~***~
Stanęłam przed ogromnym dworkiem. Czy mam w związku
z nim jakieś wspomnienia? Tak. Przypominam sobie ból, krzyk, rozpacz i ocean
łez. Gorzkich łez. Łez, które płynęły cienkimi strużkami po moich policzkach za
każdym razem, gdy ten, którego nazywano mym mężem ranił moją delikatną duszę.
Byłam wrażliwa. Byłam, lecz już nie jestem. Nie zamknę się w sobie, gdy utkwi
we mnie spojrzenie. Nie uronię łzy, gdy znowu spróbuje mnie zranić. Nie. Już
nigdy więcej nie będę przez niego cierpiała. Teraz to on poczuje ból, a jego
krzyk będzie najcudowniejszą muzyką dla mych uszu.
Uśmiechnęłam się, lecz mój uśmiech nie wróżył niczego
dobrego. Taka była moja wola. Taką decyzję podjęłam zaraz po śmierci.
Sześćdziesiąt lat temu przysięgłam zemstę na Jamesie Willsonie i dotrzymam
słowa.
Ruszyłam przed siebie, a jesienny wiatr zatańczył z
materiałem mojej lekkiej, czarnej sukienki. Cóż za ironia… James odejdzie
jesienią. Tak samo jak ja. Zrobiłam jeszcze jeden krok w kierunku drzwi i
przeniknęłam przez nie. To było coś, czego bardzo nie lubiłam. Czułam się wtedy
tak… niematerialnie, nieistotnie. Ja wiem jak to brzmi. Bo niby jak dusza
martwej od sześćdziesięciu lat kobiety może być materialna? Ale naprawdę tak
się czułam. Jakbym nie istniała. Jakbym nic nie znaczyła. A przecież to, że nie
jestem zbudowana z krwi i kości, i nie widzi mnie nikt, poza tymi, na których
już czas nie oznacza, iż nie istnieję. Że mnie tu nie ma. Że jestem mniej warta
od żywych...
Znalazłam się w salonie. Nic się tu nie zmieniło. W kominku ogień muskał
delikatnie kawałki drewna i… coś jeszcze. Stare zdjęcia. Zdjęcia zrobione w
dniu, w którym popełniłam największy błąd mego, jak się później okazało
krótkiego, życia. Ach! Jakaż ja byłam głupia! Jakże cieszyłam się na ten dzień,
jakże ja go kochałam… Tak. Teraz sobie przypominam. Kochałam go. Kochałam całym
sercem człowieka, który swą prawdziwą twarz ukazał dopiero, gdy powiedziałam
„tak”. A wtedy było już nieco za późno na odwrót. Zakręciłam się wokół własnej
osi. Mój wzrok zatrzymał się na jednym z masywnych foteli. Nie mogłam dostrzec
twarzy, lecz drżąca ręka postaci, która właśnie wrzucała kolejną fotografię do
ognia zdradziła mi kim jest osoba zajmująca miejsce przy kominku. Zacisnęłam
pięści i podeszłam bliżej.
-Daj
mi spokojnie umrzeć, Rozalie.- szepnął.
Jego głos opuściła już wszelka nadzieja. Stanęłam
obok fotela i przezwyciężając mój wstręt do tego człowieka, położyłam dłoń na
jego ramieniu.
-Po
to tu jestem, Jamesie. Choć nie obiecuję, że odejdziesz spokojnie.-
usłyszałam własny głos całkowicie pozbawiony uczuć.
Odwrócił się. Gdzie podziało się to bystre spojrzenie
szafirowych oczu? Zniknęło. Zniknęło tak samo jak pozornie dobroduszny uśmiech,
którym obdarzał wszystkich wokół. Siedział przede mną stary człowiek. W jego
oczach odbijał się smutek. Był już zmęczony życiem. Chociaż… czego ja się
spodziewałam po tylu latach?
-Dręczenie
mnie w snach już ci nie wystarczy?- spytał ochryple.
-To
nie ja cię dręczę. To twoje sumienie.- odparłam chłodno.
Nie zmiękczy mnie jego błagalne spojrzenie. Będę
silna. Zniszczę go… Boże! Dlaczego on tak na mnie patrzy?
-Wiesz
co cię teraz czeka?- zapytałam zdejmując dłoń z jego
ramienia.
-Domyślam
się.-
skinął głową i spuścił wzrok.
Odetchnęłam z ulgą. Nareszcie.
-Domyślam
się, że postarasz się bym odpokutował… Wtrącisz mnie do Piekła, Rozalie.-
szepnął, a ja musiałam wytężyć całą siłę woli, by nie otworzyć ust ze
zdziwienia.
Skąd wiedział? Choć… czy aż tak trudno się domyślić?
To oczywiste, że odpłacę mu za moją krzywdę. I to z nawiązką. Był moim katem.
Moim oprawcą. To przez niego nie żyję.
Westchnął ciężko.
-Właściwie…
wyświadczysz mi przysługę. W porównaniu z tym co tu przeżywam, Piekło wydaje mi
się niemalże Rajem.
-Liczysz
na litość?
Nie odpowiedział mi. Postanowiłam tego nie
przedłużać. Bo niby po co? Położyłam dłoń na jego policzku i nachyliłam się.
-Liczę,
że została w tobie choć odrobina dawnej Rozalie.-
powiedział i oddał mi swój ostatni oddech.
Wstrząsnął nim dreszcz. Klatka piersiowa Jamesa nie uniosła
się już więcej. Był teraz tylko skorupą. Uwolniłam jego duszę z więzienia,
którym było to słabe ciało. Mogłam sprawić, że jego śmierć byłaby długa i
bolesna, lecz nie zrobiłam tego. Nie czuł bólu. Może i jestem sentymentalna,
ale… przez wzgląd na to, co kiedyś do niego czułam nie miałam sumienia
przysporzyć mu bólu. Jeszcze zapłaci za wszystko co zrobił. Odwróciłam się od
masywnego fotela, zostawiając na nim ciało, które zapewne niedługo znajdzie
służba. Podeszłam do ściany i już miałam przez nią przeniknąć, gdy poczułam
uścisk na przegubie. Żywi nie mogli mnie dotknąć. Nieliczni wyczuwali mą
obecność, ale nic poza tym.
-Rozalie…-
szepnął.
Obejrzałam się. Wpatrzone we mnie szafirowe oczy
miały ten sam wyraz co tej pamiętnej wiosny, gdy zgodziłam się za niego wyjść.
Właśnie dlatego tak nienawidziłam tej pory roku. Nienawidziłam jej, bo w jego oczach
widziałam wtedy obietnicę. Obiecał mi, że będzie mnie szanował, że będzie mnie
kochał i nigdy mnie nie zdradzi. Zaśmiałam się gorzko.
-Rozalie…
zastanawiam się, imię której ze swoich kochanek wymawiałeś, gdy ja umierałam.
Danielle? Amelia? Meredith? Sylvia? A może Nicole?..-
spytałam z szyderstwem w głosie.
-Rozalie,
przestań…- spojrzał na mnie błagalnie.
-Nie
przestanę. Ja cię kochałam, a ty… ty mnie zabiłeś.
-Ja
zawsze cię…- zaczął, lecz nie dałam mu dokończyć.
-Dość
dziwnie to okazywałeś.- skrzywiłam się.
Dopiero teraz zorientowałam się, że wciąż trzyma mą
dłoń. Natychmiast ją wyrwałam. Najwyraźniej poczuł się tym dotknięty, bo w
oczach barwy drogocennego szafiru zatańczył ból. I bardzo dobrze.
-Czujesz
odrazę? Nienawidzisz mnie?- spytał, czym zupełnie zbił mnie z
tropu.
Musiałam się zastanowić. Czułam do niego wstręt, ale
czy go nienawidziłam?
-Nie
nienawidzę cię. W przeciwieństwie do ciebie nie jestem potworem.-
odpowiedziałam i przeszłam przez ścianę.
Zatrzymałam się tuż przy bramie. Słońce, które cudem
przecisnęło się przez chmury oświetliło moją postać. Obejrzałam się za siebie.
Pomimo, że nie żyję już sześćdziesiąt lat jeszcze nie przyzwyczaiłam się do
tego, że nie mam cienia. Cień jest duszą zamieszkującą ciało. Duch nie ma
cienia, lecz ciało, w którym mieszkał w dalszym ciągu rzuca cień. W chwili
śmierci fragment duszy zostaje w ciele i umiera razem z nim. To przykre, ale po
śmierci tracimy jakąś część siebie, której już nigdy nie odzyskamy.
-Co
teraz zrobisz?- usłyszałam cichy głos Jamesa.
Wzruszyłam ramionami nie patrząc na niego.
-Będziesz
miał proces, po którym wtrącę cię do Piekła.- jak dziwnie
brzmi mój głos, gdy nie ma w nim uczuć…
-Proces?
-Tak.
Dokładnie taki jak w sądzie. Tyle, że bez obrońców. Jeżeli nie uda ci się mnie
przekonać, a już mówię, że ci się nie uda, skończysz w Otchłani.-
wyjaśniłam i bez ostrzeżenia chwyciłam go za rękę.
Zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam staliśmy na
jednej z wielu dróg w ogromnym ogrodzie. Puściłam jego dłoń. Nie mam zamiaru go
więcej dotykać. Nie czekając na niego ruszyłam w stronę dworu. Mimowolnie
uśmiechnęłam się. Ten ogród był jedynym miejscem, w którym zapominałam o tym,
że jestem martwa. Jedyną panującą tu porą roku jest zima. Delikatne oszronione
gałązki mieniły się w słońcu, które nie dawało ciepła. W płucach można było
poczuć mroźne powietrze, a delikatny wiatr przyprawiał o gęsią skórkę. Przed
schodami ogromnej posiadłości dostrzegłam Olivera. Uśmiechnął się do mnie, lecz
po chwili na jego twarzy pojawiła się pogarda. Widocznie zauważył Jamesa.
-Patrzę
i nie wierzę w to, co widzę, Rozalie.- powiedział zamykając
moją rękę w delikatnym uścisku-Nie mogę
uwierzyć, że przyprowadziłaś go tu ze sobą.
-Będzie
miał uczciwy proces.- odpowiedziałam nie odwracając się za
siebie.
-Nie
zasłużył…
-Wiem.-
przerwałam i posłałam mu ciepły uśmiech.
Pokręcił głową wznosząc oczy ku górze. Gdy weszliśmy
do środka spojrzałam na Jamesa. Musiałam odprowadzić go do izby przejściowej.
Trafiali tam wszyscy, którzy oczekiwali na sąd. Już miałam do niego podejść,
gdy zatrzymał mnie łagodny głos Olivera:
-Zajmę
się tym, Rozalie.
-Nie
ma potrzeby…- zaczęłam kręcąc głową.
-Jest.
Poczekaj na mnie w oranżerii.- mimo że mówił do mnie,
patrzył na Jamesa.
Jego spojrzenie było tak chłodne, pełne niechęci i
pogardy, że nie mogłam go poznać. Bałam się zostawić ich samych. James nigdy
nie pozwalał sobą gardzić, lecz był tylko duszą, która właśnie opuściła ciało.
Natomiast Oliver był Wysłannikiem Śmierci. Jednym spojrzeniem mógł go
unicestwić. A wtedy sześćdziesiąt lat oczekiwania poszłoby na marne.
-Oliver…
-Tak?
-To
moja zemsta, nie zapomnij o tym.- przypomniałam i
ruszyłam ku schodom.
~***~
Oliver wskazał dłonią jeden z korytarzy.
-Idź
przodem.- mruknął bez uczuć.
Blondyn, mierząc go nienawistnym spojrzeniem, ruszył
przed siebie.
-Ona
jest zbyt łaskawa.- powiedział po chwili.
Willson stanął w miejscu i odwrócił się w stronę
Wysłannika Śmierci.
-Nie
zasłużyłeś na nią.
-Zasłużyłem
czy też nie, to w dalszym ciągu moja żona.- wysyczał przez
zaciśnięte zęby kładąc wyraźny nacisk na słowo „moja”.
Oliver uśmiechnął się przebiegle.
-A
pamiętasz słowa „dopóki śmierć nas nie rozłączy”? Do twojej wiadomości, już was
rozłączyła.- oznajmił i pchnął ostatnie drzwi po
prawej-Zostaniesz tutaj do dnia procesu,
na który swoją drogą nie zasługujesz. Miłego pobytu.- oznajmił z niewinnym
uśmiechem i odszedł w głąb korytarza.
James wszedł do średnich rozmiarów pomieszczenia.
Nie rozglądając się po swoim tymczasowym pokoju, usiadł na łóżku. Wpatrując się
pustym wzrokiem w przestrzeń, uśmiechnął się gorzko. Człowiek docenia to co ma dopiero wtedy, gdy to straci, a wtedy jest
już zbyt późno, by to odzyskać… pomyślał przymykając oczy. Z nim było tak
samo. Miał świadomość, że to przez niego Rozalie się otruła. Swój błąd
zrozumiał dopiero, gdy po powrocie znalazł jej ciało na podłodze. Pamiętał to
doskonale. Mimo delikatnego uśmiechu, który widniał na jej twarzy, była zimna,
nieruchoma… nie żyła. Ten widok prześladował go każdej nocy. Stalowe tęczówki
Rozalie patrzyły na niego oskarżycielsko za każdym razem, a z jej martwych ust
wydobywał się smutny szept: „Zabiłeś mnie, James. To twoja wina…”.
~***~
Oparłam głowę na ręku, czekając na Olivera. Palcem
obrysowywałam złoty paseczek na brzegu filiżanki. Miałam nadzieję, że mój
przyjaciel nie da wyprowadzić się z równowagi. Już miałam ochotę zejść na dół,
by zobaczyć, czy aby na pewno nic się nie stało, lecz powstrzymał mnie przed
tym dźwięk kroków Olivera. Odwróciłam się w stronę wejścia do oranżerii.
Gdy tylko napotkałam jego wzrok uśmiechnął się.
Podszedł do mnie i usiadł po drugiej stronie niewielkiego stolika.
-Nie
sprawiał kłopotów?- zapytała obserwując go uważnie.
-Ależ
skąd! Wyjątkowo spokojne ścierwo.- odpowiedział z
pogardą.
-Oliver…-
spojrzałam na niego błagalnie i delikatnie dotknęłam jego leżącej na stole
dłoni.
Przez chwilę tonęłam w jego orzechowych oczach, w
których nie było już nawet cienia nienawiści. Zacisnął lekko palce na mojej
ręce.
-Dlaczego
go bronisz, Rozalie? Dlaczego..?- powiedział cicho
patrząc mi w oczy.
Zabrakło mi słów. Nie wiedziałam co mogę mu
odpowiedzieć. Nie chciałam by tak mówił, bo od tego się zaczyna. Od tego zaczął
James. I to mnie najbardziej przerażało. Nie chciałam, by jedyna osoba, której
ufam stała się taka jak ten, który sprawił, że dziś jestem Wysłanniczką Śmierci.
Chciałam go od tego uchronić.
-To
nie jego bronię. Nie chcę po prostu, żeby z tobą stało się to samo…-
szepnęłam powstrzymując łzy cisnące mi się do oczu.
Przegrałam walkę z emocjami i ciepłe krople powoli
popłynęły po moich policzkach. Bezgłośny płacz był moją modlitwą, moim
błaganiem. Tak bardzo pragnęłam, by został taki sam…
Oliver znalazł się tuż obok i objął mnie delikatnie.
Znów poczułam się bezpieczna. Wiedziałam, że jest ktoś komu na mnie zależy.
-Ciii…
już dobrze…- wyszeptał mi na ucho-Przepraszam. Przepraszam cię, Rozalie.
Pokręciłam głową i wymusiłam coś na podobieństwo
uśmiechu.
-To
ja przepraszam… niepotrzebnie histeryzuję.- zamrugałam
kilka razy, by pozbyć się resztek łez z oczu.
Oliver bez słowa znów mnie przytulił. Był moją
jedyną podporą. Tylko dzięki niemu nie stałam się bezdusznym potworem. Gdy
umarłam ogarnęła mnie rządza zemsty. Chciałam zniszczyć Jamesa, lecz Oliver
przemówił mi do rozsądku. Bo czy gdybym przyczyniła się śmierci mojego męża nie
stałabym się taka jak on? Dzięki jego wsparciu cierpliwie przeczekałam
sześćdziesiąt lat, by teraz móc dokonać swej zemsty i dalej pozostać sobą.
-Obiecaj
mi, że nigdy się nie zmienisz, że zawsze będziesz sobą.-
poprosiłam.
Odchylił się nieco i ze zdziwieniem spojrzał na
mnie. Po chwili ujrzałam w jego oczach zrozumienie.
-Obiecuję.-
powiedział i starł łzę, która zabłąkała się gdzieś na moim policzku, po czym
obdarzył mnie jednym z tych swoich uśmiechów-Tylko uśmiechnij się.
-Dlaczego?-
spytałam starając się powstrzymać drżenie kącika ust.
-Dlatego,
że masz najpiękniejszy uśmiech w całych Zaświatach. Gdy się śmiejesz, na Ziemi
świeci słońce, lecz gdy płaczesz, płacze z tobą cały świat.-
rzekł odgarniając biały kosmyk włosów z mojej twarzy.
Uśmiechnęłam się najpiękniej jak tylko umiałam. Zawsze
próbował mnie pocieszyć i choć nie zawsze mu się to udawało , to za każdym
razem dziękowałam mu uśmiechem.
-A
teraz muszę z tobą poważnie porozmawiać.
Jak ja nie lubię tych słów…
-O
czym?- spytałam poważniejąc.
-O
tobie i… o nim.- oznajmił starając się nie krzywić.
Westchnęłam.
-Oliver,
tu nie ma o czym rozmawiać…- zaczęłam, lecz uciszył mnie
gestem.
-Jest.
Rozalie, co teraz? Co z nim zrobisz? Co dalej będzie z tobą?
-Przecież
wiesz… zniszczę go. Nie zasłużył na nic innego.-
powiedziałam cichym głosem.
-Ale
co będzie z tobą?- spytał zaglądając mi w oczy.
Spuściłam głowę wzruszając ramionami. Chciałam się
tylko zemścić. Co będzie dalej to już mnie nie interesowało.
-Nie
wiem. Naprawdę nie wiem.- pokręciłam głową wprawiając w
ruch białe kosmyki włosów.
Delikatnie uniósł mój podbródek, przez co byłam
zmuszona spojrzeć mu w oczy.
-Przemyśl
to. Wiem, że na początku wszystko wydawało ci się takie nieskomplikowane, ale…
nic nie jest takie jakim się wydaje na pierwszy rzut oka, Rozalie.-
powiedział z dziwnym smutkiem w głosie.
-Nie
rozumiem. O czym ty mówisz?
-Kto
przeniósł cię do Zaświatów?- odpowiedział pytaniem.
-Ty.
-Kto
zaproponował byś została Wysłanniczką Śmierci?
-Ty.
Coraz bardziej mi się to nie podobało. Czyżby coś mi
umknęło? Czyżbym nie zwróciła uwagi na coś naprawdę istotnego?
-Kto
nauczył cię wszystkiego, co sam potrafił?- ciągnął
przeszywając mnie spojrzeniem, które przepełniał ból.
-Ty…-
szepnęłam.
-A
zatem to wszystko już nie jest sprawą tylko miedzy nim a tobą. W tym wszystkim
jestem jeszcze ja, Rozalie.- powiedział i pogładził mnie po
policzku-Przemyśl to dobrze.- dodał,
po czym wyprostował się niczym struna i odszedł nie oglądając się.
Zacisnęłam powieki powstrzymując się od płaczu.
Cholerna egoistka! Myślałam tylko o swojej zemście. Chciałam odpłacić Jamesowi
za to co mi zrobił, lecz najbardziej ucierpiał na tym Oliver. Zawsze był przy
mnie. Zawsze potrafił sprawić, że czułam się potrzebna, istotna. Rozumiał mnie
jak nikt inny, dawał mi tyle ciepła, tyle otuchy, okazywał mi dobre serce a ja…
Wzięłam od niego to wszystko nie dając nic w zamian. Przez „Co dalej będzie z
tobą?” rozumiał „Co dalej będzie z nami?”, a ja, jak ta ostatnia kretynka nie
potrafiłam tego zrozumieć. Był moim jedynym przyjacielem. Nie mogłam go
zostawić.
Gdy Wysłannik dokończy sprawy, których nie dokończył
za życia ma wybór. Może dalej pełnić swą służbę aż do Skończenia, ale może też
zrezygnować z niej na rzecz Raju. Lecz co ja wybiorę? Z jednej strony,
zabieranie duszy dziecka, bądź samobójcy niszczy doszczętnie moją psychikę, a z
drugiej strony… Oliver nie ma nikogo prócz mnie. A ja nikogo prócz niego.
Podniosłam się i ruszyłam w kierunku wyjścia z
oranżerii. Musiałam powiedzieć Jamesowi o wszystkim co go czeka. Była to
ostatnia rzecz, na którą miałam właśnie ochotę, ale cóż zrobić? Zbiegłam po
schodkach i skierowałam się do izby przejściowej. Zastukałam lekko w drzwi,
lecz nie usłyszałam odpowiedzi. Nacisnęłam klamkę i zajrzałam do środka. James
siedział na łóżku z nieobecnym wzrokiem. Nawet nie zauważył, że weszłam. Dopiero
gdy podeszłam bliżej podniósł na mnie oczy.
-Jak
już pewnie wiesz, zostaniesz tutaj do dnia procesu. Sąd odbędzie się za siedem
dni, a co za tym idzie, masz siedem dni, żeby przekonać mnie do zmiany zdania.
Zaczynasz od teraz.- powiedziałam rzucając mu pełne wstrętu
spojrzenie.
Miałam siedem lat. Pamiętam, że bawiłam się z
siostrą w lesie. Kluczyłyśmy między drzewami śmiejąc się i goniąc jedna drugą.
W pewnym momencie zauważyłam, że zgubiłam lalkę, którą dostałam od ojca. Była
to porcelanowa laleczka o czekoladowych lokach, błyszczących oczach i bladej
twarzy, ubrana w błękitną sukienkę. Mimo, że wracałyśmy tą samą drogą, nie
mogłyśmy jej znaleźć. Ileż ja wtedy łez uroniłam! Parę dni później wrócił
ojciec z podróży. Wszedł do domu, a gdy tylko zamierzałam powiedzieć, co
spotkało jego prezent, on wyciągnął spod płaszcza moją lalkę. Patrzyłam na nią
z taką tęsknotą z jaką się patrzy na dawno utracony skarb, który cudem się
odzyskało. Tak właśnie patrzył James Minęła minuta, druga, trzecia… a on dalej
patrzył. Westchnęłam kręcąc głową.
-Gdybyś
miał mi coś do powiedzenia, będę w salonie.- oznajmiłam i
wycofałam się.
Jego spojrzenie odprowadzało mnie do samych drzwi i
wręcz czułam, że teraz wpatruje się w nie, jak gdyby chciał jeszcze, mimo
dzielącej nas przeszkody na mnie spojrzeć. Zaciskając dłoń w pięść, szybkim
krokiem poszłam przed siebie.
Witraże okalające wnękę z trzech stron rzucały
magiczne, kolorowe światło na stojącą tam leżankę. Nie rozglądając się wokół
podeszłam do niej. Spojrzałam na leżącą na niewielkim stoliku książkę i wzięłam
ją w dłoń, po czym opadłam bezwładnie na leżankę. Przerzuciłam kilka stron i
zaczęłam czytać. Choć książka była dobrym sposobem na ucieczkę od
rzeczywistości, na dłuższą metę nie zdawała egzaminu. Odcinając się od świata
utonęłam w fabule powieści ze świadomością, że ta otaczająca mnie błoga cisza
niedługo zniknie.
~***~
Do znajdującej się w podziemiu kaplicy weszła
smukła, niewysoka postać w czarnym habicie. Narzucony na głowę obszerny kaptur
skutecznie ukrywał tożsamość tej zagadkowej sylwetki. Przyklęknęła w jednej z
ławek, po czym opuściła głowę i złożywszy ręce do modlitwy, czekała. Zamknęła
oczy i uśmiechnęła się lekko, usłyszawszy odbijające się echem kroki. W ławce,
tuż obok tajemniczej zakapturzonej istoty uklęknął Oliver.
-A
Rozalie, Oliverze?- spytał półszeptem kobiecy głos.
-Rozalie
nie przyjdzie.- mruknął z posępną miną.
-Ach!
No tak! Zapomniałam o…- wyciągnęła z szerokiego rękawa
habitu zwój pergaminu i rozwinęła go-Jamesie
Willsonie?- syknęła odnajdując nazwisko na liście.
Przytaknął.
-Hm…
więc już niedługo pożegnamy się z naszą Rozalie?-
zastanawiała się postukując ostrym paznokciem w brodę.
-Nic
pewnego.
-Tak?-
choć Oliver nie mógł tego widzieć uśmiechnęła się.
-Tak.-
skinął głową.
Rozbrzmiał perlisty śmiech, a echo powtórzyło go
kilkakrotnie.
-No
nie wiem, nie wiem… być może pójdzie w twoje ślady, lecz jeśli nie? Co wtedy
zrobisz?
-To
co zrobię to sprawa między mną, a moim sumieniem. Nie wypada w to mieszać
przełożonych.- odpowiedział monotonnym głosem.
-Jak
chcesz.- postać wzruszyła ramionami i z przepastnego rękawa
wyciągnęła dwa zwoje-Ten- uniosła w
górę pergamin- jest dla ciebie. A ten
drugi dla Rozalie. To, że niedługo nastanie dzień jej zemsty nie oznacza, że ma
zaniedbywać swoje obowiązki. Gdy godziła się być moją Wysłanniczką wiedziała,
że wymaga to ogromnych poświęceń. Powiedz jej, że priorytetem jest zajęcie się
tym zwojem.- powiedziała i położyła przed nim zwoje.
-Czy
to już wszystko?- spytał bez odrobiny jakichkolwiek
emocji.
-Jeśli
chodzi o mnie, to tak. Chyba, że to ty chcesz czegoś ode mnie.-
mruknęła odwracając głowę w stronę ołtarza i opierając brodę na splecionych
dłoniach.
Skąpe światło świec pomagało postaci ukryć się przed
wzrokiem innych. Nikt nie widział twarzy tej zakapturzonej istoty. Choć Oliver
wielokrotnie zastanawiał się jak wygląda kryjąca się pod habitem osoba, to
wiedział, że nie dane mu będzie się tego dowiedzieć. Chyba, że…
-Nawet
nie proś. Czy w regulaminie, który podpisałeś nie wyraziłam się jasno?-
zapytała ostrym niczym sztylet tonem.
Po stokroć przeklęte regulaminy! Mimo iż
przestudiował go dokładnie, od deski do deski, to nie sposób było zauważyć
drobnego druku, o którym dowiedział się dopiero, gdy jego podpis widniał pod
zasadami, które narzuciła jego przełożona.
-Mogę
wiedzieć dlaczego to takie ważne?
-To
tajemnica. Nawet tobie nie mogę tego wyjawić.- mruknęła i
podniosła się z ławki- Teraz, mam
nadzieję to już wszystko?
Skinął głową. Podniósł zwoje pergaminu i ruszył ku
wyjściu z kaplicy. Poczuł na sobie ostatnie spojrzenie Śmierci, która w jednej
chwili zmieniła się w dym i zniknęła.
~***~
Wzięłam w dłoń pergamin. Rozwinęłam go i
zlustrowałam szybkim spojrzeniem. Sto dwadzieścia centymetrów zapisanych
drobnym pismem Śmierci. Setki tysięcy nazwisk. Setki tysięcy dusz do
przeniesienia na drugą stronę. I tylko dwie doby. Westchnęłam ciężko kręcąc
głową. Za to właśnie nienawidziłam Śmierci.
-Sama
nie może tego załatwić? Mam ważniejsze sprawy na głowie.-
spytałam Olivera.
-Nie.
Widocznie przewidziała, że tak zareagujesz, bo powiedziała, iż ta lista jest
twoim priorytetem.- odpowiedział z posępną miną.
-No
nic. Co się odwlecze, to nie uciecze. James będzie musiał poczekać.-
wzruszyłam ramionami wiedząc, że nie należy kwestionować poleceń Śmierci.
Oliver nic nie powiedział. Jego orzechowe oczy
wpatrzone były w przestrzeń. Wydawało mi się, że ciszę, która zapadła można by
kroić nożem.
-Oliver…-
zaczęłam, by przerwać milczenie, lecz nie wiedziałam co mogłabym mu powiedzieć.
Podniósł na mnie wzrok w oczekiwaniu na następne
słowa.
-Ja…
ja myślałam nad tym wszystkim.
Zamrugał parę razy i oparł brodę na dłoni uważnie mi
się przyglądając.
-I
do jakiego doszłaś wniosku?- spytał, a ja wzięłam głęboki,
drżący oddech.
-O
tym, że Jamesa strącę do otchłani już wiesz. A jeśli chodzi o mnie… wiesz jak
minęło moje życie. Ojciec zmarł gdy miałam osiem lat, a matka… ona zawsze
uważała mnie i moją siostrę za pasożyty, a po śmierci ojca nie miał się kto za
nami wstawić. Chciała się nas jak najszybciej pozbyć, dlatego Stephanie wydała
za mąż, gdy ta tylko skończyła osiemnaście lat. Wcześniej miałyśmy siebie. Po
zaręczynach Stephanie zostałam sama. Poznałam tego obłudnika i nawet sobie nie
wyobrażasz jak matka cieszyła się, gdy przyszedł prosić o moją rękę.-
skrzywiłam się mimowolnie na tamto wspomnienie, ale natychmiast pokręciłam
głową uciekając od przykrych myśli-No i
zaczęła się moja droga przez mękę. Przez ten cały czas nie miałam nikogo, kto
mógłby mnie wesprzeć. W samotności musiałam ubolewać nad swą złą dolą. Aż nie
wytrzymałam i zakończyłam wszystko odrobiną cyjanku. I wiesz co? Nie żałuję
tego. Za życia nawet nie marzyłam o przyjacielu, a teraz… teraz mam ciebie. I
nie zamienię cię nawet za obietnicę Raju.- ostatnie słowa powiedziałam tak
pewnie, że aż nie mogłam poznać swego głosu.
Oliver uśmiechnął się. Ale jakoś tak… jak nie on.
Nie był to ten jego pogodny, bądź pocieszający uśmiech. W wyrazie jego twarzy
była ulga. Nieopisana ulga.
-Dziękuję,
Rozalie. Naprawdę… dziękuję.- powiedział cicho, ucałował
mnie w policzek i odszedł.
Najzwyczajniej w świecie odszedł zostawiając mnie
samą z niekończącą się listą nazwisk i milionem myśli kłębiących się w głowie.
~***~
Witam!
Pamiętacie
jeszcze "Pokutę"? Eh, powiem wam szczerze, że tak poważnego opowiadania
jeszcze nie pisałam... No, ale nic to! Co do kolejnego rozdziału mojego
drugiego "cuda", to... mam go dość. Zawsze zacinam się na końcówce
rozdziału, a to jest strasznie irytujące x_x
Pozdrawiam- Andzik
Przeczytałam! Naprawdę świetne! Aż chciałoby się poczytać więcej :D
OdpowiedzUsuńDzięki za info!
Ave i weny! Coś czuję, że ta ostatnio to by się przydała ;)
K.L.
Dzięki!
UsuńEh, nawet nie wiesz jak bardzo...
Pozdrawiam- Andzik
Przeczytam w wolnej chwili :*
OdpowiedzUsuńNowy rozdział, zapraszam ;)
opo.xx.pl
Niezłe, niezłe. Momentami się zastanawiałam, czy będziesz to opowiadanie pisać i tu taka niespodzianka. Klimat mi się podoba, a poza tym lubię tego typu historie. Trochę psychologiczne, trochę jakby refleksyjne...
OdpowiedzUsuńOczekuję ciągu dalszego i mam nadzieję na rozwinięcie wątków wszystkich postaci. Swoją drogą, Oliver jest zacny Q.Q
Kurczę pamiętam jak przeczytałam prolog "Pokuty" byłam bardzo ciekawa tego opowiadania i proszę się doczekałam xD
OdpowiedzUsuńKurczę noo naprawdę ciekawie się zapowiada Q.Q Nie no żal mi tu głównej bohaterki i o zgrozo jej męża również -.-" Ach no i tego Oliviera również Q.Q Nie no to takie smutne i w ogóle T^T Trochę zdziwiło mnie że to zamarli osądzają innych zmarłych ale okok :P
Dobra to tyle pozdro i weny ;)
Będąc szczera.. to opowiadanie podoba mi się o wiele bardziej od Twojego poprzedniego. W tym widać, że autorka jest.. hmm bardziej dojrzała? Innymi słowy czuć, że przemyślałaś fabułę i wyszło to jak najbardziej korzystnie. Wydaje mi się, że poprawił Ci się język. Chodzi mi o to, że nie ma już dialogu za dialogiem, a wszystko jest całkiem równomiernie rozłożone. Wprawdzie widzę iż jednak preferujesz krótkie i proste zdania, co jest dosyć nietypowe dla fantastyki.. Ale to już pozostawiam osobistemu stylowi (:
OdpowiedzUsuńChoć nie jestem humanistką to jednak dopatrzyłam się kilku błędów w pisowni (ale ciii). To tyle jeśli o strukturę.
Tematykę wybrałaś dosyć ciężką, bardzo podobał mi się prolog i Twój opis, dlatego byłam ciekawa rozdziału. Szczerze powiedziawszy to jakoś ciężko mi się przyzwyczaić to głównej bohaterki. Nie wiem czym to jest spowodowane, muszę poczytać więcej by ocenić (;
Ah, i ta scena przy kominku coś mi doskonale przypomina! (puszcza oczko) :D
Pozdrawiam i czekam na dalszy ciąg :3
Dzięki za szczerość! Zapewniam, że autorka nie jest bardziej dojrzała. Tak, myślałam nad nim baaardzo długo i po długich godzinach sterczenia w bezruchu nad klawiaturą stwierdziłam, iż w tym opowiadaniu będą dominowały przemyślenia bohaterki. Zawsze lubiłam krótkie zdania. W nich trudniej zrobić błędy interpunkcyjne, a z interpunkcją zawsze miałam problemy.
UsuńTen rozdział trzy miechy pisałam! Nad każdym zdaniem myślałam po pół godziny (no, mniej więcej) Eh, w ogóle myślałam, że go nie skończę, ale miałam odpowiednią motywację (w postaci koleżanki, która bez przerwy mi się nad uchem darła : "Ania, jełopie ile można pisać jeden rozdział?! Kończ, bo pierwsze cztery strony na pamięć znam!").
Dobra, no to ja się biorę za pisanie ;)
Pozdrawiam- Andzik
Kolejny rozdzialik VN, zapraszam :)
OdpowiedzUsuńNa tojikomerareta-tori pojawiła się nowa notka, zapraszam ;)
OdpowiedzUsuńZapraszam na nowy rozdział VN :)
OdpowiedzUsuńopo.xx.pl
Zapraszam na XVIII rozdział VN :)
OdpowiedzUsuńNowy rozdział, zapraszam...
OdpowiedzUsuńKiedy pojawi się coś nowego u Ciebie? Fajnie byłoby się czymś pocieszyć, przed studiami T^T
Hey!
OdpowiedzUsuńZdarzył się cud i napisałam rozdział na Czarownicę!
Zapraszam!
K.L.
Zapraszam na nową porcję VN :)
OdpowiedzUsuńZapraszam na nowy rozdział VN.
OdpowiedzUsuńZapraszamy na nowy rozdział VN!
OdpowiedzUsuń