnie osunęła się na poduszkę, by pogrążyć się w śnie.
<***>
Paraliż zawładnął ciałem dziewczynki. Z przerażeniem przyglądała się stojącemu na drugim końcu korytarza Lucyferowi. Fałszywy uśmiech zdobił twarz diabła.
-Drogie dziecko, wszędzie cię szukam. Nie słyszałaś jak wołałem?- powiedział miękko i podszedł do niej.
Zbladła. Bała się choćby drgnąć, lecz równie mocno bała się zostać.
-Moja biedna, co się stało? Czemu tak zbladłaś?- spytał z udawaną troską.
Wiedział dlaczego.
-Wybacz mi, Panie, nie słyszałam. Nie, nic mi nie jest.- wyszeptała, choć odrobinę próbując ukryć strach.
Pogłaskał ciemne włosy Nemezis, obdarzając ją na pozór dobrodusznym uśmiechem.
 -Wiesz czego mi potrzeba, prawda, Nemezis?
Nieznacznie skinęła głową. Czuła jak jej maleńkie serce tłucze się w klatce niczym ptak chcący wyrwać się na wolność.
-Chodź ze mną.- polecił i ruszył wzdłuż korytarza.
Wzięła głęboki oddech, być może po to, by dodać sobie odwagi, a może dlatego, że na tych kilka krótkich chwil zapomniała o oddychaniu. Poszła za nim. Nie miała wyjścia.
Stanęła na progu ogromnego pomieszczenia. Choć jego wystrój ograniczał się do minimum, dzięki czemu w porównani z innymi pomieszczeniami zdawało się niemal lochem, było jedną z najważniejszych sal. Osadzone w posadzce zwierciadło, otoczone przez niewzruszone kamienie, sprytnie udawało taflę wody, mrugając do niej swą tajemniczą mocą.
-Podejdź bliżej, Nemezis, podejdź bliżej.- powiedział ze spokojem, wyciągając w jej stronę dłoń.
Każdy przychodzący z trudem krok odbijał się echem. Krótka odległość, która ich dzieliła dziewczynce zdawała się być nieskończenie długim szlakiem. Stanęła przed Szatanem, podając mu swą szczupłą rączkę. Chociaż każdy jej gest był wymuszony, ani przez chwilę się nie wahała. Nie było nawet mowy o sprzeciwieniu się woli Pana.
-Grzeczna dziewczynka.- pochwalił oschle i nie wiadomo skąd w jego ręku znalazł się sztylet.
Ułożył go na dłoni Nemezis, po czym zacisnął jej palce w pięść. Moment, w którym chłodna, szlachetna stal zatapiała się w jej ciele. Zacisnęła powieki, powstrzymując łzy. Co by się nie działo, nie miała prawa się rozpłakać. Kropla drogocennej krwi dźwięcznie rozbiła się o taflę zwierciadła. Powtarzana wielokrotnie przez echo chwila, w której gorąca krew spotyka się z chłodną powierzchnią, układała się w cichą melodię, której rytm i czysty dźwięk przypominały delikatną grę kryształowych dzwoneczków Zaświatów. 
-Pokaż mi jej myśli, pokaż mi jej duszę.- rozkazał.
Pod zaciśniętymi powiekami niespokojnie poruszały się oczy dziewczynki. Tafla zwierciadła zafalowała i pokryła się czarno-fioletową mgłą.
-Jej myśli są ukryte. Coś je osłania. Lecz co? Nie wiem. Coś potężnego. Pradawnego. Niezwyciężonego…- jej głos zdawał się dobiegać z innego świata. Był tak cichy, tak słaby, że dla ucha zwykłego człowieka niedosłyszalny.
Zmrużył oczy, przyglądając się zwierciadłu. Do niedawna umysł Aiki był dla niego otwartą księgą. A teraz stał się fortecą, której murów nie zburzyła nawet krew Nemezis. Lecz co chroniło Aikę? Był pewien, że jest to coś potężnego, ale czy niezwyciężonego? Czy coś było w stanie oprzeć się jego mocy?
-Co z jej duszą, Nemezis?
W kłębiącej się białej mgle migotały złociste drobinki. Jednak nie trwało to długo. Biel powoli stawała się czernią. Brzeg tafli miał kolor nocy, z kolei środek stanowiła czysta biel.
-Niegdyś nieskazitelna, teraz się zmienia. Zło mieszkające w najdalszych zakamarkach jej umysłu, teraz dochodzi do głosu. Ta czerń… to właśnie ono. Choć jest go tak niewiele, powoli, konsekwentnie dąży do zniszczenia wszystkiego co w niej cenisz. Utonie w mroku…- wyszeptała nie otwierając oczu.
-Co można zrobić, by…
-Nic… Sama musi to przezwyciężyć. Inaczej cudny kwiat, którym jest ta dusza napełni swe kolce jadem, by zabiły każdego kto ośmieli się do niej zbliżyć.- odpowiedziała nim zdążył dokończyć pytanie i osunęła się na ziemię, tracąc przytomność.
Mgła zniknęła, zostawiając po sobie tylko wspomnienie i gładką taflę zwierciadła. Spojrzał przelotnie na najmłodszą z córek Lilith i nie oglądając się ani razu wyszedł, zostawiając ją, by przebudziła się z niewyobrażalnym bólem, uczuciem chłodu i pustką w pamięci.
<***>
 Szary świt zapowiadał kolejny pochmurny dzień. Aika bezszelestnie schodziła po schodach. Nie pamiętała kiedy zasnęła, ale obudziła się już jakiś czas temu i, upewniwszy się, że Fia dalej śpi, doprowadziła się do porządku. Nie chciała, zbudzić Strażniczki, więc powoli, na palcach weszła do salonu. Rozejrzała się wokół i nie dostrzegając nikogo chciała iść do kuchni, gdy usłyszała czyjś oddech. Wiedziała, że się nie przesłyszała. Poszła w stronę, z której dobiegał dźwięk.  Widząc śpiącego na fotelu Jonathana, westchnęła.
-No pięknie…- wyszeptała i delikatnie wyjęła szklaneczkę z jego dłoni.
Zostawić go na chwilę samego… Już zamierzała usiąść na sofie, kiedy niemal przewróciła się o stojącą przy stole butelkę. Popatrzyła na nią i pokręciła głową z dezaprobatą, po czym poszła do kuchni. Gdy wstawiła wodę na kawę, opadła na krzesło, wbijając wzrok w budzące się do życia miasteczko.
-Jakie ich życie jest cudowne…- szepnęła patrząc na wychodzących z domów ludzi.
Ich troski w porównaniu z moimi są niczym… ich niewiedza jest boskim błogosławieństwem. którego nie potrafią docenić, są bezpieczni w swoim świecie, ale…  ich świat to tylko obłuda. Jednak ja… dałabym wszystko, by znów móc żyć w tym ich małym świecie utkanym z kłamstw…
Z zamyślenia wyrwał ją gwizdek czajnika. Wstała i zaparzyła kawę. Chwyciła filiżankę, po czym wróciła do salonu. Stanęła naprzeciw fotela, przyglądając się Jonathanowi. Pogrążony we śnie przypominał jej bardziej anioła, niż sługę Lucyfera. Po chwili otworzył oczy i widząc stojącą przed nim dziewczynę zerwał się na nogi.
-Coś się stało?- spytał, uważnie jej się przyglądając.
Uśmiechnęła się najpiękniej jak tylko umiała, wręczyła mu filiżankę, po czym tonem przypominającym śpiew radosnego skowronka powiedziała:
-Nic takiego, po prostu przyniosłam kawę mojemu ukochanemu opiekunowi, który, sądząc po pustej butelce i szklaneczce w ręku, schlał się wieczorem w trupa.
-Dziękuję kochanie, naprawdę, cudowne z ciebie dziecko.- odpowiedział, upijając łyk kawy.
-Jonathan, co się dzieje?
-Nic takiego. Skąd ci przyszło do głowy, że coś się dzieje?- patrząc na nią z udawanym zdziwieniem, opadł na fotel.
-Nienawidzę, gdy robisz ze mnie idiotkę.- wysyczała, piorunując go spojrzeniem.
Westchnął cicho i przywdziewając maskę chłodnego opanowania, oznajmił:
-Moja droga, nie robię z ciebie idiotki. Po prostu uważam, że powinnaś zająć się swoimi problemami, zamiast martwić się o mnie, bo o ile dobrze pamiętam, kłopotów masz w bród. A ja sobie sam poradzę.
-Właśnie widzę jak sobie radzisz- mruknęła, zerkając na pustą butelkę.
-Przepraszam cię. Nie powinnaś mnie zastać w takim stanie i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, ale przysięgam, że to był pierwszy i ostatni raz.
-Jonathan! Ja nie potrzebuję ani twoich przeprosin, ani tłumaczeń!- wykrzyknęła.
-W takim razie, czego chcesz?!
Odwróciła się na pięcie i nie oglądając się za siebie, pobiegła na górę. Trzask drzwi jej pokoju rozszedł się po całym domu.
<***>
-Kiyokuro-san? Mogę wejść?
Aika podniosła głowę znad książki. W drzwiach ujrzała Fię. W znikomym świetle oczy Strażniczki wydawały się niemal czarne. Aika rozejrzała się wokół i dopiero teraz uderzyło ją to, jak zmienił się ten dom. Zawsze tak przytulny, zapewniający uczucie bezpieczeństwa, teraz stał się tylko zlepkiem zimnych, ponuro szarych ścian. A to dlatego, że jego serce zasnęło i nie zamierza się obudzić… cała radość umarła.
-Kiyokuro-san? Wszystko w porządku?- spytała, zaniepokojona pustką w oczach szatynki.
-Hai, wszystko w porządku. Proszę, wejdź.- posłała jej wymuszony uśmiech.
Fia przechyliła głowę, przyglądając się z uwagą Niszczycielce. Powoli podeszła do niej i usiadła na brzegu łóżka.
-Widziałam zbyt wiele na tym świecie, by nabrać się na ten pozornie beztroski uśmiech, który w rzeczywistości podszyty jest smutkiem.
-To, że nie mam powodów do radości nie oznacza, iż mam martwić swoimi problemami innych.- zamknęła książkę i odłożyła ją na bok.
-Lecz w pojedynkę ich nie zwalczysz. Zniszczą cię.
-Cage-san… to nie twój ciężar, nie mam prawa cię nim obarczać.
Brunetka uśmiechnęła się lekko, chociaż ani w tym uśmiechu, ani w wyrazie jej oczu nie można było ujrzeć radości.
-Nawet jeśli podzielony na dwa przestanie być przytłaczający?
-Nawet wtedy.
Fia westchnęła i pokręciła głową.
-Jak z dzieckiem…- mruknęła do siebie i wyszła.
Aika wbiła nieobecny wzrok w okno. To było jej brzemię. Sama musiała się z tym wszystkim uporać. Nikt za mnie nie oszuka przeznaczenia.
<***>
Aika spojrzała w lustro. Miała na sobie długą, pozbawioną ramiączek, ciemnozieloną suknię z szyfonu, która idealnie podkreślała jej smukłą figurę. Znajdujące się po obu stronach rozcięcia, sięgały prawie do bioder, eksponując zgrabne nogi. Starannie upięte włosy przyozdobiła pasującą do reszty biżuterii złotą spinką z szmaragdowym oczkiem. Zapięła na biodrach złoty łańcuszek i wsunęła nogi w buty na niewiarygodnie wysokim obcasie. Ostatni raz spojrzała w lustro i aż szerzej otworzyła oczy ze zdziwienia. Efekt przygotowań, które rozpoczęła dwie godziny temu, przeszedł jej najśmielsze oczekiwania.
-I kto by pomyślał, że wystarczy włożyć ładną sukienkę i upiąć włosy, by stać się zupełnie kimś innym?- mruknęła do siebie i uśmiechnęła się do swego odbicia.
To był właśnie jej wielki plan. Musiała być kimś, kim w rzeczywistości nie była. Musiała odegrać swą rolę. Z salonu usłyszała wołanie Jonathana. Po spotkaniu z dyrektorką szkoły, wrócił do Piekła i dopiero teraz zjawił się w salonie. Wyszła z pokoju i podtrzymując się balustrady zeszła na dół, gdzie stał Jonathan.
-Możemy już iść.- oznajmiła bezbarwnym głosem.        
-Wyglądasz olśniewają.
Podał jej swoje ramię, które przyjęła.
-Proszę mi tu nie słodzić.- prychnęła i odwróciła głowę w drugą stronę.
-Złościsz się jeszcze na mnie?- spytał z nieukrywanym zdziwieniem.
-Hai.
-Aika, przykro mi…
Uniosła dłoń, tym samym uciszając go.
-Jonathan, nie ma ci być przykro. Ja już mówiłam, nie chcę żadnych przeprosin. Chodzi o to, że miałeś do tego powód, tak? Coś się stało i ja chciałabym ci pomóc. I nie chcę słyszeć żadnego „masz swoje problemy i nimi się zajmij”.
-Nawet jeśli mi nie można pomóc, nie odpuścisz?
-Iie. Pozwól mi chociaż spróbować.- posłała mu błagalne spojrzenie.
-No dobrze. Ale teraz już chodźmy.- westchnął zrezygnowany i ruszyli w kierunku drzwi.
Aika posłała mu triumfalny uśmiech i spojrzała na przed chwilą otwarte drzwi frontowe. Za nimi znajdowała się sporych rozmiarów sala.
-Jak ty to…
-Tajemnica zawodowa.- uciął i przepuścił ją przodem.
Stukot obcasów o marmurową podłogę odbijał się echem od ścian. Aika rozejrzała się po sali.
-Muszę przyznać, że się spisałeś.- pochwaliła.
Ściany zdobiły przepiękne płaskorzeźby ukazujące odwieczną walkę aniołów z oddziałami Lucyfera, zabójczy Instynkt Pogromów i dzieci Ciemności unicestwiane przez Pogromców. Szatynka, omijając ogromny, mahoniowy stół, podeszła do ściany, na której uwieczniono  Pogromców. Z uwagą studiowała każdy detal. Wpatrywała się w przedstawioną scenę, jakby miała zamiar wykuć ją w pamięci.
-Jonathan… jak właściwie doszło do powstania Pogromców?- zapytała w końcu, nie odrywając wzroku od ściany.
-Wszystko zaczęło się od Prometeusza.- odpowiedział i podszedł do niej.
Spojrzała na niego z ciekawością.
-Prometeusz był aniołem. Kochał ludzi całym sercem. Opiekował się nimi i strasznie cierpiał, gdy dzieci Ciemności wyrządzały im krzywdę. Dlatego wykradł ogień piekielny i podarował go grupie ludzi, by mogli wykuć w nim broń, będącą w stanie zgładzić istotę nieśmiertelną. Jednak to nie wystarczyło, wciąż byli zbyt słabi. Żeby ich wzmocnić, poił ich swoją krwią. Tym sposobem wzmocnił ich. Stali się bardziej wytrzymali, ich rany goiły się szybciej i żyli dłużej niż zwykli ludzie. Prometeusz nakłonił ich do służby Bogu. Stali się Pogromcami.- opowiedział cicho, zatapiają wzrok w płaskorzeźbie.
-I co się z nim stało?
-Lucyfer nie mógł godzić się na to wszystko. Dlatego zabił Prometeusza, a gdy jego ciało nie zmieniło się w pył, podzielił je na cztery części. Zrozpaczeni Pogromcy chcieli odzyskać ciało swego ukochanego stwórcy. Lucyfer w zamian za nie zażądał podpisania paktu. Żadnemu Pogromcy nie wolno było zabić dziecka Ciemności, któremu winy nie udowodniono. Przystali na jego warunki, a gdy Lucyfer dotrzymał swojej części umowy, powstały Cztery Legiony Pogromców Demonów.
Aika zamyślona wpatrywała się w ścianę. Oczyma wyobraźni widziała całą historię powstania Pogromców i Legionów. Z transu, w którym się znalazła, wyrwało ją skrzypnięcie drzwi. Odwróciła się od płaskorzeźby. Na pozostałych trzech ścianach pojawiły się cztery pary drzwi. Dziewczyna uśmiechnęła się chłodno.
-Przedstawienie czas zacząć.- szepnęła i z gracją podeszła do miejsca u szczytu stołu.
W pierwszych drzwiach pojawiła się Miho. Z opanowaniem na twarzy podeszła do przeznaczonego dla niej miejsca. Następny był Dowódca Legionu. Gdy Aika go zobaczyła o mało co nie zachłysnęła się powietrzem, jednak nie dała po sobie nic poznać. O matko! On.. on jest księdzem! pomyślała patrząc na odzianego w sutannę mężczyznę. Chwilę potem ujrzała archanioły i Lucyfera. Z zadowoleniem patrzyła na zdziwienie malujące się na niektórych twarzach, gdy pojawiły się archanioły.
-Witam was wszystkich! Z pewnością zastanawiacie się po co i dlaczego w takim składzie się spotykamy.- omiotła zebranych spojrzeniem i z przebiegłym uśmiechem na twarzy kontynuowała- Otóż mam dość. Dość tego, że wszyscy czegoś ode mnie oczekują… chociaż jeśli chodzi o niektórych, to nawet nie wiem czego ode mnie żądają. Dziś postanowiłam to zakończyć. Przedstawicie mi swoje plany co do mojej osoby, a ja zdecyduję, czyja propozycja jest dla mnie najkorzystniejsza.- powiedziała, po czym zajęła swoje miejsce- Zapomniałabym, ten kto ma zamiar mnie zabić, bądź w jakiś inny sposób skrzywdzić, może już teraz opuścić pomieszczenie.- dodała, patrząc na Dowódcę Legionu.
Wszyscy pozostali na swoich miejscach.
-Wspaniale, zatem proszę, kto pierwszy?- spytała, nie przestając się uśmiechać-Może pani Sora?
Miho podniosła się z miejsca, przygładzając czerwony jedwab sukni.
-Proszę mi powiedzieć, pani Sora, w jakim celu pani pojawiła się w Watykanie?
-Moja droga, chciałam ci pomóc.
-I niech zgadnę, pani pomoc miała polegać na tym, że wyjdę za pani syna i będziemy wielką, szczęśliwą rodziną?
-Aika… chciałam ci zaproponować część mojej władzy. Wszyscy Niszczyciele są na moich rozkazach. Jeśli teraz pójdziesz ze mną, będą również twoimi poddanymi. Małżeństwo z moim synem to naprawdę niska cena.- odpowiedziała tym samym, monotonnym głosem.
-Pani Sora, a dlaczego oferuje mi pani tak, pani zdaniem, korzystny układ?
-Jestem twoją dłużniczką. Chcę ci jedynie pomóc.
-Nie jest pani mi nic winna. Nie zrobiłam tego dla zysku, który, nawiasem mówiąc, w porównaniu z ceną, jaką za niego zapłacę, wydaje się znikomy.
Miho nie odpowiedziała, tylko zajęła swoje miejsce. Następny wstał Dowódca Legionu.
-Słucham księdza, co ma ksiądz do powiedzenia biednej, zagubionej owcy?
Takami spiorunował ją spojrzeniem, lecz zamiast wygłosić jej kazanie, powiedział:
-Jeden nawrócony grzesznik jest wart więcej niż stu sprawiedliwych. Do tej pory twoje życie było nic nie warte. Grzeszysz już samym swoim istnieniem, jesteś niegodna stąpać po tej ziemi. Ale powiem ci, jak masz się zmienić, jak masz żyć.
Aika spokojnie podniosła się ze swojego krzesła.
-Wyjaśnijmy sobie coś… żaden klecha od siedmiu boleści nie będzie mi mówił jak mam żyć,  czy to jest jasne?!- wysyczała, posyłając mu jadowite spojrzenie.
Ksiądz uśmiechnął się tylko z pogardą i opadł na krzesło. Dziewczyna wzięła głęboki, uspokajający oddech. Gdy na jej twarz powrócił uśmiech, spojrzała na zebranych.
-Przepraszam wszystkich, niepotrzebnie się uniosłam.- powiedziała i usiadła- Proszę, kontynuujmy.
-Proszę mi wybaczyć, ale… nie rozumiem, dlaczego oferujecie cokolwiek mojej własności.- odezwał się Lucyfer.
-Drogi bracie, a czy ona jest podpisana, że nazywasz ją swoją własnością?- spytał z na pozór niewinnym uśmiechem Uriel.
-Zaraz zobaczysz, bracie.- wstał, odszedł od stołu i wyciągnął dłoń w kierunku Aiki- Mogę prosić?
Szatynka podniosła się z miejsca i podeszła do Lucyfera, podając mu dłoń. Ku oburzeniu księdza, objął ją w talii i ustawił przodem do wszystkich.
-Swoją drogą, pięknie wyglądasz.- szepnął jej na ucho.
-Arigato.- odszepnęła i uśmiechnęła się.
Uriel zakasłał, chcąc przypomnieć im o swojej obecności.
-A, tak, oczywiście…- uśmiechnął się fałszywie i przejechał dłonią po lewym ramieniu dziewczyny.
Na ramieniu pojawił się pentagram.
-Także spotkanie ogłaszam za zakoń…
-Nie tak szybko.- przerwała mu Aika- Spotkanie trwa nadal. Proszę, masz mi coś, mój drogi Lucyferze do zaoferowania?- zapytała ze słodkim uśmiechem.
-Nie pamiętasz?
-Wszystko czego zapragniesz, wszystkie skarby tego świata, moje nieczułe serce… to wszystko będzie twoje.- usłyszała w myślach jego szept.
Na wspomnienie snu wzdrygnęła się delikatnie. Nie daj się wyprowadzić z równowagi, Aika… pomyślała. Jej usta znów ułożyły się w uśmiech.
-Pamiętam… A wiesz co się zmieniło od tamtej pory?- zapytała- Marionetka zerwała sznurki i nauczyła się samodzielnie poruszać. Jak się z tym czujesz?- wyszeptała mu na ucho i, nie czekając na odpowiedź, ucałowała go w policzek, po czym odsunęła się.
Spojrzała wyczekująco na archaniołów. Michał wstał z miejsca i oznajmił:
-Powołując się na punk 280, paragraf 4580 „Regulaminu Łącznika”, żądam natychmiastowej rozmowy na osobności z organizatorką spotkania!
Wszyscy wymienili zdziwione i jednocześnie zakłopotane spojrzenia. Tylko Lucyfer z opanowaniem patrzył na Michała. Tak naprawdę nikt nie znał „Regulaminu Łącznika”. Bo kto zapamiętałby bite osiem tysięcy stron?
-Jonathan! Regulamin!- zawołał Lucyfer.
W jednej chwili pojawił się Jonathan z opasłym tomiszczem w rękach. Położył na stole księgę z napisem „Regulamin Łącznika, tom II” i zaczął przerzucać jego strony, aż dotarł do punktu 280, paragrafu 4579.
-Wygląda na to, że ten paragraf nie istnieje.- poinformował.
-Jak to: nie istnieje?! Jest przecież tutaj!- oburzył się Uriel, wskazując miejsce na kartce.
Chyba tylko Aika zauważyła maleńką iskierkę przeskakującą z jego palca na kartę regulaminu.
-Faktycznie, przepraszam za pomyłkę.- Jonathan skinął głową i zamknął księgę.
-W takim razie, możemy prosić panią na słówko?- Uriel skłonił się lekko, ujmując jej dłoń.
-Skoro regulamin na to zezwala… nie mam nic przeciwko.- odpowiedziała i wymaszerowała przez jedne z drzwi razem z dwoma archaniołami.
-Możecie mi powiedzieć co to za cyrk z tym regulaminem?- spytała, gdy już zamknięto drzwi.
-Już wyjaśniam! Trzeba było cię stamtąd zabrać, żeby reszta nie usłyszała naszego genialnego planu.
-Twojego. Ja się pod nim nie podpisuję.- wtrącił Michał.
-W takim razie mojego, zadowolony?- spytał, wywracając oczyma.
-Do rzeczy!- ponagliła, nie mając ochoty na wysłuchiwanie kolejnej kłótni.
-Już, już… Pójdziesz z Lucyferem i będziesz na każde jego skinienie.
Dziewczyna uniosła brew, patrząc na Uriela.
-To dopiero część planu. Będziesz sabotować wszystkie poczynania Lucyfera i donosić nam o jego planach.
-A co ja z tego będę miała?
-Zbawienie duszy. Jesteśmy troszkę łaskawsi niż ksiądz-dowódca i wcale nie myślimy, że sam fakt, iż oddychasz jest grzechem.- odpowiedział z dobrodusznym uśmiechem.
-Och! Dzięki ci, łaskawco, ale chyba nie skorzystam!
Michał wzniósł oczy ku górze.
-Uriel, nie odzywaj się więcej.- poprosił.
-Następnym razem sam będziesz wszystko planował.- prychnął i nadąsany niczym dziecko, odwrócił się od nich.
Ignorując Uriela, położył ręce na ramionach dziewczyny i spojrzał jej prosto w oczy.
-Aika, wystarczy, że będziesz postępowała zgodnie ze swoim sumieniem, dobrze? Możesz to dla mnie zrobić?
Niszczycielka przechyliła głowę na bok, przyglądając się mu z uwagą.
-To mogę obiecać. Tylko… ja się zmieniam. Instynkt pozbawia mnie człowieczeństwa. Nie wiem jak długo jeszcze zachowam sumienie.- wyznała.
Odwróciła wzrok. Nie mogła patrzeć w oczy komuś, kto aż tak w nią wierzył.
-Rozumiem. Jednak… zawsze idź ścieżką, którą obierze twoje serce.
-Skąd mam wiedzieć, że się nie pomyli? A jeśli zboczę z tej drogi?- zapytała spoglądając na archanioła.
Uśmiechnął się do niej i ucałował ją w czoło.
-Będziesz wiedziała. Jeśli zgubisz drogę, naprowadzę cię na właściwy tor. Będę nad tobą czuwał, Aiko Kiyokuro.
 -Dziękuję.- skinęła głową.
Gdy znowu znaleźli się w sali, wszystkie oczy były wpatrzone w drzwi. Aika z przyklejonym uśmiechem podeszła do zaproszonych.
-Przepraszam, że musieliście czekać. Wysłuchałam już wszystkich. Powiedzieć mogę tylko, że nie zamierzam ani się nawracać, ani wychodzić za mąż.- posłała przepraszające spojrzenie Miho i Dowódcy- Ostatecznej decyzji dziś nie podejmę. O tym, co postanowiłam, poinformuję was jutro. Na razie to wszystko. Dziękuję za przybycie.
Sora z chłodnym opanowaniem opuściła pomieszczenie, w ślad za nią poszedł Dowódca Legionu. Dziewczyna stanęła obok Lucyfera.
-Ty już podjęła decyzję.- powiedział cicho, zakładając jej za ucho kosmyk włosów, który wysunął się z idealnie upiętej fryzury.
-Być może.- uciekła od niego wzrokiem.
-Ja to wiem.- szepnął.
-Bardzo miło mi się z tobą rozmawia, ale… muszę już iść.- powiedziała i ucałowała go w policzek, ukradkiem wsuwając swój medalion do jego kieszeni.
Skinęła głową w kierunku archaniołów i odeszła w towarzystwie Jonathana. Po chwili zniknęły również archanioły. Władca Piekła wyjął z kieszeni złoty medalion ze szmaragdem i otworzył go. W środku znajdowała się maleńka karteczka:
Spotkajmy się za dwie godziny na skraju lasu.
<***>
Łagodne światło świec padało na odbijającą się w lustrze porcelanową twarz dziewczyny. Rozczesywała długie loki barwy czekolady.
-Myślałam, że to koniec, ale myliłam się. Widziałam wszystko dokładnie. Historia dopiero się rozkręca, Marry.- szepnęła patrząc na brązowego misia o smutnych oczach.
Choć nie otrzymała odpowiedzi, jej karminowe usteczka ułożyły się w subtelny uśmiech.
-Nie sądzisz, że powinnyśmy w najbliższym czasie zaprosić na herbatę pannę Kiyokuro?- zapytała.
Pomimo że zabawka, która towarzyszyła swojej właścicielce już od siedemnastu lat siedziała na toaletce nieruchomo, przypominająca wiktoriańską laleczkę nastolatka skinęła głową.
-Wiem, Marry. Ludzie są okrutni, dlatego ich unikamy, ale w obecnej sytuacji nie możemy być obojętne. Panna Kiyokuro ma ogromne możliwości, które zamierza wykorzystać. Ale nie wie, że musi to robić z umiarem. Musimy uświadomić ją o tym co się stanie, jeśli nadużyje swej władzy. Jej przyszłość okryje się barwą krwi, a droga, którą będzie szła wybrukowana będzie duszami poległych za niewinność.- westchnęła cichutko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz