poniedziałek, 22 lipca 2013

1

Zabrałam na drugą stronę już tysiące… a może i miliony dusz. Ale cicho sza. To tajemnica. Tajemnica, której żywym nigdy nie będzie dane poznać. Tajemnica, którą będę nosiła w sercu aż do skończenia… Skończenia? Dokładnie tak. Gdy Wszechmogący sprawi, że moja rola w jego boskim planie dobiegnie końca, tajemnica ta uda się wraz ze mną na wieczny spoczynek.
~***~
Stanęłam przed ogromnym dworkiem. Czy mam w związku z nim jakieś wspomnienia? Tak. Przypominam sobie ból, krzyk, rozpacz i ocean łez. Gorzkich łez. Łez, które płynęły cienkimi strużkami po moich policzkach za każdym razem, gdy ten, którego nazywano mym mężem ranił moją delikatną duszę. Byłam wrażliwa. Byłam, lecz już nie jestem. Nie zamknę się w sobie, gdy utkwi we mnie spojrzenie. Nie uronię łzy, gdy znowu spróbuje mnie zranić. Nie. Już nigdy więcej nie będę przez niego cierpiała. Teraz to on poczuje ból, a jego krzyk będzie najcudowniejszą muzyką dla mych uszu.
Uśmiechnęłam się, lecz mój uśmiech nie wróżył niczego dobrego. Taka była moja wola. Taką decyzję podjęłam zaraz po śmierci. Sześćdziesiąt lat temu przysięgłam zemstę na Jamesie Willsonie i dotrzymam słowa.
Ruszyłam przed siebie, a jesienny wiatr zatańczył z materiałem mojej lekkiej, czarnej sukienki. Cóż za ironia… James odejdzie jesienią. Tak samo jak ja. Zrobiłam jeszcze jeden krok w kierunku drzwi i przeniknęłam przez nie. To było coś, czego bardzo nie lubiłam. Czułam się wtedy tak… niematerialnie, nieistotnie. Ja wiem jak to brzmi. Bo niby jak dusza martwej od sześćdziesięciu lat kobiety może być materialna? Ale naprawdę tak się czułam. Jakbym nie istniała. Jakbym nic nie znaczyła. A przecież to, że nie jestem zbudowana z krwi i kości, i nie widzi mnie nikt, poza tymi, na których już czas nie oznacza, iż nie istnieję. Że mnie tu nie ma. Że jestem mniej warta od żywych...
Znalazłam się w salonie. Nic się tu  nie zmieniło. W kominku ogień muskał delikatnie kawałki drewna i… coś jeszcze. Stare zdjęcia. Zdjęcia zrobione w dniu, w którym popełniłam największy błąd mego, jak się później okazało krótkiego, życia. Ach! Jakaż ja byłam głupia! Jakże cieszyłam się na ten dzień, jakże ja go kochałam… Tak. Teraz sobie przypominam. Kochałam go. Kochałam całym sercem człowieka, który swą prawdziwą twarz ukazał dopiero, gdy powiedziałam „tak”. A wtedy było już nieco za późno na odwrót. Zakręciłam się wokół własnej osi. Mój wzrok zatrzymał się na jednym z masywnych foteli. Nie mogłam dostrzec twarzy, lecz drżąca ręka postaci, która właśnie wrzucała kolejną fotografię do ognia zdradziła mi kim jest osoba zajmująca miejsce przy kominku. Zacisnęłam pięści i podeszłam bliżej.
-Daj mi spokojnie umrzeć, Rozalie.- szepnął.
Jego głos opuściła już wszelka nadzieja. Stanęłam obok fotela i przezwyciężając mój wstręt do tego człowieka, położyłam dłoń na jego ramieniu.
-Po to tu jestem, Jamesie. Choć nie obiecuję, że odejdziesz spokojnie.- usłyszałam własny głos całkowicie pozbawiony uczuć.
Odwrócił się. Gdzie podziało się to bystre spojrzenie szafirowych oczu? Zniknęło. Zniknęło tak samo jak pozornie dobroduszny uśmiech, którym obdarzał wszystkich wokół. Siedział przede mną stary człowiek. W jego oczach odbijał się smutek. Był już zmęczony życiem. Chociaż… czego ja się spodziewałam po tylu latach?
-Dręczenie mnie w snach już ci nie wystarczy?- spytał ochryple.
-To nie ja cię dręczę. To twoje sumienie.- odparłam chłodno.
Nie zmiękczy mnie jego błagalne spojrzenie. Będę silna. Zniszczę go… Boże! Dlaczego on tak na mnie patrzy?
-Wiesz co cię teraz czeka?- zapytałam zdejmując dłoń z jego ramienia.
-Domyślam się.- skinął głową i spuścił wzrok.
Odetchnęłam z ulgą. Nareszcie.
-Domyślam się, że postarasz się bym odpokutował… Wtrącisz mnie do Piekła, Rozalie.- szepnął, a ja musiałam wytężyć całą siłę woli, by nie otworzyć ust ze zdziwienia.
Skąd wiedział? Choć… czy aż tak trudno się domyślić? To oczywiste, że odpłacę mu za moją krzywdę. I to z nawiązką. Był moim katem. Moim oprawcą. To przez niego nie żyję.
Westchnął ciężko.
-Właściwie… wyświadczysz mi przysługę. W porównaniu z tym co tu przeżywam, Piekło wydaje mi się niemalże Rajem.
-Liczysz na litość?
Nie odpowiedział mi. Postanowiłam tego nie przedłużać. Bo niby po co? Położyłam dłoń na jego policzku i nachyliłam się.
-Liczę, że została w tobie choć odrobina dawnej Rozalie.- powiedział i oddał mi swój ostatni oddech.
Wstrząsnął nim dreszcz. Klatka piersiowa Jamesa nie uniosła się już więcej. Był teraz tylko skorupą. Uwolniłam jego duszę z więzienia, którym było to słabe ciało. Mogłam sprawić, że jego śmierć byłaby długa i bolesna, lecz nie zrobiłam tego. Nie czuł bólu. Może i jestem sentymentalna, ale… przez wzgląd na to, co kiedyś do niego czułam nie miałam sumienia przysporzyć mu bólu. Jeszcze zapłaci za wszystko co zrobił. Odwróciłam się od masywnego fotela, zostawiając na nim ciało, które zapewne niedługo znajdzie służba. Podeszłam do ściany i już miałam przez nią przeniknąć, gdy poczułam uścisk na przegubie. Żywi nie mogli mnie dotknąć. Nieliczni wyczuwali mą obecność, ale nic poza tym.
-Rozalie…- szepnął.
Obejrzałam się. Wpatrzone we mnie szafirowe oczy miały ten sam wyraz co tej pamiętnej wiosny, gdy zgodziłam się za niego wyjść. Właśnie dlatego tak nienawidziłam tej pory roku. Nienawidziłam jej, bo w jego oczach widziałam wtedy obietnicę. Obiecał mi, że będzie mnie szanował, że będzie mnie kochał i nigdy mnie nie zdradzi. Zaśmiałam się gorzko.
-Rozalie… zastanawiam się, imię której ze swoich kochanek wymawiałeś, gdy ja umierałam. Danielle? Amelia? Meredith? Sylvia? A może Nicole?..- spytałam z szyderstwem w głosie.
-Rozalie, przestań…- spojrzał na mnie błagalnie.
-Nie przestanę. Ja cię kochałam, a ty… ty mnie zabiłeś.
-Ja zawsze cię…- zaczął, lecz nie dałam mu dokończyć.
-Dość dziwnie to okazywałeś.- skrzywiłam się.
Dopiero teraz zorientowałam się, że wciąż trzyma mą dłoń. Natychmiast ją wyrwałam. Najwyraźniej poczuł się tym dotknięty, bo w oczach barwy drogocennego szafiru zatańczył ból. I bardzo dobrze.
-Czujesz odrazę? Nienawidzisz mnie?- spytał, czym zupełnie zbił mnie z tropu.
Musiałam się zastanowić. Czułam do niego wstręt, ale czy go nienawidziłam?
-Nie nienawidzę cię. W przeciwieństwie do ciebie nie jestem potworem.- odpowiedziałam i przeszłam przez ścianę.
Zatrzymałam się tuż przy bramie. Słońce, które cudem przecisnęło się przez chmury oświetliło moją postać. Obejrzałam się za siebie. Pomimo, że nie żyję już sześćdziesiąt lat jeszcze nie przyzwyczaiłam się do tego, że nie mam cienia. Cień jest duszą zamieszkującą ciało. Duch nie ma cienia, lecz ciało, w którym mieszkał w dalszym ciągu rzuca cień. W chwili śmierci fragment duszy zostaje w ciele i umiera razem z nim. To przykre, ale po śmierci tracimy jakąś część siebie, której już nigdy nie odzyskamy.
-Co teraz zrobisz?- usłyszałam cichy głos Jamesa.
Wzruszyłam ramionami nie patrząc na niego.
-Będziesz miał proces, po którym wtrącę cię do Piekła.- jak dziwnie brzmi mój głos, gdy nie ma w nim uczuć…
-Proces?
-Tak. Dokładnie taki jak w sądzie. Tyle, że bez obrońców. Jeżeli nie uda ci się mnie przekonać, a już mówię, że ci się nie uda, skończysz w Otchłani.- wyjaśniłam i bez ostrzeżenia chwyciłam go za rękę.
Zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam staliśmy na jednej z wielu dróg w ogromnym ogrodzie. Puściłam jego dłoń. Nie mam zamiaru go więcej dotykać. Nie czekając na niego ruszyłam w stronę dworu. Mimowolnie uśmiechnęłam się. Ten ogród był jedynym miejscem, w którym zapominałam o tym, że jestem martwa. Jedyną panującą tu porą roku jest zima. Delikatne oszronione gałązki mieniły się w słońcu, które nie dawało ciepła. W płucach można było poczuć mroźne powietrze, a delikatny wiatr przyprawiał o gęsią skórkę. Przed schodami ogromnej posiadłości dostrzegłam Olivera. Uśmiechnął się do mnie, lecz po chwili na jego twarzy pojawiła się pogarda. Widocznie zauważył Jamesa.
-Patrzę i nie wierzę w to, co widzę, Rozalie.- powiedział zamykając moją rękę w delikatnym uścisku-Nie mogę uwierzyć, że przyprowadziłaś go tu ze sobą.
-Będzie miał uczciwy proces.- odpowiedziałam nie odwracając się za siebie.
-Nie zasłużył…
-Wiem.- przerwałam i posłałam mu ciepły uśmiech.
Pokręcił głową wznosząc oczy ku górze. Gdy weszliśmy do środka spojrzałam na Jamesa. Musiałam odprowadzić go do izby przejściowej. Trafiali tam wszyscy, którzy oczekiwali na sąd. Już miałam do niego podejść, gdy zatrzymał mnie łagodny głos Olivera:
-Zajmę się tym, Rozalie.
-Nie ma potrzeby…- zaczęłam kręcąc głową.
-Jest. Poczekaj na mnie w oranżerii.- mimo że mówił do mnie, patrzył na Jamesa.
Jego spojrzenie było tak chłodne, pełne niechęci i pogardy, że nie mogłam go poznać. Bałam się zostawić ich samych. James nigdy nie pozwalał sobą gardzić, lecz był tylko duszą, która właśnie opuściła ciało. Natomiast Oliver był Wysłannikiem Śmierci. Jednym spojrzeniem mógł go unicestwić. A wtedy sześćdziesiąt lat oczekiwania poszłoby na marne.
-Oliver…
-Tak?
-To moja zemsta, nie zapomnij o tym.- przypomniałam i ruszyłam ku schodom.
~***~
Oliver wskazał dłonią jeden z korytarzy.
-Idź przodem.- mruknął bez uczuć.
Blondyn, mierząc go nienawistnym spojrzeniem, ruszył przed siebie.
-Ona jest zbyt łaskawa.- powiedział po chwili.
Willson stanął w miejscu i odwrócił się w stronę Wysłannika Śmierci.
-Nie zasłużyłeś na nią.
-Zasłużyłem czy też nie, to w dalszym ciągu moja żona.- wysyczał przez zaciśnięte zęby kładąc wyraźny nacisk na słowo „moja”.
Oliver uśmiechnął się przebiegle.
-A pamiętasz słowa „dopóki śmierć nas nie rozłączy”? Do twojej wiadomości, już was rozłączyła.- oznajmił i pchnął ostatnie drzwi po prawej-Zostaniesz tutaj do dnia procesu, na który swoją drogą nie zasługujesz. Miłego pobytu.- oznajmił z niewinnym uśmiechem i odszedł w głąb korytarza.
James wszedł do średnich rozmiarów pomieszczenia. Nie rozglądając się po swoim tymczasowym pokoju, usiadł na łóżku. Wpatrując się pustym wzrokiem w przestrzeń, uśmiechnął się gorzko. Człowiek docenia to co ma dopiero wtedy, gdy to straci, a wtedy jest już zbyt późno, by to odzyskać… pomyślał przymykając oczy. Z nim było tak samo. Miał świadomość, że to przez niego Rozalie się otruła. Swój błąd zrozumiał dopiero, gdy po powrocie znalazł jej ciało na podłodze. Pamiętał to doskonale. Mimo delikatnego uśmiechu, który widniał na jej twarzy, była zimna, nieruchoma… nie żyła. Ten widok prześladował go każdej nocy. Stalowe tęczówki Rozalie patrzyły na niego oskarżycielsko za każdym razem, a z jej martwych ust wydobywał się smutny szept: „Zabiłeś mnie, James. To twoja wina…”.
~***~
Oparłam głowę na ręku, czekając na Olivera. Palcem obrysowywałam złoty paseczek na brzegu filiżanki. Miałam nadzieję, że mój przyjaciel nie da wyprowadzić się z równowagi. Już miałam ochotę zejść na dół, by zobaczyć, czy aby na pewno nic się nie stało, lecz powstrzymał mnie przed tym dźwięk kroków Olivera. Odwróciłam się w stronę wejścia do oranżerii.
Gdy tylko napotkałam jego wzrok uśmiechnął się. Podszedł do mnie i usiadł po drugiej stronie niewielkiego stolika.
-Nie sprawiał kłopotów?- zapytała obserwując go uważnie.
-Ależ skąd! Wyjątkowo spokojne ścierwo.- odpowiedział z pogardą.
-Oliver…- spojrzałam na niego błagalnie i delikatnie dotknęłam jego leżącej na stole dłoni.
Przez chwilę tonęłam w jego orzechowych oczach, w których nie było już nawet cienia nienawiści. Zacisnął lekko palce na mojej ręce.
-Dlaczego go bronisz, Rozalie? Dlaczego..?- powiedział cicho patrząc mi w oczy.
Zabrakło mi słów. Nie wiedziałam co mogę mu odpowiedzieć. Nie chciałam by tak mówił, bo od tego się zaczyna. Od tego zaczął James. I to mnie najbardziej przerażało. Nie chciałam, by jedyna osoba, której ufam stała się taka jak ten, który sprawił, że dziś jestem Wysłanniczką Śmierci. Chciałam go od tego uchronić.
-To nie jego bronię. Nie chcę po prostu, żeby z tobą stało się to samo…- szepnęłam powstrzymując łzy cisnące mi się do oczu.
Przegrałam walkę z emocjami i ciepłe krople powoli popłynęły po moich policzkach. Bezgłośny płacz był moją modlitwą, moim błaganiem. Tak bardzo pragnęłam, by został taki sam…
Oliver znalazł się tuż obok i objął mnie delikatnie. Znów poczułam się bezpieczna. Wiedziałam, że jest ktoś komu na mnie zależy.
-Ciii… już dobrze…- wyszeptał mi na ucho-Przepraszam. Przepraszam cię, Rozalie.
Pokręciłam głową i wymusiłam coś na podobieństwo uśmiechu.
-To ja przepraszam… niepotrzebnie histeryzuję.- zamrugałam kilka razy, by pozbyć się resztek łez z oczu.
Oliver bez słowa znów mnie przytulił. Był moją jedyną podporą. Tylko dzięki niemu nie stałam się bezdusznym potworem. Gdy umarłam ogarnęła mnie rządza zemsty. Chciałam zniszczyć Jamesa, lecz Oliver przemówił mi do rozsądku. Bo czy gdybym przyczyniła się śmierci mojego męża nie stałabym się taka jak on? Dzięki jego wsparciu cierpliwie przeczekałam sześćdziesiąt lat, by teraz móc dokonać swej zemsty i dalej pozostać sobą.
-Obiecaj mi, że nigdy się nie zmienisz, że zawsze będziesz sobą.- poprosiłam.
Odchylił się nieco i ze zdziwieniem spojrzał na mnie. Po chwili ujrzałam w jego oczach zrozumienie.
-Obiecuję.- powiedział i starł łzę, która zabłąkała się gdzieś na moim policzku, po czym obdarzył mnie jednym z tych swoich uśmiechów-Tylko uśmiechnij się.
-Dlaczego?- spytałam starając się powstrzymać drżenie kącika ust.
-Dlatego, że masz najpiękniejszy uśmiech w całych Zaświatach. Gdy się śmiejesz, na Ziemi świeci słońce, lecz gdy płaczesz, płacze z tobą cały świat.- rzekł odgarniając biały kosmyk włosów z mojej twarzy.
Uśmiechnęłam się najpiękniej jak tylko umiałam. Zawsze próbował mnie pocieszyć i choć nie zawsze mu się to udawało , to za każdym razem dziękowałam mu uśmiechem.
-A teraz muszę z tobą poważnie porozmawiać.
Jak ja nie lubię tych słów…
-O czym?- spytałam poważniejąc.
-O tobie i… o nim.- oznajmił starając się nie krzywić.
Westchnęłam.
-Oliver, tu nie ma o czym rozmawiać…- zaczęłam, lecz uciszył mnie gestem.
-Jest. Rozalie, co teraz? Co z nim zrobisz? Co dalej będzie z tobą?
-Przecież wiesz… zniszczę go. Nie zasłużył na nic innego.- powiedziałam cichym głosem.
-Ale co będzie z tobą?- spytał zaglądając mi w oczy.
Spuściłam głowę wzruszając ramionami. Chciałam się tylko zemścić. Co będzie dalej to już mnie nie interesowało.
-Nie wiem. Naprawdę nie wiem.- pokręciłam głową wprawiając w ruch białe kosmyki włosów.
Delikatnie uniósł mój podbródek, przez co byłam zmuszona spojrzeć mu w oczy.
-Przemyśl to. Wiem, że na początku wszystko wydawało ci się takie nieskomplikowane, ale… nic nie jest takie jakim się wydaje na pierwszy rzut oka, Rozalie.- powiedział z dziwnym smutkiem w głosie.
-Nie rozumiem. O czym ty mówisz?
-Kto przeniósł cię do Zaświatów?- odpowiedział pytaniem.
-Ty.
-Kto zaproponował byś została Wysłanniczką Śmierci?
-Ty.
Coraz bardziej mi się to nie podobało. Czyżby coś mi umknęło? Czyżbym nie zwróciła uwagi na coś naprawdę istotnego?
-Kto nauczył cię wszystkiego, co sam potrafił?- ciągnął przeszywając mnie spojrzeniem, które przepełniał ból.
-Ty…- szepnęłam.
-A zatem to wszystko już nie jest sprawą tylko miedzy nim a tobą. W tym wszystkim jestem jeszcze ja, Rozalie.- powiedział i pogładził mnie po policzku-Przemyśl to dobrze.- dodał, po czym wyprostował się niczym struna i odszedł nie oglądając się.
Zacisnęłam powieki powstrzymując się od płaczu. Cholerna egoistka! Myślałam tylko o swojej zemście. Chciałam odpłacić Jamesowi za to co mi zrobił, lecz najbardziej ucierpiał na tym Oliver. Zawsze był przy mnie. Zawsze potrafił sprawić, że czułam się potrzebna, istotna. Rozumiał mnie jak nikt inny, dawał mi tyle ciepła, tyle otuchy, okazywał mi dobre serce a ja… Wzięłam od niego to wszystko nie dając nic w zamian. Przez „Co dalej będzie z tobą?” rozumiał „Co dalej będzie z nami?”, a ja, jak ta ostatnia kretynka nie potrafiłam tego zrozumieć. Był moim jedynym przyjacielem. Nie mogłam go zostawić.
Gdy Wysłannik dokończy sprawy, których nie dokończył za życia ma wybór. Może dalej pełnić swą służbę aż do Skończenia, ale może też zrezygnować z niej na rzecz Raju. Lecz co ja wybiorę? Z jednej strony, zabieranie duszy dziecka, bądź samobójcy niszczy doszczętnie moją psychikę, a z drugiej strony… Oliver nie ma nikogo prócz mnie. A ja nikogo prócz niego.
Podniosłam się i ruszyłam w kierunku wyjścia z oranżerii. Musiałam powiedzieć Jamesowi o wszystkim co go czeka. Była to ostatnia rzecz, na którą miałam właśnie ochotę, ale cóż zrobić? Zbiegłam po schodkach i skierowałam się do izby przejściowej. Zastukałam lekko w drzwi, lecz nie usłyszałam odpowiedzi. Nacisnęłam klamkę i zajrzałam do środka. James siedział na łóżku z nieobecnym wzrokiem. Nawet nie zauważył, że weszłam. Dopiero gdy podeszłam bliżej podniósł na mnie oczy.
-Jak już pewnie wiesz, zostaniesz tutaj do dnia procesu. Sąd odbędzie się za siedem dni, a co za tym idzie, masz siedem dni, żeby przekonać mnie do zmiany zdania. Zaczynasz od teraz.- powiedziałam rzucając mu pełne wstrętu spojrzenie.
Miałam siedem lat. Pamiętam, że bawiłam się z siostrą w lesie. Kluczyłyśmy między drzewami śmiejąc się i goniąc jedna drugą. W pewnym momencie zauważyłam, że zgubiłam lalkę, którą dostałam od ojca. Była to porcelanowa laleczka o czekoladowych lokach, błyszczących oczach i bladej twarzy, ubrana w błękitną sukienkę. Mimo, że wracałyśmy tą samą drogą, nie mogłyśmy jej znaleźć. Ileż ja wtedy łez uroniłam! Parę dni później wrócił ojciec z podróży. Wszedł do domu, a gdy tylko zamierzałam powiedzieć, co spotkało jego prezent, on wyciągnął spod płaszcza moją lalkę. Patrzyłam na nią z taką tęsknotą z jaką się patrzy na dawno utracony skarb, który cudem się odzyskało. Tak właśnie patrzył James Minęła minuta, druga, trzecia… a on dalej patrzył. Westchnęłam kręcąc głową.
-Gdybyś miał mi coś do powiedzenia, będę w salonie.- oznajmiłam i wycofałam się.
Jego spojrzenie odprowadzało mnie do samych drzwi i wręcz czułam, że teraz wpatruje się w nie, jak gdyby chciał jeszcze, mimo dzielącej nas przeszkody na mnie spojrzeć. Zaciskając dłoń w pięść, szybkim krokiem poszłam przed siebie.
Witraże okalające wnękę z trzech stron rzucały magiczne, kolorowe światło na stojącą tam leżankę. Nie rozglądając się wokół podeszłam do niej. Spojrzałam na leżącą na niewielkim stoliku książkę i wzięłam ją w dłoń, po czym opadłam bezwładnie na leżankę. Przerzuciłam kilka stron i zaczęłam czytać. Choć książka była dobrym sposobem na ucieczkę od rzeczywistości, na dłuższą metę nie zdawała egzaminu. Odcinając się od świata utonęłam w fabule powieści ze świadomością, że ta otaczająca mnie błoga cisza niedługo zniknie.
~***~
Do znajdującej się w podziemiu kaplicy weszła smukła, niewysoka postać w czarnym habicie. Narzucony na głowę obszerny kaptur skutecznie ukrywał tożsamość tej zagadkowej sylwetki. Przyklęknęła w jednej z ławek, po czym opuściła głowę i złożywszy ręce do modlitwy, czekała. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się lekko, usłyszawszy odbijające się echem kroki. W ławce, tuż obok tajemniczej zakapturzonej istoty uklęknął Oliver.
-A Rozalie, Oliverze?- spytał półszeptem kobiecy głos.
-Rozalie nie przyjdzie.- mruknął z posępną miną.
-Ach! No tak! Zapomniałam o…- wyciągnęła z szerokiego rękawa habitu zwój pergaminu i rozwinęła go-Jamesie Willsonie?- syknęła odnajdując nazwisko na liście.
Przytaknął.
-Hm… więc już niedługo pożegnamy się z naszą Rozalie?- zastanawiała się postukując ostrym paznokciem w brodę.
-Nic pewnego.
-Tak?- choć Oliver nie mógł tego widzieć uśmiechnęła się.
-Tak.- skinął głową.
Rozbrzmiał perlisty śmiech, a echo powtórzyło go kilkakrotnie.
-No nie wiem, nie wiem… być może pójdzie w twoje ślady, lecz jeśli nie? Co wtedy zrobisz?
-To co zrobię to sprawa między mną, a moim sumieniem. Nie wypada w to mieszać przełożonych.- odpowiedział monotonnym  głosem.
-Jak chcesz.- postać wzruszyła ramionami i z przepastnego rękawa wyciągnęła dwa zwoje-Ten- uniosła w górę pergamin- jest dla ciebie. A ten drugi dla Rozalie. To, że niedługo nastanie dzień jej zemsty nie oznacza, że ma zaniedbywać swoje obowiązki. Gdy godziła się być moją Wysłanniczką wiedziała, że wymaga to ogromnych poświęceń. Powiedz jej, że priorytetem jest zajęcie się tym zwojem.- powiedziała i położyła przed nim zwoje.
-Czy to już wszystko?- spytał bez odrobiny jakichkolwiek emocji.
-Jeśli chodzi o mnie, to tak. Chyba, że to ty chcesz czegoś ode mnie.- mruknęła odwracając głowę w stronę ołtarza i opierając brodę na splecionych dłoniach.
Skąpe światło świec pomagało postaci ukryć się przed wzrokiem innych. Nikt nie widział twarzy tej zakapturzonej istoty. Choć Oliver wielokrotnie zastanawiał się jak wygląda kryjąca się pod habitem osoba, to wiedział, że nie dane mu będzie się tego dowiedzieć. Chyba, że…
-Nawet nie proś. Czy w regulaminie, który podpisałeś nie wyraziłam się jasno?- zapytała ostrym niczym sztylet tonem.
Po stokroć przeklęte regulaminy! Mimo iż przestudiował go dokładnie, od deski do deski, to nie sposób było zauważyć drobnego druku, o którym dowiedział się dopiero, gdy jego podpis widniał pod zasadami, które narzuciła jego przełożona.
-Mogę wiedzieć dlaczego to takie ważne?
-To tajemnica. Nawet tobie nie mogę tego wyjawić.- mruknęła i podniosła się z ławki- Teraz, mam nadzieję to już wszystko?
Skinął głową. Podniósł zwoje pergaminu i ruszył ku wyjściu z kaplicy. Poczuł na sobie ostatnie spojrzenie Śmierci, która w jednej chwili zmieniła się w dym i zniknęła.
~***~
Wzięłam w dłoń pergamin. Rozwinęłam go i zlustrowałam szybkim spojrzeniem. Sto dwadzieścia centymetrów zapisanych drobnym pismem Śmierci. Setki tysięcy nazwisk. Setki tysięcy dusz do przeniesienia na drugą stronę. I tylko dwie doby. Westchnęłam ciężko kręcąc głową. Za to właśnie nienawidziłam Śmierci.
-Sama nie może tego załatwić? Mam ważniejsze sprawy na głowie.- spytałam Olivera.
-Nie. Widocznie przewidziała, że tak zareagujesz, bo powiedziała, iż ta lista jest twoim priorytetem.- odpowiedział z posępną miną.
-No nic. Co się odwlecze, to nie uciecze. James będzie musiał poczekać.- wzruszyłam ramionami wiedząc, że nie należy kwestionować poleceń Śmierci.
Oliver nic nie powiedział. Jego orzechowe oczy wpatrzone były w przestrzeń. Wydawało mi się, że ciszę, która zapadła można by kroić nożem.
-Oliver…- zaczęłam, by przerwać milczenie, lecz nie wiedziałam co mogłabym mu powiedzieć.
Podniósł na mnie wzrok w oczekiwaniu na następne słowa.
-Ja… ja myślałam nad tym wszystkim.
Zamrugał parę razy i oparł brodę na dłoni uważnie mi się przyglądając.
-I do jakiego doszłaś wniosku?- spytał, a ja wzięłam głęboki, drżący oddech.
-O tym, że Jamesa strącę do otchłani już wiesz. A jeśli chodzi o mnie… wiesz jak minęło moje życie. Ojciec zmarł gdy miałam osiem lat, a matka… ona zawsze uważała mnie i moją siostrę za pasożyty, a po śmierci ojca nie miał się kto za nami wstawić. Chciała się nas jak najszybciej pozbyć, dlatego Stephanie wydała za mąż, gdy ta tylko skończyła osiemnaście lat. Wcześniej miałyśmy siebie. Po zaręczynach Stephanie zostałam sama. Poznałam tego obłudnika i nawet sobie nie wyobrażasz jak matka cieszyła się, gdy przyszedł prosić o moją rękę.- skrzywiłam się mimowolnie na tamto wspomnienie, ale natychmiast pokręciłam głową uciekając od przykrych myśli-No i zaczęła się moja droga przez mękę. Przez ten cały czas nie miałam nikogo, kto mógłby mnie wesprzeć. W samotności musiałam ubolewać nad swą złą dolą. Aż nie wytrzymałam i zakończyłam wszystko odrobiną cyjanku. I wiesz co? Nie żałuję tego. Za życia nawet nie marzyłam o przyjacielu, a teraz… teraz mam ciebie. I nie zamienię cię nawet za obietnicę Raju.- ostatnie słowa powiedziałam tak pewnie, że aż nie mogłam poznać swego głosu.
Oliver uśmiechnął się. Ale jakoś tak… jak nie on. Nie był to ten jego pogodny, bądź pocieszający uśmiech. W wyrazie jego twarzy była ulga. Nieopisana ulga.
-Dziękuję, Rozalie. Naprawdę… dziękuję.- powiedział cicho, ucałował mnie w policzek i odszedł.
Najzwyczajniej w świecie odszedł zostawiając mnie samą z niekończącą się listą nazwisk i milionem myśli kłębiących się w głowie.

~***~
Witam!
Pamiętacie jeszcze "Pokutę"? Eh, powiem wam szczerze, że tak poważnego opowiadania jeszcze nie pisałam... No, ale nic to! Co do kolejnego rozdziału mojego drugiego "cuda", to... mam go dość. Zawsze zacinam się na końcówce rozdziału, a to jest strasznie irytujące x_x

Pozdrawiam- Andzik

16 komentarzy:

  1. Przeczytałam! Naprawdę świetne! Aż chciałoby się poczytać więcej :D
    Dzięki za info!
    Ave i weny! Coś czuję, że ta ostatnio to by się przydała ;)
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki!
      Eh, nawet nie wiesz jak bardzo...

      Pozdrawiam- Andzik

      Usuń
  2. Przeczytam w wolnej chwili :*
    Nowy rozdział, zapraszam ;)
    opo.xx.pl

    OdpowiedzUsuń
  3. Niezłe, niezłe. Momentami się zastanawiałam, czy będziesz to opowiadanie pisać i tu taka niespodzianka. Klimat mi się podoba, a poza tym lubię tego typu historie. Trochę psychologiczne, trochę jakby refleksyjne...
    Oczekuję ciągu dalszego i mam nadzieję na rozwinięcie wątków wszystkich postaci. Swoją drogą, Oliver jest zacny Q.Q

    OdpowiedzUsuń
  4. Kurczę pamiętam jak przeczytałam prolog "Pokuty" byłam bardzo ciekawa tego opowiadania i proszę się doczekałam xD

    Kurczę noo naprawdę ciekawie się zapowiada Q.Q Nie no żal mi tu głównej bohaterki i o zgrozo jej męża również -.-" Ach no i tego Oliviera również Q.Q Nie no to takie smutne i w ogóle T^T Trochę zdziwiło mnie że to zamarli osądzają innych zmarłych ale okok :P

    Dobra to tyle pozdro i weny ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Będąc szczera.. to opowiadanie podoba mi się o wiele bardziej od Twojego poprzedniego. W tym widać, że autorka jest.. hmm bardziej dojrzała? Innymi słowy czuć, że przemyślałaś fabułę i wyszło to jak najbardziej korzystnie. Wydaje mi się, że poprawił Ci się język. Chodzi mi o to, że nie ma już dialogu za dialogiem, a wszystko jest całkiem równomiernie rozłożone. Wprawdzie widzę iż jednak preferujesz krótkie i proste zdania, co jest dosyć nietypowe dla fantastyki.. Ale to już pozostawiam osobistemu stylowi (:
    Choć nie jestem humanistką to jednak dopatrzyłam się kilku błędów w pisowni (ale ciii). To tyle jeśli o strukturę.
    Tematykę wybrałaś dosyć ciężką, bardzo podobał mi się prolog i Twój opis, dlatego byłam ciekawa rozdziału. Szczerze powiedziawszy to jakoś ciężko mi się przyzwyczaić to głównej bohaterki. Nie wiem czym to jest spowodowane, muszę poczytać więcej by ocenić (;
    Ah, i ta scena przy kominku coś mi doskonale przypomina! (puszcza oczko) :D

    Pozdrawiam i czekam na dalszy ciąg :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za szczerość! Zapewniam, że autorka nie jest bardziej dojrzała. Tak, myślałam nad nim baaardzo długo i po długich godzinach sterczenia w bezruchu nad klawiaturą stwierdziłam, iż w tym opowiadaniu będą dominowały przemyślenia bohaterki. Zawsze lubiłam krótkie zdania. W nich trudniej zrobić błędy interpunkcyjne, a z interpunkcją zawsze miałam problemy.
      Ten rozdział trzy miechy pisałam! Nad każdym zdaniem myślałam po pół godziny (no, mniej więcej) Eh, w ogóle myślałam, że go nie skończę, ale miałam odpowiednią motywację (w postaci koleżanki, która bez przerwy mi się nad uchem darła : "Ania, jełopie ile można pisać jeden rozdział?! Kończ, bo pierwsze cztery strony na pamięć znam!").
      Dobra, no to ja się biorę za pisanie ;)

      Pozdrawiam- Andzik

      Usuń
  6. Kolejny rozdzialik VN, zapraszam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Na tojikomerareta-tori pojawiła się nowa notka, zapraszam ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Zapraszam na nowy rozdział VN :)
    opo.xx.pl

    OdpowiedzUsuń
  9. Zapraszam na XVIII rozdział VN :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nowy rozdział, zapraszam...
    Kiedy pojawi się coś nowego u Ciebie? Fajnie byłoby się czymś pocieszyć, przed studiami T^T

    OdpowiedzUsuń
  11. Hey!
    Zdarzył się cud i napisałam rozdział na Czarownicę!
    Zapraszam!
    K.L.

    OdpowiedzUsuń
  12. Zapraszam na nową porcję VN :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Zapraszam na nowy rozdział VN.

    OdpowiedzUsuń